6.04.2011

U Carla o Monografii

"Będziesz? Po części oficjalnej jedziemy do mnie do domu!" -  tymi słowy kusił mnie kilka dni temu Przemek Wiater. "Monografia Szklarskiej Poręby" (vide tumiała wczoraj swoją oficjalną premierę w Domu Carla (i Gerharta) Hauptmanna w Szklarskiej Porębie. Dobra setka osób (głównie szklarskoporębian) zasiadła w sali vlastimilowej muzeum. A gdy swoją opowieść o powstawaniu monografii skończył Przemek, gdy uzupełnił ją Ivo - się zaczęło: "...bo ja tu mam zdjęcia z lat 60., być może by się przydały", "czy pisali Panowie o liceum, do którego chodziłam w latach sześćdziesiątych?", "dlaczego nie napisaliście o..." STOP! Zacytuję tu fragment "Wstępu": "Autorzy zdają sobie sprawę z niedociągnięć monografii, które po części są wynikiem braku, bądź znacznie utrudnionego dostępu do źródeł szerokiego spektrum dziejowego i tematycznego [...]". Pamiętajmy wszak, że przez 8 wieków istnienia miejscowości nazywanej dzisiaj "Szklarska Poręba" nikt nie podjął się dzieła systematyzacji jej dziejów w takiej formie, w jakiej uczynili to Autorzy. Owszem, zarówno "za Niemca", jak i "za Polaka" ukazywały się pomniejsze historyczne teksty okazjonalne, opisujące drobne, wybrane fragmenty z przeszłości Szklarskiej Poręby. Jednak przed Ivem i Przemkiem stanęło zadanie, które - jak sami przyznają - w narzuconych przez różne okoliczności warunkach okazało się o wiele trudniejsze, niż to sami zakładali. 
Dawno już dom, w którym tworzył Carl Hauptmann, w którym jego młodszy brat Gerhart napisał "Tkaczy", nie gościł tak zaangażowanej publiczności. Bo przecież to o Ich mieście, o ich "Małej Ojczyźnie" napisali autorzy "Monografii". I serce się raduje, i dusza, gdy widzi się, jak bardzo dzisiejsi Szklarskoporębianie angażują się w dzieje tego niezwykłego miejsca na Ziemi. 
Pozwolę sobie udokumentować wczorajsze spotkanie kilkoma zdjęciami. Niechaj w jakimś niewielkim stopniu będą one świadectwem tego, jak bardzo potrzebna jest wiaterowo-łaborewiczowa "Monografia".


Godzina 15:45, parking przed Muzeum
Godzina 16:30, parking przed Muzeum
Carla i Gerharta dom, od strony ogrodowej
Zgromadzenie jak najbardziej legalne
Gospodarz, Współautor... po prostu: Przemo (jakiego NIE znacie!)
Napisali, teraz się tłumaczą...
"Majce - i wszystkim najwspanialszym Naumowiczom" - zaprawdę godne to i sprawiedliwe
Maja - szklarsko-porębianka

4.04.2011

Sztolnie i kwiaty: piryt i krokusy

W kilkuosobowej kompanii wypuściliśmy się w zamgloną, choć parną, pierwszą sobotę kwietniową roku 2011 na zachodni skraj Wysokiego Grzbietu,  w rejon Zbójeckich Skał, sztolni kopalni pirytu, Zakrętu Śmierci na Drodze Sudeckiej i ku Rezerwatowi "Krokusy" na zboczach opadających spod Zakrętu ku Dolinie Małej Kamiennej.
Trasa spacerowa, ot, sobotnia wycieczka krajoznawcza na rozruszanie się przed sezonem wędrownym. I oto pierwsza ogromna niespodzianka spotkała nas we wspomnianych sztolniach, niespodzianka zimowa i piękna. Zresztą, niech przemówią zdjęcia. 


 

  





Czyż nie są wspaniałe te lodowe twory, niektóre żywcem przypominające postaci dawnych gwarków, a może ukochanych przez Przemysława Wiatera Walonów...? To właśnie on w swojej "walońskiej książce pisał:
Występujący na Czarnym Grzbiecie w Górach Izerskich piryt, odmiana polimorficzna siarczku żelaza, do złudzenia przypominał najszlachetniejszy z kruszców, przez co otrzymał dawne miano złota głupców. Odkrycia pokładów pirytu dokonali zapewne walońscy poszukiwacze złota, minerałów i kamieni szlachetnych z pobliskiej Starej Wsi Szklarskiej. 

Pierwsze udokumentowane informacje o wydobyciu większych ilości okruszcowanych pirytem hornfelsów z kopalni położonej na Wysokim Grzbiecie Izerskim, powyżej Zbójeckich Skał, pochodzą z 1530 r. Do lokalizacji kopalni przyczyniło się mineralogiczne rozpoznanie walońskie i niewielka odległość od osady, posiadającej dzięki dawnym hutom szkła przemysłowe tradycje. W 1545 r. projektowano budowę nowej kopalni, która powstała około 1550 r. W 1553 r. wzmiankowana jest witriolejnia wielkim nakładem kosztów właściciela założona – wytwórnia różnych kwasów, w tym głównie siarkowego, wytwarzanych z przerabianych miejscowych pirytów. Z końcem XVI w. w kopalni na zboczu Wysokiego Grzbietu zatrudnionych było 60 górników. Podczas wojny trzydziestoletniej kopalnia pirytu i witriolejnia przestają działać.
O wyrobiskach poczytać możemy chociażby tutaj:
Bez wątpienia jeden z najciekawszych reliktów górnictwa w Polsce! Obiekt znacznych rozmiarów, składających się z kilku wyrobisk, które kiedyś, podobnie jak wyżej opisana sztolnia, tworzyły jedną, dużą kopalnię pirytu. Ponieważ chodniki i komory wydobywcze drążono bardzo blisko powierzchni, doszło do sporego obrywu stropu w centralnej części kopalni. Najciekawszą częścią tego zespołu wyrobisk jest ogromna komora wydobywcza w zachodniej części: została wydrążona w potężnej żyle pirytonośnej. Jej układ przypomina wielką szczelinę długą na 40m, szeroką na 10m i wysoką na 9m przy wejściu, stopniowo wyklinowującą się do wysokości ok. 1,5m i szerokości 1m w partiach końcowych. Zachwycił nas skalny mostek pozostawiony przez górników w połowie komory, który miał zapobiec zaciskaniu się wyrobiska. Podobną rolę pełnią drewniane poziome stemple. Po lewej stronie od wejścia wykuto kilkumetrowej długości chodnik poszukiwawczy (1,0 x 1,5m). 
W sztolniach spędziliśmy sporo czasu, bo żal było żegnać się z nimi: za kilkanaście dni po lodowych tworach nie pozostanie nawet śladu, no, może kilka sporych kałuż na dnie wyrobiska...

A kwiaty? Cóż, po kolejnych kilkudziesięciu minutach łazęgi dotarliśmy z trudem do Rezerwatu. Krokusy - a i owszem - były, w ilości może 20 sztuk. Przynajmniej te, które zalśniły już kwiatami przepięknymi. Jednak rezerwat nie mógł przykryć wrażenia, jakie zrobiły na nas pirytowe sztolnie.


Więcej zdjęć z wycieczki na Picasie:
Sztolnie Wysoki Grzbiet

30.03.2011

O jeleniogórskim KFC raz jeszcze (i pewnie przedostatni)

Aktualizacja: O godzinie 10:30 w czwartek, gdy - nazwijmy to - wizytowałem Kurafura, w KFC drzwi się nie zamykały. Tylko nie wiem, czy klienci to, czy ciągle jeszcze pracownicy d/s wykończenia wnętrz.

Pawilonik gustowny stoi, w środku mebelki, a jakże! - i urządzonka przeróżne nowością pachnące; kostka ułożona (na moje oko praktyka budowlanego - szybko będzie ją trzeba poprawiać), miejsca pod trawniczki wysypane żyznym czarnoziemem próchnicowym - no bajeczka!

Podobno już jutro (31.03.2011) we frytkownicach zabulgoce gorący olej, na ruszta, a później do podgrzewaczy trafią czikeny w kostkach, pałkach, skrzydełkach i wszelkich formach artystycznych, jakie dopuszcza unifikacja gastronomiczna w KFC. Ciasno się zrobi przy Shellu, zresztą ciasno robi się w ogóle w najbliższym otoczeniu C.H. Echo i ZUS-u (który tak pięknie obfotografowała Bożenka Danielska, prezentując zdjęcia na fejsbuku).

Ja tam się już cieszę na pierwszy kubełek pikantnych skrzydełek, mimo, że to niezdrowe (rzekomo), nieetyczne (istotnie...) i wbrew filozofii Slow-Foodu (którą w naszych okolicach intensywnie propaguje Henryk Dumin, znany smakosz i kuchmistrz nie lada). Ale przecież jakież smakowite...

28.03.2011

I Hercules dupa, gdy fotoamatorów kupa.

Przed 5 dniami też przeleciały mi nad głową. Wówczas z gębą rozdziawioną ze zdziwienia - zamarłem, nie sięgając po aparat. Sięgnąłem natomiast - po powrocie do domu - do Facebooka i "Jelonki.com" i sprawa błyskawicznie się wyjaśniła. 
Dzisiaj pojawiły się znowu nad Jeżowem Sudeckim i Strupicami: dwa Herculesy C-130 o stalowo-szarych cielskach. Tym razem udało mi się je uchwycić w obiektywie.
I najpewniej nie tylko mi!

Skały Starościńskie na pograniczu zimy i lata

Niedzielny poranek przyniósł gęstą mgłę w Kotlinie Jeleniogórskiej i przepiękne, czyste niebo ledwie 100 metrów nad nią, choćby na Górze Szybowcowej. Wczesnym rankiem (bardzo wczesnym, bo po zimowo-letniej zmianie czasu) żwawo pomaszerowałem więc ku hangarowi na dawnym Galgenbergu. Po drodze robiłem zdjęcia w ilości paparazzowej, licząc, że chociaż jeden promil z nich odda chociaż częściowo pogodowo-przyrodnicze nastroje. Nie bardzo mi to wyszło, ale na pamiątkę kilka z nich zamieszczam.



Mgła jednak ustąpiła bardzo szybko, także w Kotlinie, więc na drugą część niedzieli zaplanowaliśmy sobie wycieczkę w Rudawy Janowickie, w Starościńskie Skały, z podejściem od Strużnicy.
To zupełnie bajeczne krajobrazy, obecnie ciągle jeszcze na pograniczu zimy i lata, ze słynnymi formacjami skalnymi o fantazyjnych kształtach, z których najsłynniejszą jest najpewniej Skała Marianny, zwana także Lwią Górą. Stał tu niegdyś odlany w gliwickich hutach posąg lwa (niektórzy twierdzą, że było ich kilka), ważący ze 300 centnarów. Lwa już nie ma, został przegnany stąd w latach 70. ubiegłego stulecia; nowe miejsce znalazł nad zalewem w Złotnikach Lubańskich (chociaż pewności co do lwiej tożsamości nie ma). O losach lwa pisze Joanna Lamparska na swoim blogu:
Co do lwa - podobno do lat 70-tych jeszcze tam „spał”. Z różnych źródeł  dochodzą słuchy, że został on wywieziony do Złotnik Lubańskich i umieszczony w pobliżu tunelu dojazdowego do zapory. Czy to prawda? Wątpliwości rozwiałaby odpowiednia ekspertyza, choć podobieństwo jest uderzające… Niewątpliwie dobrze by się stało, gdyby lew powrócił na swoją półkę skalną w Starościńskich Skałach i mógł znów dumnie spoglądać na swoje królestwo. [...] Ta historia mnie zaintrygowała. Zwalić i wywieźć dwie tony to jest coś! Jest tylko jedna osoba, która o zamku Czocha i jego tajemnicach wie wszystko i wybudzona w środku nocy potrafi odpowiedzieć na każde pytanie. To Janusz Skowroński, badacz historii Lubania i okolic. I rzeczywiście! – W zamku tego lwa na pewno nie ma – oświadczył Janusz. – Ale jest w pobliżu, na zaporze w Złotnikach. Rzeczywiście jest tam wspaniały lew.  
Jak to się często przypadkiem składa, wczoraj lwa nadzłotnickiego sfotografowała podczas jednej ze szkoleniowych wycieczek adeptka trudnej sztuki przewodnictwa sudeckiego, panna miła, Ola Orla, której zdjęcie poniższe podkradam z Facebooka, lojalnie linkując jednak do całej galerii.

O całym niezwykłym "parku skalnym" poczytać można chociażby na stronach Mysłakowic czy Rudaw Janowickich
Kilka impresji z wczorajszej premierowej w tym roku wycieczki na podkarkonoskie pagórki:



Popas na łonie Marianny

Po zejściu ze Starościńskich Skał wcale nie chciało się nam wracać do Jeleniej Góry

Mchy zielone i nasiąknięte jak gąbka wodą z topniejących śniegów

24.03.2011

Siła portali społecznościowych i mediów lokalnych



Zdarzyło się wczoraj:
Podczas spaceru z psem u stóp Góry Szybowcowej (na pograniczu Strupic i Jeżowa Sudeckiego) na bezchmurnym niebie pojawił się znienacka wielki, szary samolot wojskowy z biało-czerwoną szachownicą. Przeleciał nisko nad naszymi głowami i skierował się ku Wzgórzom Łomnickim, jeszcze bardziej zniżając lot. Zastanawialiśmy się, czy maszyna ma zamiar przyziemić na naszym międzynarodowym lotnisku przy ul. Łomnickiej oraz - czy już dzwonić do Świętoszowa, by przysłali czołgi. Nie, nie po to, by strzelać do lotników, ale - by wyciągnąć aeroplan z błota, który po lądowaniu na trawiastym pasie zaryłby się pewnie po skrzydła. Po trzech kwadransach sytuacja się powtórzyła: maszyna pojawiła się nad Górą Szybowcową, przeleciała nad szpitalem wojewódzkim i skierowała się na lotnisko Aeroklubu Jeleniogórskiego. Tym razem udało nam się dostrzec, że jedynie zniżyła lot, a następnie rozpoczęła odejście. Ja się na samolotach znam mniej więcej tak, jak premier Tusk na liberalnej polityce gospodarczej (a więc w zasadzie całkowicie się nie znam), myślałem więc, że to CASA.


Zdarzyło się dzisiaj:
Nie omieszkałem "zapuścić" tej historii na Facebooku:
Z wrażenia pomerdały mi się miesiące, więc przesunęłam nasz czas bieżący o miesiąc w przód. Nie o to jednak chodzi. Nie minęło więcej niż półtorej godziny, i  oto Konrad Przezdzięk (Jelonka.com) odpisuje mi takim oto linkiem:
No, to już wiemy. Latał; nie CASA ino Hercules, nie dwa, a trzy razy - a latał, bo miał prawo latać! Reszta jest tajne przez poufne i grozi śmiercią lub utratą zdrowia psychicznego (w szczególności).


Dlaczego o tym w ogóle piszę? Otóż na tym bagatelnym przykładzie widać, jak wielką nośność informacyjną ma Internet, a szczególnie tzw. portale społecznościowe. A także, jak wielką rolę mogą odgrywać lokalne portale, gazety elektroniczne (i papierowe, ale te szybkością przekazu przegrywają z Internetem), telewizje, fora etc., w szczególności w małych miastach, które wyłącznie okazjonalnie pojawiają się w newsach WIELKICH stacji telewizyjnych i gazet. I nie chodzi mi o wyjaśnianie wojskowego "grzmotu babci pod pierzyną": mi wystarczy: "latał, bo miał latać". Zainteresował mnie socjologiczny, społeczny i lokalnie-medialny aspekt losów mojego pytania o samolocik.
W związku z tym chciał będę przyjrzeć się bliżej naszym jeleniogórskim i wokół-jeleniogórskim mediom i troszeczkę (na miarę moich umiejętności i mojej wiedzy) je przeanalizować. Z subiektywnym nastawienie "konsumenta informacji".
...a co z tego wyniknie, postaram się zamieścić na niniejszym blogu.

Dziękuję Konradowi i Angeli z Jelonka.com za szybką reakcję.


Całość także do poczytania na Facebooku

Wiosenne wielkogabarytowe porządki w Jeleniej Górze



HARMONOGRAM
ZBIERANIA PRZEDMIOTÓW WIELKOGABARYTOWYCH SPRZĘTU AGD , ELEKTRONICZNEGO ORAZ PROBLEMOWYCH
Z TERENU MIASTA JELENIA GÓRA

 Lp.
 Data odbioru
Lokalizacja / Osiedle/ ulica
1.
01.04.2011 r.
Oś. Pomorskie: Gdańska, Toruńska, Bydgoska, Tczewska, Grudziadzka, Jagiełły, Zachodnia, Transportowa.
2.
04.04.2011 r.
Zaborze I : Paderewskiego, Działkowicza, Wiśniowa, Wiejska, Letnia, Wiosenna, Jordana.Zaborze III :Małcużyńskiego, Sygietyńskiego, Kiepury.
3.
05.04.2011 r.
Maciejowa : Maciejowska, Bat. Chłopskich, Dzierżonia, Kaczawska, Witosa, Wrocławska, Trzcińska, Niećki.
4.
06.04.2011 r.
Oś. Łomnickie : Goździkowa, Blacharska, Muzyczna, Kwiatowa, Konwaliowa, Liliowa, Storczykowa, Przyboczna, Pl. Różany, Łomnicka, Irysowa Powst. Śląskich, Waryńskiego, Słowiańska, Wincentego Pola.
5.
07.04.2011 r.
Oś. Podgórze : Urocza, Wzg. Partyzantów, Bogusławskiego, Podgórze, Snycerska, Kochanowskiego, Kraszewskiego, Fredry, Nowowiejska, Bartka Zwycięzcy, Staffa, Tuwima, Zana, Grottgera, Woj. Polskiego.
6.
08.04.2011 r.
Oś. Kosmonautów: Gagarina, G. Bohaterów, Dobrowolskiego, Kosmonautów, Pacajewa, Wołkowa, Komarowa, Wzg. Wandy
7.
11.04.2011 r.
Oś. Skowronków: Wesoła , Dziecinna, Słowackiego , Mickiewicza, Chełmońskiego, Baczyńskiego, Krasickiego, Norwida, Skowronków.
8.
12-13.04.2011r.
Oś. Czarne: Okrężna, Orzeszkowej, Mała, Podleśna, Południowa, Strumykowa, Czarnoleska, Malinowa, Kalinowa, Jaśminowa, Borówkowa, Poziomkowa, Wrzosowa.
9.
14.04.2011 r.
Oś. Głowackiego: Hofmana, Kossaka, Dunikowskiego, Głowackiego, Gałczyńskiego, Reja, Broniewskiego, Gielniaka Wieniawskiego, Morcinka, Wyspiańskiego, Wańkowicza, Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Żeromskiego.
10.
15.04.2011 r.
Kruszwicka , Graniczna, Wigury, Żwirki, Przesmyk, Daszyńskiego, Lipowa, Powst. Wielkopolskich, Nadbrzeżna, Kasprowicza, Poznańska.
11.
18.04.2011 r.
Oś. Widok: Sołtysia, Pionierska , Kasprzaka, Malinnik,Sokoliki, Michejdy, Poprzeczna, Granitowa, Strzelecka, Widok, Spacerowa, Szrenicka, Izerska.
12.
19.04.2011 r.
Oś. Panorama : Łabska, Krośnienska, Hirszfelda, Rudawska, Śnieżna, Rubinowa, Koralowa, Szafirowa, Turkusowa, Diamentowa.
Oś. Miłosza : Fałata, Grochowiaka, Nerudy, Krasińskiego, Miłosza, Niemcewicza, Dombrowskiej, Picassa.
13.
20.04.2011 r.
Oś. Wróblewskiego : Struga, Zielona, Błękitna, Słoneczna, Pogodna, Teczowa, Radosna, Promienna, Lelewela, PCK, Wróblewskiego,Przesmyckiego,Sieroszewskiego, Daniłowskiego
14.
21.04.2011 r.
Oś. Pułaskiego : Zakopiańska, Tabaki, Czarneckiego, Juszczaka, Cervi, Staszica, Przybyszewskiego, Pl. Cichy.
15.
22.04.2011 r.
Oś. Pod Wałami: Narutowicza, Stęczyńskiego, Starzyńskiego, Ujejskiego,Brezy, Bilewicza , Mieszka I –go, Harcerska, Jagiellońska, Zjednoczenia Narodowego.
16.
26.04.2011 r.
Oś. Żeromskiego – Sobieszów: Cieplicka, Romera, Kolejowa, Domejki, Chopina, Tetmajera, Bema, Młyńska, Osiedla Żeromskiego.
17.
27.04.2011 r.
Oś. Reymonta – Sobieszów: G. Zapolskiej, Asnyka, Leśmiana, Reymonta, Nałkowskiej, Konrada, Brzechwy, Sienkiewicza, Karkonoska, Kamiennogórska.
18.
28.04.2011 r.
Jagniątków: Karkonoska, Michałowicka, Agnieszkowska, Wczasowa, Saneczkowa, Turystyczna, Zarzeczna, Kręta
19.
29.04.2011 r.
Goduszyńska, Książęca, Lubańska, Dworcowa, Sobieszowska, Wojewódzka, Francuska, Spokojna, Cmentarna, Ludowa, Objazdowa, Łąkowa, Ceglana, Cicha.

W/w przedmioty należy składować przy pojemnikach obsługiwanych przez MPGK Sp. z o.o. Jelenia Góra.

Wywóz nie obejmuje:
  • gruzu budowlanego
  • zużytych opon samochodowych
  • makulatury , kartonów itp.
  • zmieszanych odpadów komunalnych
  • materiałów niebezpiecznych i szkodliwych

23.03.2011

Spotkanie "Pod Arkadami" - termin sine qua non!


Z głębokim przekonaniem polecam zarówno spotkanie, jak i - przede wszystkim - lekturę książki. Warto!

22.03.2011

Michael Lucas Leopold Willmann

Poniższy post to obszerny biogram, "napisany" tutaj metodą byłego ministra obrony Niemiec, Karla Theodora zu Guttenberga, a więc metodą [copy & past]. Źródłem skopiowanego tekstu jest wspaniała strona, na którą pragnę zwrócić uwagę, również poniższym plagiatem, zatytułowana:



Willmanowy życiorys chciałem mieć na blogu głównie na swoje własne potrzeby, natomiast całą stronę "Drogi Baroku" serdecznie polecam.
Michael Willmann urodził się w Królewcu 26 IX 1630 roku, a jego ojcem był miejscowy malarz, Peter Willmann. U niego też młody Michael pobierał pierwsze nauki malarskiego rzemiosła. Około 1650 roku udał się na dalszą edukację do Amsterdamu. Tam jednak Willmanna nie było stać na naukę w pracowni któregoś ze znanych amsterdamskich mistrzów i musiał sam zarabiać na życie. Dlatego też główny ciężar artystycznej edukacji Willmanna spoczął na jego własnej pracy: sam oglądał amsterdamskie kolekcje malarstwa i odwiedzał pracownie miejscowych artystów, a także przystąpił do intensywnych rysunkowych ćwiczeń na bazie zakupionego w Amsterdamie zbioru głównie włoskich grafik. Choć Willmann jako podstawę swej edukacji przyjął sztukę włoską, to jednak opierał się na metodach nauki komponowania i malowania obrazu stosowanych m. in. w pracowni Rembrandta van Rijn. Po opuszczeniu Holandii Willmann jeszcze długo podróżował po Europie zatrzymując się m. in. w Pradze, gdzie kontynuował swoją edukację na bazie znakomitych zbiorów malarstwa w cesarskiej galerii na Hradczanach.

Po dziesięciu latach podróży Willmann osiadł na stałe w Lubiążu na Śląsku, gdzie przybył 21 X 1660 roku na zaproszenie opata miejscowego klasztoru Cystersów, Arnolda Freibergera. Tam też Willmann założył rodzinę żeniąc się 26 X 1662 roku z wdową po kanceliście kurii opatów lubiąskich, Heleną Reginą Lišką z domu Schultz. Z tego związku narodziło się pięcioro dzieci: cztery córki i jeden, długo oczekiwany syn. Co ciekawe, Willmann, przeszedł z kalwinizmu na katolicyzm dopiero 22 V 1663 roku. Willmannowi bardzo dobrze się powodziło: 10 III 1687 roku nabył w Lubiążu posiadłość ziemską Winna Góra z piętrowym domem (doszczętnie spłonął w 1849 roku), wysłał na kosztowną edukację do Włoch swojego pasierba, Johanna Christopha Liškę i własnego syna, Michaela Leopolda Młodszego, a każdej ze swoich córek zapewnił wysoki posag.

Choć z artystycznego punktu widzenia osiedlenie się w prowincjonalnym Lubiążu było dla Willmanna bolesnym kompromisem, to jednak otworzyło to przed nim ogromny rynek na religijne obrazy dla Kościoła katolickiego. Willmann został głównym artystą śląskiej kontrreformacji, a jego najważniejszymi mecenasami stali się cystersi na czele z lubiąskimi opatami: Freibergerem, Johannesem Reichem, Ludwigiem Bauchem oraz krzeszowskim opatem Bernhardem Rosą. Willmann pracował także dla przedstawicieli innych zakonów: augustianów, norbertanów, benedyktynów, krzyżowców z czerwoną gwiazdą i jezuitów, a także dla duchowieństwa diecezjalnego łącznie z wrocławskimi biskupami: Fryderykiem von Hessen-Darmstadt i Franciszkem Ludwikiem von Pfalz-Neuburg. Odbiorcami obrazów Willmanna byli też przedstawiciele katolickiej arystokracji, a zwłaszcza możny ród Nostitzów. Co ważne, lubiąski artysta malował także dla zleceniodawców protestanckiego wyznania, jak Rada Miejska Wrocławia czy też sam elektor brandenburski, Fryderyk Wilhelm. Liczba zamówień płynących do lubiąskiej pracowni Willmanna ze Śląska, Czech, Moraw i Austrii była tak duża, że malarz nie był w stanie ich wszystkich realizować.
Willmann malował głównie obrazy olejne na płótnie: od niewielkich obrazów dewocyjnych, aż po ogromnych rozmiarów płótna do ołtarzy oraz do dekoracji ścian wnętrz kościelnych. W twórczości lubiąskiego artysty zdecydowanie przeważały obrazy religijne o kontrreformacyjnej tematyce i dużym ładunku emocji: od słodkich scen Pocałunków św. Józefa i Pocałunków Marii, aż po drastyczne sceny męczeństw świętych, jak choćby ze słynnego cyklu lubiąskich Męczeństw Apostołów. Willmann malował jednak także obrazy o innej tematyce: sceny mitologiczne, portrety swoich fundatorów, własne autoportrety oraz znakomite pejzaże. Choć nie znał malarstwa freskowego, to jednak pod presją fundatorów nauczył się na starość tej trudnej techniki i zdążył wykonać z warsztatem aż cztery kompleksowe dekoracje freskowe, w tym arcydzieło europejskiego baroku – malowidła w kościele Św. Józefa w Krzeszowie. Willmann był także świetnym rysownikiem, a najczęściej przygotowywał rysunkowe projekty dewocyjnych grafik sztychowanych przez profesjonalnych miedziorytników, o czym najlepiej świadczy cykl 32 ilustracji w Krzeszowskim modlitewniku pasyjnym. Sam także parał się grafiką, czego efektem były graficzne reprodukcje jego najlepszych obrazów wykonane technice akwaforty.
Na kształt malarstwa Willmanna w zasadniczym stopniu wpłynęła jego amsterdamska edukacja. Przygotowanie kompozycji jego obrazów polegało bowiem najczęściej na wykorzystaniu posiadanego zbioru wzorcowych grafik, natomiast malowanie oparte było na zastosowaniu podpatrzonej u Rembrandta szkicowej maniery malarskiej, co pozwoliło Willmannowi na różnicowanie wykończenia obrazów w zależności od ich wielkości i przeznaczenia. Początkowo lubiąski artysta korzystał z graficznych wzorców głównie z kręgu twórczości wielkich Flamandów: Petera Paula Rubensa i Antona van Dycka. Po powrocie do Lubiąża Liški z włoskiej edukacji (przed 1677 rokiem) w obrazach Willmanna zaczęły się jednak pojawiać także nowe włoskie wzory m. in. z dzieł Carla Maratty i Pietra da Cortony, a dotychczasowa niderlandzka stylistyka dzieł lubiąskiego mistrza zmieniła się na bardziej włoską. Co ważne, Willmann nigdy nie naśladował dzieł wyłącznie jednego artysty, a w jego obrazach na pierwszy plan z reguły wysuwała się powszechnie podziwiana szkicowa maniera malarska nadając tym dziełom ekspresyjny i często także wirtuozerski charakter.
Ilość obrazów namalowanych przez Willmanna byłaby znacznie mniejsza, gdyby nie pomoc jego uczniów i warsztatowych współpracowników. Nie było ich jednak wielu, bo trzon lubiąskiej pracowni Willmanna stanowili członkowie jego rodziny, wykształceni przez mistrza i współpracujący z nim w różnych okresach jego artystycznej kariery. Oprócz Liški i Michaela Leopolda Młodszego w warsztacie pracowała ich utalentowana artystycznie siostra, Anna Elisabeth, a także wnuk Willmanna, Georg Wilhelm Neunhertz. Sporadycznie pojawiali się także dodatkowi współpracownicy „z zewnątrz”, jak Johann Jacob Eybelwieser z Wrocławia, czy też Johann Kretschmer z Głogowa.
Willmann zmarł 26 VIII 1706 roku w Lubiążu i jako szczególnie zasłużony dla opactwa został w drodze wyjątku pochowany wśród zakonników w krypcie miejscowego kościoła klasztornego. Jego zmumifikowane ciało zachowało się do dzisiaj. Już za życia Willmann cieszył się ponadregionalną sławą, a jego biografia i portret jako jedynego artysty ze Śląska znalazły się łacińskiej edycji pierwszego słownika artystów niemieckich pióra Joachima von Sandrarta (1683). Ta sława i uznanie nie zmalały po śmierci lubiąskiego artysty – liczne dzieła „śląskiego Apellesa” były podziwiane i naśladowane przez rzesze późniejszych artystów, a jego biografia była pieczołowicie rekonstruowana przez kolejne pokolenia badaczy. Dzisiaj Willmann jest zgodnie uznawany za prekursora malarstwa barokowego na Śląsku i jednego z najważniejszych malarzy epoki baroku w Europie Środkowej.

Flagi

free counters