Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą turystyka. Pokaż wszystkie posty

23.08.2015

Spacerek do wnętrza Śnieżnych Kotłów

Przyznaję: w Karkonosze chodzę niechętnie, szczególnie w letnie weekendy i do tego z psem. Bo tłum ludzi (a to już końcówka wakacji, więc tłum wzmożony), bo idiotyczne (w porównaniu z czeskimi) przepisy KPN-u w kwestii prowadzania psa na terenie Parku (ale także innych narodowo-parkowych przepisów, które najwyraźniej prowadzić nas mają do Raju do Raja). 
Postanowiliśmy jednak wybrać się (z psem oczywiście) w Śnieżne Kotły, wypada przecież poznać nowo wytyczone przebiegi szlaków, a tak stało się właśnie w Śnieżnych ze szlakiem zielonym. Podjechaliśmy więc do Jagniątkowa; na wielkim, pustawym parkingu porzuciliśmy blaszaka na kołach – i jazda, ku Paciorkom (1050 m) i Rozdrożu pod Śmielcem (1127 m). Nudne i długaśne podejście szlakiem niebieskim z Jagniątkowa wzdłuż potoku Schneegrubenwasser (z niewiadomych mi powodów zwanym po polsku Wrzosówką) dało mi w kość: nie te plecy, co kiedyś (i nie o protekcji piszę). Przyznać trzeba, że sporo robót, związanych z utwardzeniem podłoża (i utrzymaniu ruchu wędrownego w granicach drogi) poczyniono na szlaku. Pierwszy "betoniarz" Karkonoszy, Hugo Seydel, byłby dumny. Postój uczyniliśmy na wysokości Paciorków, których obecnie już ze szlaku nie widać (drzewa wyrosły, krzewy wykrzewiły, zasłaniając te formacje skalne). Wprawdzie na swoich własnych stronach internetowych KPN zachwala widok z Paciorków, no ale jak to tak? Ze szlaku schodzić w parku narodowym? Skały dziewicze Rajowi buciorami brudzić? No, nie wypada... (idiotyzmów w przepisach i działaniu KPN-u jest tyle, że bloga by mi nie starczyło na ich opisywanie...).
Dodrapawszy się do Rozdroża pod Śmielcem, skręciliśmy ku Wielkiemu Kotłowi. Ruch turystyczny gęstniał (dobrze!), prowadzenie psa na smyczy stało się niewykonalne (źle? Wcale nie!). W każdym razie cieszy to, że jeszcze trwa duch wędrowny w narodzie, nie tylko w tym mocno dorosłym: sporo młodzieży na szlakach, w miarę zdyscyplinowanej turystycznie, dużo włóczykijów z Czech (z psami bez smyczy, jak to jest przyjęte w KRNAP).
Kotłów z dołu opisać nie sposób – to natury piękna uosobienie; natury groźnej i pięknej zarazem: przyroda żywa i nieożywiona, dywany kosodrzewiny i strome ściany skalne, potoczki (z Niedźwiadkiem i źródłami Szklarki - Kochel) i przepiękny Stawek Śnieżny (Kochelteichel – nazwa nawiązuje właśnie do niemieckiej nazwy Szklarki). Nad Stawkiem poczyniliśmy przerwę – pośród sporych tłumów, które z tą samą ideą tu dotarły. Zaraz za Stawkiem zaczyna się nowo wytrasowany szlak zielony: widać wysiłek, widać starania, ba: nawet szlak widać (wyraźne znaki, wymalowane trwałą farbką). Wąsko dość, ale wygodnie, przypuszczam, że intencją KPN-u było wyprowadzenie ruchu turystycznego z dna Małego Kotła (Kleine Schneegrube). A dalej już tradycyjnie: przez Gehangweg (Ścieżka nad Reglami) do Schroniska pod Łabskim. Tu nawet nie przystanęliśmy: tłum kłębił się nieprzebrany, o miejscu siedzącym przy stołach nie było co marzyć, nawet miejsca stojące były zajęte. Postanowiliśmy przenieść przerwę spożywczą nad Bystry Potok (Oberkochel) przy szlaku czerwonym, gdzie o wiele piękniej, a i pies mógł pozanurzać się w krystalicznie czystej wodzie. 
Zejście do Jagniątkowa okropnym, kamienistym, zaniedbanym czarnym szlakiem przez Trzy Jawory (Drei Urlen), a później leśnymi duktami (trasy rowerowe) poza szlakiem (panu dyrektorowi Rajowi uprzejmie donoszę, że opuściliśmy już teren KPN) to już rzecz niewarta wzmianki: ot trzeszczące kolana i – w moim przypadku – potęgujący się ból pleców. Dobrze, że są zakazane środki przeciwbólowe: te legalne niestety nie pomagają... 

Kilka zdjęć z trasy, której przejście zajęło nam 8 godzin – przy czym postoje uskutecznialiśmy liczne, wybierając miejsca w miarę bezludne i najpiękniejsze – zamieszczam raczej dla siebie, by pamiętać; niż dla Czytelnictwa szanownego, które przecież takie trasy zna na pamięć...

Jagody się kończą, borówki trwają...

Mchy ufoludzkie

Froda przy Paciorkach: tu jeszcze z szelmowskim uśmiechem. Później była mocno zmęczona.

Na pomostach

Rozdroże pod Śmielcem

Nadajnik z daleka

Wielki Śnieżny Kocioł w krasie przedjesiennej

Śnieżny Stawek (Kochelteichel)

Chłodzenie Frody

Fragment szlaku, który dla Frody był prawdziwym wyzwaniem

"I wdarłam się na skałę pięknej Kaliopy, gdzie dotychczas nie było śladu polskiej stopy".Dobra, poniosło mnie z tym podpisem.

Pod Łabskim i Szklarska w tle.

Przyznaję: pomajstrowałem przy tym zdjęciu. Wyszła cukierkowata widokóweczka.

Pies zmęczony nieco (między Małym Kotłem a schroniskiem pod Łabskim)

Pies zmęczony bardzo (kąpiel w potoku Niedźwiadek - Bärgrund)

Okropne zejście czarnym szlakiem



3.12.2013

Muzeum Wirtualne w Muzeum Przyrodniczym, freski i Chińczycy...

W poniedziałkowe przedpołudnie ruszyliśmy z Połowinką Sabinką do Cieplic, do klasztoru, by dać się olśnić. Oto podczas niedawnego wielce tajnego otwarcia Wirtualnego Muzeum Barokowych Fresków na Dolnym Śląsku (na tyle ono ci tajne było, że nawet jeleniogórska posłanka PO, pani Zofia Czernow, nie dostąpiła zaszczytu, by zostać zaproszoną przez urzędującego Prezydenta Miasta, również z PO, choć ostatnio raczej z jej przesuniętych mocno do tyłu szeregów) padło tyle słów o wyjątkowości tego przedsięwzięcia, o jego skali i znaczeniu, że nie sposób było odmówić sobie tej przyjemności.
W poprzednich postach odnosiłem się do konferencji pt. Losy klasztorów na Śląsku, w Czechach i na Górnych i Dolnych Łużycach w XVIII i XIX w., m in. przytaczając wykład pana doktora Andrzeja Kozieła na temat fresków cieplickich. Oto była ta konferencja jednym z licznych elementów zakrojonego na ogromną skalę projektu Dziedzictwo kulturowe po klasztorach skasowanych na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej oraz na Śląsku w XVIII i XIX w.: losy, znaczenie, inwentaryzacja realizowanego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki, pod kierownictwem pana profesora Marka Derwicha.
Natomiast pomysłodawcą i inicjatorem Wirtualnego Muzeum był właśnie Andrzej Kozieł, a rzecz zrealizowana została na zlecenie miasta Jelenia Góra przy znaczącym udziale funduszy unijnych. 
Dr Andrzej Kozieł
Muzeum ma swoją (dla laika dość skomplikowaną w obsłudze) prezencję internetową, jak na wirtualną instytucję przystało, ale ma także bardzo namacalną postać materialną. Ta zaś znajduje się w jednej z sal Zespołu Pocysterskiego na parterze. I właśnie tam wczoraj się udaliśmy, prowadzeni przez dyrektora muzeum, dzierżącego w ręku tablet, służący do... uruchomienia całej elektronicznej maszynerii.


We wspomnianej sali niemal na środku podłogi  stoi ogromne pudło z wielgachnym ekranem, na którym wyświetla się rodzaj koła fortuny z różnymi symbolami. Kryją się pod nimi przeróżne funkcje: zwiedzanie, gry logiczne typu puzzle i memory, a także tryby zwiedzania: "monitorowy" (indywidualny) i "naścienny" (grupowy). Pod sufitem zawieszono kilka rzutników, które wyświetlają na umieszczonych przy dwóch ścianach ekranach  wysokiej rozdzielczości obrazy: panoramiczne zdjęcia wnętrz obiektów klasztornych i kościelnych, głównie oczywiście ich freskowych zdobień. I choć lista dostępnych obiektów jest długa, to i tak nie obejmuje wszystkich najistotniejszych budowli dolnośląskich: pominięto bodaj całą Kotlinę Kłodzką i jej okolice, nie znalazły się na niej na razie także niektóre istotne obiekty z dużych ośrodków miejskich Dolnego Śląska. Wszystko jednak przed nami, bowiem dyrektor Firszt poinformował nas, że ów wirtualny zbiór będzie na bieżąco uzupełniany.

Obsługa wielkiego dotykowego ekranu przypomina w zasadzie obsługę tabletu, z tym że trzeba "wyczuć" jego specyficzną czułość: czasami nie reaguje powiększenie, czasem zatnie się pomniejszanie, a zbyt szybkie przesunięcie palcami powoduje efekt szalonej karuzeli na ekranie głównym i na ekranach zawieszonych przy ścianach.
Rozdzielczość zdjęć jest znakomita: po powiększeniu widać najdrobniejsze szczegóły, łącznie ze spękaniami farb, odręcznymi adnotacjami artystów, czy pozostawionymi w tynku śladami cyrkla, którym malarze wyznaczali granice powierzchni dzieł. Mam wszakże wrażenie, że jakość rzutników nie dorównuje jakości zdjęć: na ekranie głównym wszelkie drobiazgi widoczne są wyraźnie, natomiast na zewnętrznych ekranach lekko się rozmywają. To jednak – jak sądzę – w niczym nie umniejsza wartości poznawczej, jaką oferuje nam ta ekspozycja. 



Sięgnąłem do wnętrz mi dobrze znanych: kościół Łaski w Jeleniej Górze, kościół NMP w Krzeszowie, Sala Książęca w pałacu lubiąskim – by móc porównać to, co widzi się "na żywo" z tym, co umieszczono we wnętrznościach maszyny cyfrowej. Bezsprzecznie widać w Wirtualnym Muzeum o wiele więcej detali, szczegółów, drobiazgów, niźli nawet najwprawniejszym okiem w realnych obiektach. Dotyczy to w szczególności malowideł sufitowych, które przecież – jak to w budowlach sakralnych bywa – znajdują się na znacznej wysokości. Istnieje również możliwość "wędrowania" w obiekcie, skonstruowana na podobnej zasadzie, jak w googlowym Street View: naciskamy strzałeczkę i ze środka nawy przenosimy się do prezbiterium, pod sam ołtarz. Tu możemy oglądać plan ogólny, albo poszczególne elementy/fragmenty dzieła, przybliżając je i przesuwając w prawo lub w lewo, w górę lub w dół. Niektóre ujęcia zawierają dodatkowe, szczegółowe informacje, wyświetlające się po naciśnięciu ukazującego się na ekranie dymka z literką "i". 

Nie jestem wielbicielem barokowych przepychów, ale niewątpliwie prezentacje komputerowe wciągają. I pewnie spędzilibyśmy przy konsoli wiele godzin, gdyby nie Chińczycy... Okazało się bowiem, że w mieście gości delegacja z zaprzyjaźnionego, partnerskiego miasta Chángzhōu i właśnie za chwil kilka zwiedzać będzie wyremontowany obiekt, oczywiście biorąc udział w wirtualnym pokazie. Ustąpiliśmy więc przed przeważającymi siłami przyjaciół z postanowieniem, że koniecznie trzeba tu wrócić.


Kilka wrażeń osobistych na gorąco: dobrze rozumiem ideę tego przedsięwzięcia i przekonany jestem o jej słuszności. Natomiast nie podzielam zachwytów, wyrażanych przez licznych uczestników oficjalnego (zamkniętego) otwarcia Wirtualnego Muzeum na temat funkcjonalności tego pokazu dla grup turystycznych, czy szkolnych. W Wirtualnym Muzeum Fresków odnajdzie się świetnie ten, kto ma porządne przygotowanie teoretyczne w dziedzinie (sakralnych) malowideł barokowych. Średnio zaawansowani wprawdzie otrzymują kolorową papkę dla oczu, ale przy dość skąpej informacji merytorycznej na temat obiektów i dzieł, a także natłoku szczegółów oraz prezentowanych budowli, szybko można dostać kociokwiku. Przekonany jednak jestem, że miłośnicy baroku rozkoszować się będą możliwością "przyklejenia się nosem" do malowidła, podejrzenia niedostrzegalnych w naturalnych warunkach szczegółów, wirtualnego dotknięcia tych dzieł malarskich z najmniejszej odległości. Troszkę trudniej będzie przewodnikom/nauczycielom z grupami dzieci i młodzieży: puzzle i memory to fajna zabawa, ale ekran – choć ogromny – jest tylko jeden. Przy trzydziestce dzieci szanse na udział w zabawie będą miały pewnie tylko nieliczne... 
Ze swojego podwórka przewodnickiego powiem, że wprawdzie jest Wirtualne Muzeum dużą atrakcją, ale w żadnej mierze nie da się bezboleśnie wprowadzić jego zwiedzania do i tak napiętych programów wycieczek: by "ogarnąć" całość trzeba by poświęcić przynajmniej godzinę na samą prezentację barokową (a i to wyłącznie wybranych elementów), kolejne pół godziny na zwiedzanie wnętrz klasztornych, a gdy już w pełni ruszy Muzeum Przyrodnicze – ze trzy kwadranse na obejrzenie jego zbiorów. Oby jednak zawsze "kłopotem" była nadmiar atrakcji, a nie turystyczne pustkowie...
W każdym razie do Wirtualnego Muzeum zajrzeć warto, warto też posiedzieć w nim dłużej – a gdy zorganizowane zostaną obiecywane przez dyrektora Firszta szkolenia dla przewodników i oprowadzaczy – koniecznie trzeba wziąć w nich udział. 

A nad głowami zwiedzających element fresku z jagnięciem/owieczką: myślę sobie, że Schaffgotschów ucieszyłyby zmiany, jakie w ostatnich 3 latach dokonały się w pocysterskim obiekcie: mam wrażenie, że są realizacją ich dawnych przedsięwzięć wystawienniczo-muzealnych w Cieplicach...

24.11.2013

Odnowa Dziwiszowa

Dziwiszów zna każdy, kto od strony Złotoryi wjeżdża do Kotliny Jeleniogórskiej, pokonując liczne zakręty prowadzące na przełęcz Widok (Kapella, 592 m n.p.m.) oraz równie krętą drogą z Kapelli zjeżdżający. Znają Dziwiszów amatorzy narciarstwa, niejednokrotnie przedkładający stoki Łysej Góry nad zatłoczone trasy karkonoskie. Oraz rowerzyści i wędrowcy, których trasy kaczawskie przebiegają właśnie tędy. 
My wybraliśmy się do Dziwiszowa na zaproszenie Stowarzyszenia Nasz Dziwiszów, które zorganizowało imprezę plenerowo-spacerową pod hasłem "Popieram ideę odnowy wsi dolnośląskiej"
Dość skąpe były informacje zamieszczone na plakacie, słowo "wizytacja" kojarzyło mi się nie całkiem miło, a godzina 14.00 w III dekadzie listopada to 2 godziny przed zmierzchem, więc z pewną dozą nieufności ruszaliśmy do tej podjeleniogórskiej wsi. 
Do "Koniadora" przybyliśmy krótko przed drugą, na polance wokół przygotowanego chrustu znalazło się ledwie kilka osób, nasze obawy zdawały się potwierdzać.

Pierwsze wrażenie okazało się nader mylące. Serdecznie powitani zostaliśmy przez panią Lidię Kaczmarczyk-Pałuchę, liderkę Stowarzyszenia i obdarowani żółtymi koszulkami z napisem "Popieram odnowę wsi Dziwiszów". Koszulkę otrzymała także Froda i nosiła ją z wyraźnym ukontentowaniem.
Po krótkim wprowadzeniu ruszyliśmy – całkiem sporą jednak, bo około trzydziestoosobową grupką  na spacer po wsi (w zasadzie tylko po Dziwiszowie Dolnym), odwiedzając kolejno:
Dom Ludowy  znajdujący się w budynku dawnej karczmy, zbudowanym w 1834 r. Mieści on sporą salę, wyposażoną w scenę i niewielki barek z zapleczem gastronomicznym. Dzięki zabiegom Stowarzyszenia Nasz Dziwiszów sala została wyremontowana oraz docieplona i w zamierzeniach ma służyć mieszkańcom Dziwiszowa w jak najszerszym zakresie.
Krzyż pojednania, zwany mylnie pokutnym, przy posesji nr 54.
Kościół p.w. św. Wawrzyńca – z ok. połowy XIV w., inkastelowany. W prezbiterium na ścianie ołtarzowej odsłonięty fragment polichromii figuralnej z pierwszej poł. XV w. (?). Ze wstydem przyznaję, że była to dla mnie premiera: nigdy nie miałem okazji, by zwiedzić wnętrze tego ślicznego kościółka. Ksiądz Krzysztof obdarował nas widokówkami, na odwrocie których zamieszczono krótko historię świątyni oraz życiorys jej patrona. 

Pałac w Dziwiszowie (Dolnym) – weszliśmy do stajni i przystajennej salki myśliwskiej, w której organizowane są niekiedy imprezy (ostatnio: święto Hubertusa). 
Wyremontowane i otwarte w 2009 r. Centrum Kształcenia w byłej szkole podstawowej – fajnie wyposażona świetlica ze stanowiskami komputerowymi, grami zręcznościowymi i kącikiem zabaw dla najmłodszych dzieci oraz całkiem pokaźną biblioteką. 
Stamtąd wróciliśmy do siedliska Koniador, gdzie już płonęło ognisko, a garkuchnia wydawała przepyszną zupę gulaszową, kawę i herbatę, a także kiełbaski, które można było sobie upiec w ogniu. Największą beneficjentką części gastronomicznej imprezy była – oczywiście! – Froda: dostała chyba z 5 porcji kiełbasy (niegrillowanej), a także talerz wspomnianej zupy (pikantnej, jak diabli). Mieliśmy obawy co do efektów żołądkowych takiej "diety", ale pies przetrawił wszystko bez najmniejszych problemów: widać wspaniały nastrój, panujący podczas imprezy, miał dobroczynne działanie. 
Organizatorzy rozlosowali jeszcze nagrody dla uczestników dziwiszowskiego marszu, panie policjantki, które zabezpieczały trasę przemarszu (w dużej części wzdłuż ruchliwej drogi), rozdały gadżety służące bezpieczeństwu pieszych i impreza powoli się kończyła.
My grzecznie podziękowaliśmy organizatorom i ruszyliśmy w drogę do domu. Zaś Dziwiszów, który przecież tak często odwiedzamy podczas spacerów z Frodą, stał się nam jeszcze bliższy i jeszcze lepiej znany...

28.08.2012

W rodowym gnieździe Świnków


W drodze powrotnej z Jawora wstąpiliśmy do zamku Świny. To już prawie Bolków, więc do Jeleniej Góry rzut beretem. Dawno tędy nie przejeżdżałem, będzie z 10 lat, a uprzednio, gdym sam, lub w towarzystwie oprowadzanych gości próbował „zamek zdobyć”, zastawałem bramy na głucho zamknięte. Pewnie można by było zakraść się na jego teren drogą odtyłową, ale jakoś nie wypada, szczególnie z turystami w wieku mocno emerytalnym, licząc nawet według nowego prawa emerytalnego ostatnio uchwalonego. 
Tym razem miało być inaczej: Świn brama otwarta, kasztelan z biletami obecny, napaść na zamek to koszy pięciu złotych polskich od sztuki napastnika. Czy warto?
Z góry uprzedzam: tak, jak ciekawa jest zamku historia, tak kiepski jest jego stan. To trwała ruina (i w tym nic jeszcze złego), jednak z pobieżnie, miejscami bardzo nietrwałe zabezpieczonymi murami, stropami, piwnicami i lochami. Ogólnie rzecz biorąc stan taki trwa od 1769 r., kiedy to zamek opuścili ostatni stali mieszkańcy. Ale warto, bo ruina ze wszech miar warta zwiedzenia.
Rzut zamku (wykonany ok. 1930 r.)
W roku 1288 w księgach wymienia się Johanna de Swyn jako lokatora i właściciela tego zamczyska. To po polsku pan Jan Świnka, albo – dokładniej – Jan ze Świnek lub ze Świn. Ród najwyraźniej fantazji pełen być musiał, używający życia, nadużywający trunków mocnych (a i słabszymi gardzić nie zwykł), wesoły, a troszkę rabuśny. Jednak istnieją mocne dowody, że o zamku Świny w Polsce (w brzmieniu: Zuinii lub Castrum Suini in Poloniae) pisano już o wiele wcześniej, bo w Kronikach niejakiego Kosmasa z Pragi, a to w roku 1108. Sam papież Hadrian IV w dokumencie z roku 1155 wymienia nazwę Zipini, a z kontekstu dokumentu wynika, że o „nasz” zamek mu chodzi. W XIII wieku zamek był kasztelania (w dokumentach Comes Jaxa castellanus de Svyne pada tu imię Tadka ze Świn, a w oryginale: Tader de Swyna), a w roku 1248 czytamy o Petrico castellanus de Zuni. Zaś legenda o powstaniu zamku głosi, że oto w 716 roku (sic!) rycerz o przydomku Biwoy (i znów znajoma końcówka „woj”?), spacerując niewinne po okolicy, miał kaprys złapać gołymi rekami dziką świnię (za uszy), którą to złożył u stóp panującej wówczas w Czechach księżniczki Libušy. Za to dzieło spacerowe otrzymał kolejno: złoty pas, rękę Kasi (siostry księżnej), nowy herb rodowy ze „świnką” (zwierzęciem, nie złotą rosyjską monetą; to nie te czasy!) oraz potwierdzenie zasiedzenia zamku w osadzie Świny. W jaki sposób jednak ów dzielny Biwoy zaciągnął żywego dzika za uszy przed tron w Pradze – tego legenda niestety nie wyjawia; jednak morał z tej opowieści jest klarowny: opłaca się spacerować w lasach koło Bolkowa i Świn!

Przyjmując jednak, że jeśli w 1108 r. niejaki Mutina, wódz plemion bohemskich, udał się do zamku „Zuinii w Polsce”, by tam odbyć naradę wojenną ze swoim wujem, to należą Świny do najstarszych instalacji obronno-mieszkalnych na Śląsku. Polscy archeolodzy dokopali się zresztą w najbliższym sąsiedztwie dzisiejszych ruin do drewnianych pozostałości założenia obronnego, starszego jeszcze od murów z kamienia.

W 1155 r. kasztelania Zuini stanowi według dokumentów ośrodek administracyjny dla sąsiednich wsi oraz wysunięty posterunek na granicy śląsko-czeskiej w gęstym lesie, zwanym przesieką. I byłoby pięknie i bogato, gdyby nie lokacja Bolkowa (na prawie niemieckim, czy magdeburskim; ius municipale magdeburgense) w drugiej połowie XIII w. Jednak Świny pozostały gniazdem rodowym Świnków (czy też: Schweinichenów), którzy aż do XVII w. swoją siedzibę rozbudowywali i remontowali (a jak wiadomo: na budowach węgrzyn i okowita są nie mniej ważne, niż zaprawa i budulec...). Koniec końców z surowej gotyckiej twierdzy zamek przekształcił się w przepiękną, a imponującą budowlę renesansową. Jednak i na Świnków przyszedł kres: ostatni z rodu zmarł w 1702 r., a obiekt w 1713 r. stał się własnością zięcia ostatniego ze Świnków, (Sebastiana) Henryka ze Świdnicy. Od roku 1769 zamek przejął (w drodze aukcji upadłościowej) minister państwowy Churschwand, aż wreszcie twierdza znalazła się w posiadaniu rodu hrabiów rzeszy von Hoyos-Spritzenstein. Niestety od 1769 r. w zamku nie prowadzono żadnych prac konserwacyjnych, a dzieła zniszczenia dokonała sama natura: huragan z 1848 roku i wielki pożar z roku 1876. 

Walka o zabezpieczenie ruin rozpoczęła się dopiero około roku 1905, gdy pieczę nad zamkiem przejął bolkowski Związek Małoojczyźniany (Bolkenhainer Heimatverein): wywieziono gruz, splantowano ziemię, zabezpieczono i podparto ściany, a w latach 30. XX wieku na wieży mieszkalnej położono nowy dach. W 1941 r. obiekt przejęła Tysiącletnia Rzesza, by tu magazynować elementy wyposażenia samolotów Messerschmitta, produkowane w podziemnych fabrykach w Bolkowie. "Adolfianie" planowali zresztą odbudowę zamku po wojnie i stworzenie tu ośrodka Hitlerjugend. Nie tylko te plany spaliły na panewce...
Po wojnie ruinami zajęli się kolejno: szabrownicy i złodzieje, a następnie ludowe państwo polskie, które obiekt zabezpieczyło i udostępniło do zwiedzania. A po przemianach roku 1989 obiekt (na fali tanich wyprzedaży) przeszedł za śmieszne pieniądze w ręce prywatne (szwedzkie?), zaś w ostatnich latach (od 2004 r.) znów jest nasz, polski (prawdopodobnie część udziałów we własności posiadają potomkowie rodu Hoyos), acz w dalszym ciągu – zdaje się – bezkoncepcyjna to własność, jeśli chodzi o sposób wykorzystania obiektu. W każdym razie za „piątaka” można sobie ogromne kubaturowo ruiny zwiedzać do woli. 

Kościół kasztelański p.w. św. Mikołaja
Poza murami zamku, w niewielkiej jednak odległości znajduje się niegdysiejsza kaplica zamkowa, a dzisiejszy kościołek p. w. św. Mikołaja. z XIV w., jednonawowy, z wieżą dostawioną od zachodu. W środku wyposażenie z XVI w., m.in. malowane stalle, nagrobki rodziny Świnków oraz epitafium Jana Zygmunta Świnki z roku 1664. Zakrystia mieści się w najstarszej, noszącej cechy romańskie, części świątyni. I choć z zewnątrz budynek nie robi wielkiego wrażenia, to wnętrze jest i urokliwe, i historyczno-architektonicznie niezwykle ciekawe. Większość wyposażenia wnętrza pochodzi z XVI w. Niemal wszystkie sprzęty są drewniane, renesansowe, co rzadkie na Śląsku. Kościół był świątynią prywatną, więc dla przedstawicieli rodu von Schweinichen (o ile znaleźli czas, by zajrzeć do kościoła) zbudowano przy lewej ścianie prezbiterium w 1593 r. okazałą piętrową lożę kolatorską. Postawiono ją przy lewej ścianie prezbiterium. Elementy drewniane frontu i sufit stalli pokrywają zacierające się coraz bardziej maureski i inskrypcje. Po drugiej stronie stołu ofiarnego przepiękna, drewniana chrzcielnica, wparta na kurzych łapkach, z całkowicie zachowanym baldachimem. Została ostatnio znakomicie odrestaurowana. 
Godne uwagi są zachowane są nagrobki, m.in. Burgmana Schweinichena (1456-1566) i jego żony Margarety. Szczególną uwagę zwraca nagrobek Ursuli von Zedlitz, niewątpliwie znakomite dzieło śląskiej sztuki sepulkralnej XVI w. na Śląsku. W wieku 17 lat połknęła igłę i to było przyczyną jej śmierci, co zawarto w inskrypcji. Być może było to samobójstwo z powodu nieszczęśliwej miłości do człowieka stanu niegodnego...
No, to zapraszam do foto-galerii, a jeszcze bardziej polecam przyjazd do Świn i spędzenie tu 2–3 godzin; przy ładnej pogodzie to piękny czas!
Z drogi Jawor-Bolków
Wejście





Froda-Zwiedzaczek: o zabytkach wie pewnie więcej, niż niejeden mieszkaniec regionu ;-)
Nadokienne sgraffito (chyba dość współczesne) 
Dziedziniec dolny
Najstarsza część kaplicy (dzisiejsza zakrystia) z wyraźnymi akcentami romańskimi




24.08.2012

Dobków w sobotę, czyli: nie śnięci garnki lepią


Moja artystycznie uzdolniona wielce Połowinka postanowiła wziąć udział w Warsztatach Ceramicznych w przepięknym podkaczawskim Dobkowie.

Dołączam! Mniej może do warsztatu (wolę własny, skromny, niepozorny warsztacik, niż dmuchaną ceramikę), ale do wyjazdu do Najpiękniejszej Wsi Dolnego Śląska (w roku 2011; vide: http://goo.gl/uGev0).

Chcę sobie połazić po tym regionie Kaczawskiego Pogórza, przejść Szlakiem Kapliczek we wsi, udać się na Górę Kapliczną (cytatcik: "Wyjątkowy katolicyzm mieszkańców w dawnych wiekach pozostawił wiele pamiątek. Można tu zobaczyć licznie występujące kapliczki i figurki przydrożne. Kościół, pierwotnie gotycki z 1399 roku, nosi cechy barokowe po przebudowie w 1735 r. i jest pod wezwaniem św. Idziego. We wsi są bardzo liczne, stare, bo ponad stuletnie domy"), a jeśli starczy czasu: na Mokrą Łąkę (przez Jodłową Łąkę), zajrzeć do Ekomuzeum Rzemiosła, przyjąć do siebie poczęstunek w Villi Greta.

Społeczność Dobkowa to niezwykłe zjawisko na mapie polskich; dolnośląskich wsi: potrafili się zjednoczyć wokół nośnej i fajnej idei, rozwijają ją wspólnymi staraniami, znaleźli - jak to napisano - "pomysł na siebie". I to działa, przynosi efekty reklamowe, ale i bardzo wymierne finansowe. 

Da się? Da się! "Trzeba ino kcieć".

http://goo.gl/rrgMp
http://www.villagreta.pl/
http://art-el.prv.pl/

22.02.2012

Arcykoszmarny "Gołębiewski"

O koszmarze, znanym pod nazwą "Hotel Gołębiewski w Karpaczu" pisałem na tym blogu wielokrotnie, co świadczy o tym, że uwiera mnie ten moloch niczym kamień w bucie trekkingowym... Podkreślę jednak, że mój sprzeciw wywołuje sposób potraktowania przyrody i krajobrazu w bezpośrednim sąsiedztwie Karkonoskiego Parku Narodowego, w niezwykłej urody górskim miasteczku. Natomiast potrzeba istnienia takiego przybytku (ale nie w takiej formie architektonicznej!) w Karpaczu jest niezaprzeczalna. Ludzie zresztą głosują "nogami" i pobytami. Ale to inny aspekt dyskusji o architektonicznym kacu-gigancie.

I oto okazuje się, że "Gołębiewski" zdobył nagrodę! W organizowanym przez tygodnik POLITYKA plebiscycie na Architektoniczną Arcymaszkarę Roku po laur najwyższy sięgnął ów „mrówkowiec w wydaniu wakacyjnym”, „wyraz pogardy i zbrodnia na wszystkich kochających góry”, „dziecko układów i kolesiostwa” (to cytaty z linkowanego poniżej artykułu). Nie pozostaje nic innego, niż pogratulować!
Polityka.pl: Arcydzieła i arcymaszkary


O "Gołębiewskim" na tym blogu:
1. Miasto w mieście,
2. Rozbieranie Gołębiewskiego,
3. "Gołebiewski" rozpoczął działalność,
4. Hotel Gołębiewski - kolejna runda,
5. Pan minister się postawił;
oraz w Czechach:
Bohatý Polák staví pod Sněžkou hotel

20.01.2012

Marienburg (ale nie Malbork!) koło Hanoweru

Podczas naszego pobytu w Pattensen (o którym poniżej pisałem, w związku z dzwonem z kościoła kowarskiego) Gospodarze pokazali nam także okoliczne atrakcje, w tym historyczne. I tak trafiliśmy do zamku Marienburg opodal Nordstemmen i Hildesheim. Piękna to budowla, rozległa i bogata. Odnosząc jej architekturę do naszych okolic, moim pierwszym (szybko zweryfikowanym) wrażeniem było pomieszania pałacu mysłakowickiego z pałacem w Bobrowie - przy monumentalizmie Książa
O pałacu słów kilka: sylwetka zamku Marienburg rysuje się malowniczo na południowo-zachodnim zboczu Góry św. Marii. Liczne wieżyczki zamku już z daleka wyłaniają się z łagodnie pofałdowanej doliny rzeki Leine. Była rezydencja letnia, podarek urodzinowy hanowerskiego króla Jerzego V (z Welfów) dla małżonki Marii, został zbudowany w latach 1858-1867 przez dwóch znanych architektów z tzw. Szkoły Hanowerskiej, Conrada Wilhelma Hase (1818-1902) i Edwina Opplera (1831-1880). W ostatniej fazie budowy, w 1866 roku, Hanower zajęła armia pruska, w wyniku czego budowla nigdy nie osiągnęła zamierzonego stanu końcowego. Dziś zamek Marienburg zaliczany jest do najważniejszych zabytków architektury neogotyckiej w Niemczech.
Urzekająco zróżnicowane fasady i różnorodne kształty wieżyczek  i dachów są wcieleniem marzeń o zamku z bajki.
By utrzymać zamek obecni właściciele (książęta hanowerscy Ernst August i Christian) sprzedali w 2005 r. na aukcji przeprowadzonej w Domu Aukcyjnym Sotheby's większość wyposażenia zamku, w tym liczne dzieła sztuki. Aukcja przyniosła w sumie 44 miliony €, z części pieniędzy utworzono fundację, która zajmuje się utrzymaniem zamku. 
Możliwe jest zwiedzanie wnętrz zamkowych, niestety dopiero od marca - tak więc zadowolić musieliśmy się spacerem u podnóża murów obronnych. Ale i tak wrażenie przepyszne...





29.09.2011

Dolny Śląsk z nowym logotypem

Miś ze Ślęży popadł w niełaskę, już nie będzie promował regionu. Niedawno rozpisano konkurs, na wybrane projekty można było głosować w internecie, a od wczoraj  Dolny Śląsk ma nowe logo:
O promocji na stronie DolnySlask.info.


Rozwalił mnie cytat z portalu "Polska Lokalna":
Logo na początku rzadko kiedy kojarzy się z konkretnym produktem. Forrest Gump też przecież kupił akcje firmy sadowniczej, która później okazała się gigantem komputerowym. Dolnośląskie trzy kwadraty albo opatrzą się i będą się kojarzyć z regionem, albo zginą w natłoku innych bannerów, flag i reklam...
Sława i związanie logotypu z produktem (w tym wypadku: z regionem) to proces dość skomplikowany; częste zmiany koncepcji z pewnością nie utrwalają ani symbolizowanego wizerunku, ani powiązania go z grafiką. W mojej ocenie nie jest to zły projekt, chociaż niekoniecznie podoba mi się wykorzystana czcionka (z wielgachnym ogonkiem pod literka Ą), no ale tu każdy z nas ma swoje osobiste preferencje. Mam wszak wrażenie, że lepsze jest to nowe logo od misia, który nieuchronnie kojarzył mi się z... Berlinem.
Stare logo z 2006 r.

Flagi

free counters