Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Izerskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Góry Izerskie. Pokaż wszystkie posty
9.10.2014
Barok zasygnalizuję
Godz.:
11:28
Tagi:
Cieplice,
Góry Izerskie,
historia,
informacje,
Jelenia Góra,
Karkonosze,
Orle,
Szklarska Poręba,
W kotlinie
18.05.2014
Will-Erich Peuckert wspomina Carla Hauptmanna
Tekst ukazał się w "Wanderer im Riesengebirge" w drugą rocznicę śmierci tego najbardziej karkonoskiego twórcy .
Prośba, by opowiedzieć Czytelnikom „Wanderera” o Carlu Hauptmannie nieco mnie skonfundowała. Był Hauptmann dzieckiem gór, jego przodkowie – zanim przenieśli się na śląskie pogórze – również wywodzili się z gór; ponad połowę swojego życia spędził w Szklarskiej Porębie, dzięki czemu niemal wszyscy mieszkańcy Karkonoszy i Gór Izerskich znali go osobiście (w jaki sposób niniejsze mało wyraziste słowa miałyby zastąpić tę znajomość?), a przybliżenie osobom trzecim owej niezwykłości tej postaci jest trudne. Starać się będę jednak ze wszystkich sił.
Carl Hauptmann miał poczucie przynależności do gór, zastanawiał się poważnie, czy w jego żyłach nie płynie czeska krew; po okresie nauki i podróży nigdy nie wytrzymywał długo na obczyźnie, a zanim jego ojciec nie kupił obu braciom chaty wiejskiej w Szklarskiej Porębie, całkiem serio nosił się z zamiarem zamieszkania w Budnikach (Forstbauden) tyle tylko, że tam przez długie okresy roku nie widziałby słońca, przez co plan spalił na panewce.
Gdyby nie wrósł tak całkowicie w tę okolicę, gdyby nie zawładnęła nim magia tych okolic wówczas „całe te przebogate góry - z chmurami, podmuchami wichru, z połyskującymi torfowiskami i migoczącymi słońcem zdrojami, ze skalnymi bułami i nochalami wyłaniającymi się w drodze wśród ciemnej nocy. Z tymi wszystkimi wędrowcami w wytwornych lub żebraczych strojach. Z niezliczonymi krzakami kosodrzewiny i zupełnie nieczułymi na pogodę świerkami. Z płochliwymi wilkami i niedźwiedziami w dawnych wiekach. Z końmi i krowami, kozami i zmierzwionymi kundlami”, jak pisał w swojej Księdze Ducha Gór [tłum. E. Mendyk, P. Wiater, 2008 r., wyd. AD REM] pozostałyby dla niego niepojęte. I nie o same góry chodzi, lecz przede wszystkim – co ważniejsze – o ludzi. Niech będzie mi wolno wspomnieć „Leśnych ludzi”(„Waldleute”) – utwór ukazujący rozpaczliwą walkę pomiędzy kłusownikami, nielegalnymi handlarzami i leśnikami, wojnę, która trwa w najlepsze do dzisiaj; niech wspomnę „Wygnanie” („Die Austreibung”), którego akcja rozgrywa się również w górach; „Ubogich miotlarzy” („Die armseligen Besenbinder”), mieszkających w górnej części śródgórskiej wsi; umiejscowioną we wioskach Kotliny Jeleniogórskiej akcję „Czerwonej Juli” („Rote Jule”), czy choćby mającą swoją premierę w Bolesławcu „Córkę Ephraima” („Ephraims Tochter”). Są jeszcze liczne opowiadania z gór, jak „Chaty na zboczu” („Hütten am Hange”), „Noce” („Nächte”), „Losy” („Schicksale”) – wreszcie faustowski poemat „Górska kuźnia” („Bergschmiede”), w którym pobrzmiewa magia legend walońskich, czy „Księgę Ducha Gór” („Rübezahlbuch”) z nowszymi przygodami Karkonosza. Hauptmann, z wyglądu upodabniający się do Ducha Gór, był silnie związany z górami i z ich mieszkańcami, tak silnie, jak niemal nikt inny (jego brat z czasem bardzo się wyobcował). Na co dzień mówił tutejszym dialektem. Niczym myśliwy podkradał się do starców o pomarszczonych twarzach, w których kryły się setki opowieści (w taki właśnie sposób pewnego razu w karczmie na Orlu zasadził się na starego Hanshennera z Wielkiej Izery). Był z tymi ludźmi zżyty do tego stopnia, że zawsze pomagał im w biedzie, choć sam do bogatych z pewnością nie należał, czy to niewielką sumą pieniędzy, czy dobrym słowem, lub poradą. Gdy hrabia Harrach wygnał mieszkańców Ruben (Rovné) z ich miejsca zamieszkania, Hauptmann wstawił się za nimi i poruszył niebo i ziemię, by zdobyć dla nich pozwolenie osiedlenia się na Węgrzech – co prawda na próżno, albowiem zostali oni oskarżeni o kłusownictwo.
Swojego obrońcę mieli w nim nie tylko ci prości ludzie niskiego stanu z ich troskami – interesował się wszelkimi przejawami życia w swojej społeczności. Niechże wspomnę tu historię obydwu Pohlów – dyrektora huty Józefiny i właściciela huty na Orlu, których przywrócił pamięci w „Zwei echte Adepten der schönen Glasmacherkunst”.
Potrafił znakomicie wejrzeć w ludzkie dusze. Ludzie garnęli się do niego, przychodzili ze swoimi sekretami; nie mieli żadnych tajemnic przed swoim „Herr Doktorem”. Przypominam tu sobie dwa osobliwe dokumenty: jeden to spisane specjalnie dla niego ludowe pieśni Karkonoszy, drugi – rodzaj autobiografii, spisanej przez robotnicę dniówkową, brulion z którego przebija najprostsza, wzruszająca prawda. Echa ich pobrzmiewały w jego twórczości.
Łatwo jest rzucać wielkie sowa po czyjejś śmierci, maksyma ‘de morituis nil nihil bene’ kusi, by nawet z najbardziej przeciętnego skryby uczynić poetę. Czas będzie sędzią. Carl Hauptmann nie musi się go bać, postać Gerharta nie będzie go – jak się zwykło twierdzić – przytłaczać; przeciwnie: stojąc obok niego (a nie nad nim) będzie Gerhart drogą do zrozumienia i docenienia dzieła swojego brata. A wówczas mówić się o nim będzie, że był tym poetą Karkonoszy, był kwintesencją tych gór z ich torfowiskami, piargami, skalnymi nawisami, z obszarpańcami, zafrasowanymi kobietami, z ich z kamieni płynącą muzyką – on ci tym wszystkim był. I nie będzie już następnego, o którym będzie można tak mówić.
12.09.2012
Vlastimil Hofmann aka Wlastimil Hofman
Mazana czytać uwielbiam, bo uwielbiam (jak i on) Czechy. A gdy pisze on słowo o Hofmanie, Wlastimilu – to bloguję natychmiast!
W Krakowie przy ulicy Reymonta
mieści się siedziba jednego z najstarszych (1906) polskich klubów,
wielokrotnego mistrza kraju, Towarzystwa Sportowego „Wisła”. Nad wejściem do
hali głównej umieszczone jest wielkie malowidło – alegoryczny portret drużyny
piłkarskiej „TS Wisła”, namalowany tuż po zdobyciu przez nią w roku 1926
Pucharu Polski, po zwycięstwie 2:1 nad lwowską „Spartą”. Autorem alegorii jest
wielki kibic „Wisły”, czeski malarz Vlastimil Hofmann (1881–1970).
Prawdę powiedziawszy, artysta to
trochę czeski, trochę polski. Pan Ferdynand Hofmann, praski kupiec, osiadł w
Krakowie wraz z małżonką Teofilą i ośmioletnim synkiem Vlastimilem. Synek uczył
się w gimnazjum im. Jana III Sobieskiego, a potem studiował pod kierunkiem
sławnych polskich mistrzów malarstwo w
Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie, kończąc ją ze złotym medalem. Po
studiach w paryskiej École des Beaux-Arts i trzech latach pobytu w Pradze,
wrócił do Krakowa. Za namową swego mistrza i przyjaciela, wielkiego polskiego
malarza symbolisty, Jacka Malczewskiego w 1922 roku spolszczył nazwisko na
Wlastimil Hofman. Malował wiejskie Madonny, dzieci, żebraków, zjawy na polnych
drogach, autoportrety – wszystko lub prawie wszystko w konwencji późnego
symbolizmu.
W roku 1939 Wlastimil Hofman,
uciekając przed Niemcami, przemierzył drogę Tarnopol - Stambuł - Hajfa - Tel
Aviv - Kraków. Rok po powrocie do Krakowa wyjechał do Szklarskiej Poręby koło
Jeleniej Góry, gdzie zmarł i został pochowany w 1970 roku.
Dziś uważany jest za jednego z
najwybitniejszych przedstawicieli polskiego malarstwa międzywojennego i powojennego.
Jego obraz z alegorią piłkarskiej drużyny „Wisły Kraków” reprodukowany jest od
osiemdziesięciu lat w niezliczonych ilościach wydawnictw i na kartkach
pocztowych. W Krakowie, w dzielnicy Zwierzyniec znakomity malarz ma swoją ulicę
Vlastimila Hofmana, przy której stoi jego dom i pracownia, wybudowane w roku
1921.
(Leszek
Mazan „Czeska Małopolska”)
Dodam kilka obrazków obrazków Wlastimila (do obejrzenia w Domu Carla i Gerharta Hauptmannów w Szklarskiej Porębie):
![]() |
| "Jako i my odpuszczamy" |
![]() |
| "I nie wódź nas na pokuszenie" |
![]() |
| "Ojcze nasz..." |
6.09.2012
Porozmawiajmy o Maciejowcu (na przykład)
Tym razem same cytaty i zapożyczenia (bez bulu żadnego te zapożyczenia czynię, Panie Prezydencie Rzeczypospolitej, który nadałeś wokółjeleniogórskiej Dolinie Pałaców i Ogrodów status pomnika historii, ale o jej sąsiedztwie nie pomyślałeś nawet; bo ważniejsze jest chodzone czytanie Pana Tadeusza, niźli dbałość o spuściznę śląską)...
Zapożyczenie pierwsze to adres do wpisu na blogu Najstarsze Drzewa, wpisu o pałacu w Maciejowcu.
Zapożyczenie drugie ze strony JG Fakty to wywiad z autorem tego blogu (i autorem pomysłu ratowania tego, co jeszcze uchwytne), Marcinem "Mutermilch".
Przypomnijmy: pałac w Maciejowcu to jeden z niemal 800 obiektów na Śląsku, z których większość ginie w oczach... Jest o czym rozmawiać, ale czas najwyższy działać!
Linki? A pewnie:
Na Facebooku:
Polska Dolina Loary
Zabytki Dolnego Śląska
Hannibal Smoke
Czerwona lista
Strony internetowe:
Zabytki Dolnego Śląska
Czerwona lista zabytków Dolnego Śląska
Godz.:
11:17
Tagi:
Dolina Pałaców,
Dolnośląskie,
Góry Izerskie,
Góry Kaczawskie,
historia,
Jelenia Góra,
Karkonosze,
W kotlinie,
zabytki
8.06.2012
110 lat trasy kolejowej, zwanej niegdyś "Zackentalbahn"
Jakoś kolejowo się zrobiło: drugi z kolei wpis, dotyczący "Zackentalbahn" (ciągle jeszcze nie mogę się przyzwyczaić do – moim zdaniem nieprawidłowej – nazwy "Kolej Izerska"). Tym razem z okazji 110 rocznicy (za)istnienia tego szlaku, niegdyś intensywnie użytkowanego. Czy tak będzie również w przyszłości, gdy dobiegnie końca remont szlaku od Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby Górnej? Bardzo bym tego chciał...
Pracujemy, jako współorganizator, nad obchodami 110 lat Kolei Izerskiej. Głównym organizatorem jest miasto Szklarska Poręba, a ściślej Miejski Ośrodek Kultury Sportu i Aktywności Lokalnej. Pomysł na imprezę pojawił się bardzo niedawno i teraz kilkanaście zaangażowanych osób, w tym przedstawiciel strony czeskiej, działa intensywnie nad ułożeniem programu. Pomysłów jest sporo, jeden możemy zdradzić, już widać w terenie jego pierwszy ślad
Festyn ma się zacząć w piątek 6. lipca br. na terenie dworca PKP w Szklarskiej Porębie Górnej, a w niedzielę 8. lipca br. planujemy urządzić w Jakuszycach na stacji kolejowej uroczyste odsłonięcie kwarcowego obelisku z pamiątkową tablicą w metalu i śliczną lokomotywką retro odlaną ze szkła. Tablicę wykona Grzegorz Pawłowski ze Szklarskiej Poręby, a lokomotywkę dr Mariusz Łabiński z Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Impreza ma mieć charakter inicjacyjny, mamy nadzieję, że stanie się początkiem cyklicznych obchodów Święta Kolei Dolnośląskiej. Zaproszeni zostaną bardzo ważni ludzie z regionu, tak się składa, prawdziwi miłośnicy kolei żelaznej, a kolei retro w szczególności.
Szczegóły imprezy – wkrótce. Na razie w galerii zdjęć możecie zobaczyć przygotowania głazu pod obelisk w Jakuszycach i logo całej imprezy, lokomotywkę retro..
Po owe szczegóły odsyłam na (nową) stronę Towarzystwa Izerskiego.
I jeszcze kilka ilustracji (podprowadzone z FB)
17.08.2011
Nie-tubylca spojrzenie na tubylcze miasteczka: jak nas widzą, tak nas piszą.
My, Tubylcy i
Zasiedleńcy naszej części Dolnego Śląska, naszej Kotliny Jeleniogórskiej
i ziem dookoła niej położonych, postrzegamy naszą Małą Ojczyznę oczyma
nawykłymi: niewiele nas dziwi, jeszcze mniej zaskakuje, chociaż
oczywiście dostrzegamy dziesiątki (setki? tysiące?) spraw drobnych i
wielkich, zaniedbań niewielkich i ogromnych, których naprawienia byśmy
oczekiwali, lub za których naprawę - nie bacząc na tzw. "czynniki"
zabieramy się sami. Wielu z nas zdaje sobie doskonale sprawę z licznych
ułomności, o które ocieramy się w każdym miasteczku, w każdej gminie. A
jednak - tu wyrażam przypuszczenie i stosuję uogólnienie, wychodząc od
własnych doświadczeń - dumni jesteśmy z wielu wspaniałości, pośród
których przyszło nam żyć. Dostrzegamy zmiany na lepsze, wkurzamy się,
gdy postępują zbyt wolno lub w kierunku, który niekoniecznie odpowiada
naszym wyobrażeniom.
Coraz lepiej
poznajemy wszelkie - zaprawdę niebywałe - atrakcje, jakie zgotowały nam
pospołu Natura, Historia i Inwencja Ludzka. I przecież nie jest istotne,
czy powstały w tej, czy innej epoce; w takiej, a nie innej konfiguracji
politycznej; na skutek działań tego, czy innego narodu: nasz (z)DOLNY ŚLĄSK jest
niewątpliwie kulturowym, architektonicznym i obyczajowym zwierciadłem
historii (przynajmniej) CZWORGA narodów: Czechów, Austriaków, Prusaków i
Niemców (tu dla uproszczenia stawiam znak równości) i nas, Polaków.
A
wszystkim żyjącym tu na przestrzeni stuleci ludziom niezmiennie
przyglądała się Śnieżka, wszystkich wabiły tajemnicze Karkonosze,
dzikiej Góry Izerskie i strzegące Kotliny od południowego wschodu Rudawy
Janowickie (ich niemiecka nazwa: Landeshuter Kamm, pochodząca od dawnej nazwy
miasta Kamienna Góra, da się przetłumaczyć jako "Grzbiet Strzegący
Krainę".
Tym ciekawiej
się zrobiło, gdy przeczytałem zamieszczony poniżej tekst Artura, faceta,
którego nauczyłem się na podstawie jego wspaniałych wpisów na Buzz'zie, a
teraz na G+ cenić i szanować, i z którego opiniami się liczę. Bo oto
opisał Artur w krótkich słowach inną percepcję tego, co my widujemy na
co dzień, do czego - być może - przywykliśmy. Nie w pełni zgadzam się z
Jego "wnioskami", które z krótkiego "oglądu" Mirska, Gryfowa Śląskiego i
Lwówka Śląskiego wysnuł, jednak warto poczytać, co "dostrzegają"
nie-tubylcy. Jego zdjęcia na G+ wydają się obiektywne, chociaż
oczywiście - jak przypuszczam - zostały dobrane pod niektóre tezy
zamieszczonej tam notatki.
Może podyskutujemy na ten temat w gronie "Tubylców"?
Wracając z Świeradowa Zdroju obraliśmy drogę przez Mirsk, Gryfów, Lwówek Śląski i Złotoryję do autostrady A4. W Mirsku i Lwówku zatrzymaliśmy się na chwilę. Dla mnie i mojej żony to tereny trochę egzotyczne. I przyznam, że to co tam zobaczyłem poruszyło mnie.
Cała ta zamieć II Wojny Światowej, z frontem który przetoczył się przez tamte okolice, z późniejszymi przesiedleniami: Niemców na do Niemiec, Polaków z kresów wschodnich na ich miejsce, w obcy opuszczony świat w którym na nowo trzeba było organizować sobie życie, jest aż nadto dobrze widoczna. Nie był to chirurg kto zszywał poranione miasta, raczej felczer i nie było to prawdziwe szycie a raczej fastryga. Szczególnie dobrze widać to w Lwówku, w którym aż bije w oczy zmieszanie pozostałości dawnej świetności, średniowiecznych murów i fragmentów historycznej zabudowy z brzydkimi budynkami dostawionymi po wojnie, z blokami mieszkalnymi. Niezwykły, ale i na swój sposób turpistycznie poetycki widok.Ma się nieodparte wrażenie, że tak jak w naprędce połatano miasta tak naskórkowa i na chybcika odtworzona jest tkanka społeczna. Sporo pijaczków, zbijających się w grupki wyrostków. Tablice przy zabytkach starannie omijają stare nazwy miejscowości...Nie wiem, czy napisano jakąś uczciwą monografię epopei (?) “Ziem Odzyskanych”. Byłaby chyba ciekawa.Pozwolę sobie na małe wspomnienie. Końcem lat 80-tych w moim liceum odgrzebaliśmy stare tableu bodaj z 1947 roku. Utrzymany w realistycznym plakatowym stylu rysunek, przedstawiający, o ile pamiętam, robotnika lub żołnierza, fragment mapy ziem zachodnich w tle, jakiś slogan o Ziemiach Zachodnich, zdjęcia uczniów. Autorem tableau, narysowanego dla swojej klasy był absolwent mojego liceum, nieżyjący już artysta Zbigniew Beksiński. W tym momencie na moment dotknąłem tamtych czasów: propaganda, mit, ziemie utracone, ziemie odzyskane, nadzieja na nowe życie.Potrzeba dobrego fotografa by oddać nastrój tych miasteczek. Ja nie potrafię. Ale wrzucam mimo wszystko zdjęcia by, być może, trochę przybliżyć atmosferę miejsc.
[Tekst z: http://plus.google.com/107542963091048214466/posts/btMQj6pfoc8 ]
Powyższa notatka ukazała się także na Facebooku
Godz.:
14:34
Tagi:
Dolina Pałaców,
Dolnośląskie,
Góry Izerskie,
Karkonosze,
okolice,
Rudawy Janowickie,
W kotlinie,
z innej beczki
9.06.2011
...bo na tym Blogu nic się nie dzieje.
Istotnie, przez 3 długie tygodnie pozornie nie zadziało się nic. Na blogu "ziewająca pustka" (to taki germanizm, uwielbiają Niemcy swoje idiomy). Ciut inaczej w życiu: wprawdzie erupcja wulkanu chilijskiego to nie jest, ale się dzieje. Stąd i mniej czasu na blogowe zajawki.
Z ostatnich wydarzeń najmilej i bezustannie wspominam wycieczkę... wizytę w Kopańcu. Niedziela upalna była (to z półtora tygodnia temu), podejście pod pół długości Koziej Szyi drogą wiejską (choć asfaltową) wydawało mi się męką nieznośną (w towarzystwie niezwykle znośnych ludzi). A jednak - niemal na samym końcu tej kopaczańskiej via Appia - czekało mnie orzeźwienie. (Duże O, panie pismaku!).
Przeżywać piękno w towarzystwie pięknych ludzi. Nie każdemu jest to dane w naszych rozbieganych, rozbuchanych czasach. Zastrzegam: piękno nie polega na Fizys. Ono - niezależnie od powierzchowności - kryje się w Psyche. I w Arte. I w OtwArte. Jaźnie. Na ludzi. Na zdarzenia.
Ale także na urodę tego, co zastane, zdeterminowane. I gdy przyjdzie to zastane zmieniać, czynić to należy z delikatnością chłopięcej miłości (o dziewczęcej się nie wypowiadam, bom upośledzony: uczyniono mnie samiczkiem).
Są tacy ludzie, którzy tego pragną, a pragnienia swoje przekuwają w rzeczywistość. Mozolnie i powoli. Z namysłem i... co ważniejsze: z UMYSŁEM. Wtórnym zagadnieniem jest zarabianie pieniędzy (choć, przyznaję, nigdy nie jest ono na planie odleglejszym, niż drugi). Moje wrażenie podpowiada mi, że sprawą prymarną jest BYĆ i TWORZYĆ. Jasne, przypadkowy obserwator - jakim byłem - ocenić tego nie jest władny. Więc pozwólcie (mój blog is my castle), że z takim wrażeniem potrwam.
Zdjęć dzisiaj na blogu nie będzie, bo i sens tego wpisu mocno zawoalowany. A fotki wszelkie mają pornograficzną cechę: pokazują często coś, co winno zostać zintymnione. Linkę dam, a co!
![]() |
| W Kopańcu |
5.05.2011
Will-Erich Peuckert o Antoniuszu Walończyku
Poświętowaliśmy, wystawy pogańskie odwiedziliśmy, na Orlu flagę na maszt symbolicznie wciągnęliśmy - więc czas najwyższy powrócić do przeciekawego Wanderera im Riesengebirge, rok 1929, zeszyt 8, poświęconego Walonom i legendom z nimi związanym. Tym razem na "warsztat" translatorski wziąłem tekst Willa-Ericha Peukerta, zatytułowany: "Antonius der Wale". Autor był człowiekiem niezwykle głęboko dotkniętym syndromem zwanym: "Miłość do Gór Olbrzymich i Gór Izerskich". To zresztą przebija niemal z każdego zdania, jakie o tych wyjątkowych okolicach pisał, a napisał ich ogromną liczbę. Zdań, oczywiście.
Niniejszy tekst traktuje jednak o legendzie walońskiej w sposób niemal naukowy. I jest niejako odpowiedzią na wstępniak z tego samego numeru "Wanderera", którego treść pozwoliłem sobie przetłumaczyć kilka dni temu. Życzę więc przyjemnej lektury!Antonius Walończyk - piórem Willa-Ericha Peuckerta
Badacze Paracelsusa z wielką estymą odnotowali istnienie rękopisu znajdującego się w wiedeńskiej Bibliotece Narodowej (Ms. 11295 = Med. 229), a zatytułowanego: Varia chemica, item indicia fodinarum et thesaurorum qui condoti sunt in Styria, Carinthia, Torioli Archieposcopatu Salizburgnsi etc. Na stronie 15 owego manuskryptu umieszczono (według Sudhoffa – [Karl Suhoff, Veruch einer Kritik der Echtheit der paracelsischen Schriften; 1899 r. 2, str. 696 i nast.]) „spis szlachetnych kamieni, a także srebra i złota. Oraz kopalni srebra i złota. Tak, jak spisał to doktor Theophrastus”. Co w istocie lista ta zawiera, niechaj zilustruje następujący przykład: „1. W dolinie rzeki Ens, licząc od kamienia [stojącego] pod [grzbietem] Grimming przy starej kopalni rudy, tam znajdziesz dobry turkus oraz karneol, a także dobry, złotawy markasyt pośród innych kamieni. – 2. Nadto pod Ridlem nad Weißbach (Białym Strumieniem), gdy się podchodzi - po prawej ręce, żyła się znajduje dobrego złota – 3. Nadto występuje złota żyła podłużna oraz znaleźć można zieloną rudę przy drodze. Podążaj w górę, a napotkasz krzyż w kamieniu wykuty, a dalej pod górę znajdziesz płaski kamień, w którym również krzyż jest wykuty, a opodal po prawicy leży w ziemi złotonośna ruda, o krok dalej; żyła ma trzy palce grubości, a centnar daje szesnaście łutów złota...”.
Tak więc mówimy tu o przewodniku Walonów. Doskonale je znamy z gór naszych: „Na Polanie Izerskiej w Górach Olbrzymich (grzbiet pomiędzy Zamkiem Wieczornym a Zadnią Kopą) [proszę pamiętać, że gdy powstawały Księgi Walońskie, nie istniał geograficzny podział na Karkonosze i Góry Izerskie, a Górami Olbrzymimi zwano całość, ciągnącą się od Okraju po Świeradów Zdrój – przyp. tłum.] znajdziesz na ziemi moc ziaren całkiem granatowych kamieni szlachetnych, dobrą rudę czystego złota i srebra i najróżniejszych kosztowności... Pół mili poniżej znajduje się zamek opustoszały, a na jednym z kamieni wykuto postać człowieka, który dwoma palcami wskazuje na krzyż [wykuty] na innym kamieniu. Opodal Mohnstein [właśc.: Mannstein, czyli ów kamień z wykutą figurą człowieka, Kamień Mężczyzny – przyp. tłum.], w kierunku, w którym wskazuje wyciągniętą ręką, tam winieneś szukać. Z opuszczonego zamku wypływa strumień, podążaj wzdłuż niego, a znajdziesz złota wypłukanego co niemiara” [w: Will-Erich Peuckert: Schlesische Sagen, 1924 r., str. 284]. Jak widać – teksty niczym się nie różnią. Oba wskazują drogę do skarbów, opisują miejsca i znaki. Jeśli chodzi o manuskrypt wiedeński, rzekomo napisany został przez Paracelsusa. Wprawdzie ów szwajcarski lekarz i alchemik kręcił się po górach i sztolniach; wprawdzie odwiedzał i te okolice, o których mowa, jednak i styl, całe brzmienie tekstu świadczy o tym, ze nie on był jego autorem. Autorstwo tego tekstu jedynie mu przypisano, jemu – człowiekowi sławnemu.
Rzeczy takie nader często się zdarzały. Boć przecież nie tylko Paracelsusowi przypisywano ojcostwo osieroconych tekstów: to właśnie w przypadku Ksiąg Walońskich podejrzewano o ich autorstwo licznych innych sławnych ludzi. Należy do nich z pewnością Antoniusz Medici. Jemu bowiem, wenecjaninowi i właścicielowi kopalń, który w roku 1410 przebywał we Wrocławiu, a około 1429 r. przeniósł się do Krakowa, przypisywano autorstwo „Breslauer Walenwegweiser” (Wrocławski Drogowskaz Waloński). Oczywiście – jak się wkrótce okaże – całkowicie niesłusznie. Zresztą owo „przypisanie” nastąpiło dopiero w czasach bardziej współczesnych; wcześniej mówiono po prostu o „Antoniuszu Walończyku”; że jednak nie mógł być tym wrocławianiniem, którego mamy na myśli – pokazuje proste wnioskowanie. Około roku 1436 ów wagabunda i zarządca kopalni krakowskich został nędzarzem. Już Wutke [w: Konrad Wutke, Schlesiens Bergbau und Hüttenwesen; 1900 r. w: Codex diplomaticus Silesiae, 20, str. 87] był zdania, że fakt ten stoi w sprzeczności z pewnym zdaniem, zawartym w Księdze Walońskiej: „wenn ich Anthonius Wale von den gnoden gotis genugk haben an slossirn und an dorffern und darf seyn do nymme holen” [i gdy ja, Antoniusz Walończyk z Bożej łaski wielość pałaców i wsi posiadał będę i nie będę mógł (dóbr tych) zabrać]. Jednak usiłuje Wutke ostatnie zdanie „und darf seyn do nymme holen” łączyć z tym, że ów Antoniusz Medici po 1439 r. wygnany został z Wrocławia i jakoby nigdy więcej nie mógł wrócić na Śląsk. Jednak owo „darf” użyte jest w sensie „bedürfen” [mieć potrzebę, potrzebować – przyp. tłum.]: Antoniusz ma już wystarczająco wiele pałaców i wsi i nie potrzebuje stamtąd niczego więcej. Wynika to jednoznacznie z kontekstu. A w związku z tym odniesienie do Antoniusa Medici, wprzódy bogacza, a następnie nędzarza, jest niesłuszne. Ów Antoniusz Walijczyk od Księgi Walońskiej nie ma nic wspólnego z wrocławskim banitą. Zresztą nigdy nie używa takiego nazwiska, zwąc się stale Antoniuszem Walończykiem. I wreszcie: ów Antoniusz opowiada o pewnym drzewie „skarb spod którego ja, Antoniusz Walijczyk, wykopałem i zatrzymałem, a może się z niego setka takich, jak wy, wyżywić”. Zubożały wędrowiec wrocławski z pewnością chciałby mieć wiedzę o takim skarbie. Z pewnością wydobyłby go i uniknął skazania na wygnanie.
Tak więc nici z wrocławskiego Antoniusa Medici. Nie mógł być owym Walonem, co usilnie sugerowano. Nie sądzę nawet, by wydawca Księgi Walońskiej miał zamiar łączyć go z Antoniuszem Walonem. Tłukł mu się pewnie po głowie jakiś bardzo sławny i niezmiernie bogaty właściciel ziem i dóbr wszelakich. Kto wie – może nawet jakiś Medici; ale z pewnością nie ów wrocławski włóczykij, lecz raczej członek legendarnie bogatego rodu z Florencji. To samo uczynił ów Austriak, który autorstwo swej księgi przypisać chciał Paracelsusowi. Argumentem przesądzającym o tym, że autorem tzw. wrocławskiej Księgi Walońskiej jest Antonius Medici z Wrocławia miał być fakt, że ten – jako znawca górnictwa – niewątpliwie odwiedził śląskie góry i badał występowanie w nich rud. Księga Walońska zawiera bowiem opis Zamku Wieczornego i jego skarbów. Oczywistym zdawał się więc romantyczny pomysł, że oto Antonius bogactwo swoje zawdzięczał skarbom znalezionym w pobliskich śląskich górach lun też, że po swoim finansowym upadku tam właśnie poszukiwał nowego złota.
Jakkolwiek piękna i pociągająca to idea – przeczy ona faktom zawartym w źródłach. Kto bowiem uważnie studiował będzie wrocławską Księgę Walońską, zauważy że nie jest to jednorodny opis, lecz że ktoś połączył w tym dziele pięć samodzielnych i niepowiązanych ze sobą tekstów. Oto mamy na początku: „Das ist eyn register op der Meysen grund”. Następnie: „Sequitur aliud certissimum registrum”, po którym następuje kolejny, równoprawny rejestr (rejestr można spokojnie przetłumaczyć słowem „spis”, opierając się na tekście z Wiednia). Potem: „Item eyn andir register, daz do gut ist czu der Obentrotis borgk“. A więc nowa, niezależna trzecia część; a jej niezależność wynika choćby ze słów „item eyn andir” [jeszcze inny – przyp. tłum.]. Jest to słynny spisany przewodnik do Zamku Wieczornego, który tak wielu osobom służył za wzór. Następnie czwarta część: „Item von gutin seyffin und von ebentewre wil ich dir gegenheyte vormeldin”. I wreszczie piąta: „Item yn obir Slesia zage ich dir, do vinistu gesten und ebintewr vil”.
Wrocławska Księga Walońska zawiera, co zaznaczyć trzeba na wstępie, pięć oddzielnych „drogowskazów“. Z owych pięciu Antoniusz Walon wymieniany jest tylko w pierwszej. Pozostałe cztery części nie wspominają tego imienia i nazwiska. To z kolei świadczy, że wyłącznie ten przewodnik, który wspomina o Meisengrund koło Zittau [Míšeňský důl koło Żytawy – przyp. tłum.], jest autorstwa Antoniusza, a przewodnik po Zamku Wieczornym w najmniejszym stopniu nie wskazuje na jego autorstwo.
Na czyje więc wskazuje? W innym miejscu postaram się udowodnić tezę, że Księgi Walońskie są księgami rejestrowymi lub kopalnianymi wolnych gwarków wędrownych. I wydaje się, że odnosi się to także do powyższego. Pewien gwarek wędrował powyżej Szklarskiej Poręby, wzdłuż Bielenia, ku Widłom i pod Zamkiem wieczornym, poszukując szlachetnych kamieni i złota. I to z jego zapiskami mamy do czynienia. Poważę się na domniemanie – czyste domniemanie wszakże! – skąd ów górnik pochodził. O ile mi wiadomo, w rejestrze tym nazwa „Abendburg” (Zamek Wieczorny) pada po raz pierwszy około 1460 r., a mianowicie w jego tytule; w samej jego treści mowa jest wyłącznie o zamczysku, czy zamku. Nazwa sama w sobie jest niezwykle dziwaczna. Skąd się wzięła? Nie istnieje żadne lokalne zjawisko – jak choćby w przypadku Mittagsteine [Kamienie Południowej Pory Dnia, zwane dzisiaj Słonecznikiem – przyp. tłum.] dla nadania takiej właśnie nazwy. Bo z pewnością nie stąd, że w dniu św. Jana można było z jeleniogórskiego Hausbergu [Wzgórze Krzywoustego – przyp. tłum.] dostrzec pobłyskujący w słońcu Zamek Wieczorny [tak właśnie było z formacją skalną Słonecznika – przyp. tłum.]. Jest to tylko próba objaśnienia tej nazwy. Jednak sięgając do walońskich legend z Gór Harzu, natkniemy się na Morgenbrodstal [w: Heinrich Pröhle: Unterharzische Sagen, 1856 r., str. 127 i nast.], w innej wersji: Morgenrotstal [obie nazwy odnoszą się do wschodzącego słońca i oznaczają w tłumaczeniu „Dolinę Czerwonej Jutrzenki” – przyp. tłum.]. I niewykluczone jest przecież, że – czy to przez podobieństwo obu krajobrazów, czy z innych powodów, albowiem zarówno przy (Wieczornym) Zamku, jak i w Dolinie Czerwonej Jutrzenki ukryte są skarby i wykute znaki walońskie – a więc, że jakiś pochodzący z Gór Harzu górnik nazwał ów zamek „Abendrotburg” [Zamek Purpury Zmierzchu – przyp. tłum.]. Nazwa ta upowszechniła się z pism walońskich. Jest to – jak już wspomniałem – wyłącznie domniemanie, chociaż bardzo chciałem je tu wyrazić, bo brzmi ono dla mnie niezwykle kusząco w całym tej nazwy kontekście.
Zaś próba odpowiedzi na pytanie, w jakim okresie umiejscowić należy wrocławską Księgę Walońską, a więc i niniejsze podsumowanie (ja skłaniam się do okolic 1460 r.), zaprowadziłaby na za daleko. W tej kwestii, jak i w innych pochodnych, wypada odesłać do obszernego opracowania, które ukaże się zimą w „Mitteilungen der schlesischen Gesellschaft für Volkskunde”.
No i - jak zwykle na koniec - drogowskazy:
Przemek Wiater w portalu Góry Izerskie
Gildia Przewodników Sudeckich im. Willa-Ericha Peuckerta
3.05.2011
Piotr "Poganin" Syposz u Carla Hauptmanna
Piotrek Syposz to postać wielce niecodzienna... chociaż nie: jego niezwykłość, tę artystyczną oraz tę osobowościową, dostrzega się najpewniej tylko poza jego "matecznikiem", poza Kopańcem. Albowiem w owej artystycznej, tak innej od innych wiosce, ta niecodzienność Piotra staje się normalnością, kanonem, zwyczajnością. I tak oto 1 i 2 maja Kopaniec zagościł w Muzeum - Domu Carla i Gerharta Hauptmannów, zawładnął jego duszą (o, tak - ten dom ma duszę, rogatą wielce!), a przybyłych na otwarcia (dwa) wystawy Piotra porwał w świat mitów, legend i sztuki. Mówił Piotr w swoim komentarzu do wystawy o "swoim" pogaństwie, którego w żadnej mierze nie stawia w opozycji do chrześcijaństwa, a które przecież całymi garściami czerpało i czerpie z obyczajów, obrządków i symboliki idolatrii. Mówił o ścisłych związkach wierzeń politeistycznych z Matką Naturą, z przemijaniem pór roku, ze znojem ciężkiej pracy na roli i trudem rękodzielnictwa. A później - wraz z przyjaciółmi kopanieckimi: Leszkiem Różańskim i Jarkiem Szczyżowskim - zagrali muzykę piękną, rzewną, rzec by można: na pogańską nutę. A w sąsiedniej sali, na stole ogrodowym Carla Hauptmanna rozstawiono jadło przaśne, a pyszne niebywale: kaszę jaglaną na słodko, smalec własnoręcznie topiony przez innego z Wielkich, Przemka Wiatera, ogórki ukiszone, wielce koprowe, chleb pełnoziarnisty. Bogdanki polewały trójniaki miodosytne, a dla amatorów znalazło się przepyszne ciemne piwo izerskie.
Pośród obrazów Hofmana, Wislicenusa, Nickischa, pod czujnym okiem szklarskoporębiańskiego Herr Duktura (Carla Hauptmanna) i jego młodszego brata Gerharta toczyły się żywe rozmowy, rozbrzmiewał szczery śmiech, a delikatne światło łojówek tańczyło po zakamarkach tej Mekki artystycznej. Kilka zdjęć, które zamieszczam, to tylko zimna ilustracja tego, czego obiektywem szklanym uchwycić nie można. Bo trzeba było być...!
Pośród obrazów Hofmana, Wislicenusa, Nickischa, pod czujnym okiem szklarskoporębiańskiego Herr Duktura (Carla Hauptmanna) i jego młodszego brata Gerharta toczyły się żywe rozmowy, rozbrzmiewał szczery śmiech, a delikatne światło łojówek tańczyło po zakamarkach tej Mekki artystycznej. Kilka zdjęć, które zamieszczam, to tylko zimna ilustracja tego, czego obiektywem szklanym uchwycić nie można. Bo trzeba było być...!
![]() |
| Swarożyca, znana także pod źle kojarzącą się nazwą swastyki |
![]() |
| Dzik |
![]() |
| Demon w fasoli (Jaś Fasola?) |
![]() |
| Piotr Syposz i Bożka Danielska - pierwsze otwarcie |
![]() |
| Przy suto zastawionym stole |
![]() |
| Smakowitości palcolizane |
![]() |
| Iza i Bożka oraz dwóch Przystojniaków Kopanych... z Kopańca |
![]() |
| Leszek Różański, bard, poeta, nowelista, fotografik |
![]() |
| Winfried oraz czarny kot, wcale nie pogański |
![]() |
| Rübezahl - symbol Muzeum Karkonoskiego, jakże ładnie wpisujący się w tematykę wystawy |
![]() |
| Piotr Muzyczny |
![]() |
| "Mam grać...?" |
![]() |
| Jaro opowiada o górskich kryształach |
![]() |
| Bogdanki, nasze dusze dobre, nasze kwiatuszki... (Magda i Agata) Jeśli komuś mało: wystawa czynna jest do 29 maja. A więcej zdjęć i informacji znajdą Państwo tutaj:
|
1.05.2011
Walonowie w Górach Olbrzymich i Izerskich
Nie śmiałbym robić konkurencji dostojnemu Walończykowi Współczesnemu w stopniu doktora, Przemkowi Wiaterowi (znanego również pod pseudonimem "Schneller als Wiater"), nie ważyłbym polemizować z jego pracą o Walonach w królestwie Ducha Gór. Niniejsze tłumaczenie potraktować chciałbym jako uzupełnienie właśnie powstającej literatury o sławnych italskich poszukiwaczach skarbów, których ślady po dziś dzień znajdujemy w naszych wspaniałych górach. A tekst, na który się poważyłem (dodam od razu: tekst dość długi) pochodzi - a jakżeby inaczej! - z "Wanderera im Riesengebirge", rocznik 1929, zeszyt 8. Jego autorem jest doktor Herbert Gruhn, redaktor naczelny "Wanderera" od 1923 r., a stanowi on niejako wstępniak do zeszytu, poświęconego Walonom.
Artykuł nosi tytuł "Die Walen im Riesen- und Isergebirge".
W Alpach i na terenie Średniogórza Niemieckiego (středohoří, Mittelgebirge) wysłuchać można niezwykłych legend, wedle których tajemniczy przybysze z Italii w sposób fachowy i ze znawstwem wydzierają górom skarby i potajemnie, używając czarodziejskich zaklęć wysyłają je do swej ojczyzny na południu. Ci italscy poszukiwacze złota i kamieni szlachetnych zwani są przez lud powszechnie Wenecjanami, natomiast w Smreczanach (Fichtelgebirge), Rudawach (Erzgebirge) oraz w Karkonoszach i Górach Izerskich nazywani są Walonami (lub Walijczykami, Celtami - Welsche). Zbieraniem opowieści o Walonach z Gór Olbrzymich i Izerskich zajmowali się Robert Cogho [vide R. Cogho: 'Die Walen oder Venediger im Riesengebirge', 1898 r.], prof. dr Richard Kühnau ['Schlesische Sagen, Elben-, Dämonen- und Teufelsagen'] i Will-Erich Peuckert [Robert Cogho i Will-Erich Peuckert 'Volkssagen aus dem Riesen- und Iser-Gebirge' Verlag Otto Schwartz & Co Göttingen, 1967].
W tych legendach tkwi jednak prawda historyczna, do której dotrzeć starają się naukowcy. Jako wprowadzenie w tematykę, także ze względu na obfitość materiału, wymienić należy trzy prace, pomimo że tylko sporadycznie odnoszą się do naszych gór: Christiana Gottlieba Lehmanna "Wiedza o Walonach... ze starych pism i dokumentów powzięta", Frankfurt i Lipsk 1764 r.; Heinricha Schurtza "Górnictwo płuczkowe w Rudawach a kwestia Walonów", Stuttgart 1890 r.; Emmy Locher "Pytania o Wenecjan" - dysertacja filologiczna we Freiburgu w Szwajcarii, 1922 r.
Tematykę walońską w Górach Olbrzymich i Izerskich jako pierwszy podjął w "Wandererze" W. Klose w roku 1888 [Gold im Riesengebirge, "WiR"nr 7/1888]. W rocznikach 1891-1895 i 1905 temat podejmowali Cogho, Regell i Zacher. Najpełniej pisał Cogho, zainspirowany pismami Schurtza. Spełniamy więc nasz obowiązek wobec tych, którzy przyczynili się do naukowej funkcji Riesengebirgsverein (Towarzystwa Karkonoskiego) i w bieżącym wydaniu postaramy się kontynuować ich dzieło, rozpoczęte w "Wandererze" i upowszechnić je zarazem.
Najstarszy piśmienny ślad działalności Walonów w Górach Olbrzymich znajdujemy w spisanym na pergaminie manuskrypcie, znajdującym się w Miejskiej Bibliotece we Wrocławiu (sygnatura: Hs. R. 454), pochodzącym z pierwszej połowy XV w. Za jego autora uważano wymienianego w Księgach Miejskich Wrocławia z lat 1410-1433 niejakiego Antoniusa z Florencji, zwanego Antoniuszem Walończykiem; jednak w 1922 r. Karl Schneider wykazał w swojej pracy "Die Walen im Riesengebirge" ("Walonowie w Górach Olbrzymich") z 1922 r., przy zastosowaniu kryteriów lingwistycznych i merytorycznych, iż autorem tego tekstu jest niemieckojęzyczny mieszkaniec Śląska. Jego treść stanowi zredagowany w języku niemieckim opis ścieżek, prowadzących do miejsc płukania złota i występowania ametystów. Opisana jest droga z podaniem punktów orientacyjnych, wiodąca z Jeleniej Góry przez Piechowice do wymienionej w dokumencie z 1366 r. huty szkła w Szklarskiej Porębie, i dalej w górny odcinek doliny rzeki Kamiennej. Dzięki wymienionym punktom orientacyjnym: Czarna Góra, Biała Dolina, Widły [zwane też Walońskim Kamieniem; południowe zbocze Zwaliska na zachód od ujścia Czerwonego Potoku do Kamiennej - przyp. tłum.] i Wieczorny Zamek, odtworzyć można okolice nawiedzane przez poszukiwaczy złota i kamieni szlachetnych. Treść tego manuskryptu włączona została do licznych, znanych w literaturze pod nazwą "Księgi Walońskie", spisanych w języku niemieckim itinerariów, powstałych w wiekach od XVI do XVIII. Wspomina o nich Caspar Schwenckfeld (1553-1509). Johannes Praetorius w wydanym w 1667 r. "Gazophylazi Gaudium" przedrukował kilka z nich z poświadczonego przez de Wyla, uszkodzonego manuskryptu, który otrzymał od jeleniogórskiego aptekarza Sartoriusa. Bohuslaus Balbinus [czeski jezuita - przyp. tłum.] był w posiadaniu - o czym wspomina w swoich "Miscellanea regni Bohemiae" (1679 r., księga I, 17) - starej, trudnej do odczytania książeczki, zawierającej osiem fragmentów, dotyczących Karkonoszy. Legnicki lekarz i mineralog Georg Anton Volkmann, który często gościł w Karkonoszach, widział Księgi Walońskie na własne oczy "bardzo stare, papier na poły zmurszały, z czego wnioskuję, że były to oryginały" (Silesia subterranea, 1720 r, str. 117). I choć okres Oświecenia nie traktował Ksiąg Walońskich poważnie, nazywając je "zbiorem baśni", wymagającym "wielu cetnarów niewzruszonej wiary", to w Górach Olbrzymich i Izerskich przetrwały w formie odpisów w licznych egzemplarzach po nasze czasy. Cogho usiłował tego rodzaju odpisy, streszczenia licznych Ksiąg Walońskich, wypożyczyć dla Muzeum Karkonoskiego. Nie zawsze starania te uwieńczone były sukcesem, bowiem wielu właścicieli nie chciało pozwolić nawet na obejrzenie swoich domniemanych skarbów, nie wspominając o ich wypożyczeniu. Jeszcze niedawno J. Meißner znalazł "Księgę Walońską" z połowy XVIII w. w Wiesemühle w Morchenstern (Smržovka). Ponadto fragmenty tych ksiąg znajdują się - poza jeleniogórskim Muzeum Karkonoskim - w muzeum w Hohenelbe (Vrchlabí) oraz w bibliotece miejskiej i archiwum miejskim we Wrocławiu. Jednak ich wartość w kontekście znalezienia odpowiedzi na kwestię Walońską jest wątpliwa, gdyż podczas ich przepisywania spory wpływ na zmiany treści miał charakter osoby, która je kopiowała. Z badań Karla Schneidera wynika, że wszelkie starsze Księgi Walońskie, dotyczące Karkonoszy i Gór Izerskich, których autorzy podają się za Włochów, Niemców Południowych czy Średnich, powstały na Śląsku. W jaki sposób upowszechniły się wśród mieszkańców - dotychczas nie wyjaśniono. Być może sięgają swoimi korzeniami do starych ksiąg gwareckich, zezwoleń na drążenie sztolni, czy ksiąg rejestrowych.
W Księgach Walońskich istotną role odgrywają znaki na drzewach i skałach, którymi oznaczane były ścieżki prowadzące do znalezisk. Georg Anton Volkmann [w: „Silesia subterranea", 1720 r. - przyp. tłum.] stwierdza, że w Karkonoszach „od czasu do czasu znajduje się przeróżne oznaczenia i rysunki ludzkich twarzy, rąk, tarcz, noży, kilofów i krzyży”. O „nieznanych znakach i figurach”, na które natykali się dawni robotnicy leśni koło Rothfloßfelsen [Czerwone Skałki na szczycie Czarnej Góry - przyp. tłum.]. czy Mitternachts-Feueresse [Krzywe Baszty (?) - przyp. tłum.] pisze Mosch w publikacji z 1855 r. „Die alten heidnischen Opferstätten und Steinalterthümer des Riesengebirges“ ['Stare pogańskie miejsca ofiarne i zabytki skalne Karkonoszy']: „Obecnie pod grubą warstwą mchu niewiele można rozpoznać. Również w niedalekich Widłach, jak zapewniają leśnicy i robotnicy leśni, znaleźć można niemożliwe do rozszyfrowania znaki wykute w skałach, pośród których znalazły się ryciny noża i widelca”. Rozmówcy Molscha nie kłamali. Znak na wymienionych już w rękopisie wrocławskim Widłach (Walońskim Kamieniu) zachował się do dziś. Ów blok skalny z wykutą rozczapierzoną dłonią znajduje się obecnie w jeleniogórskim muzeum, dokąd trafił za sprawą tajnego radcy, doktora Seydela, gdy w 1901 r. Widły zostały częściowo wysadzone w powietrze na potrzeby budowy linii kolejowej. Znaki walońskie znajdowali także Cogho, Regell, Loewig, a ostatnio także Peuckert.
Już Simon Hüttel, kronikarz miasta Trautenau (Trutnov), widział znaki walońskie w Górach Olbrzymich, gdy w 1558 r. wraz z trzema towarzyszami poszukiwał kopalni złota w Pfaffenwald: „Znaleźliśmy liczne sztolnie, krzyże i znaki, a także datę (rok) MD2 wyrytą na korze buka, a obok wielką dłoń wyrytą na świerku, wskazującą ku wschodowi, jest tam też wyryty znak przedstawiający młot i kilof”. Dość prawdopodobny wydaje się związek tych znaków z miśnieńskimi górnikami, którzy w 1511 r. koło Trutnowa „poczęli drążyć skały na Hoppenberg (Šibeniční vrch), a sztolnia ta nazwana została kopalnią złota”. I tak oto Walonowie wynurzają się z głębokiego cienia baśni i podań i poczynają funkcjonować jako postaci historyczne. W 1563 r. w górach wędruje pewien Włoch. To lekarz, Petrus Andreas Matthiolus z Sienny (1507 - 1577), który poszukuje leczniczych roślin. W jego przypadku określenie Walończyk (Wale), używane wobec wszelkich obcych, nabiera pierwotnego znaczenia, a przekazy o Italczykach okazują się zawierać ziarno prawdy. W ramy owych podań o Walończykach wpisuje się również włoski lekarz i alchemik, znawca tych gór, Leonhard Thurneysser zum Thurn. Przebywał on w Górach Olbrzymich i Izerskich przed 1570 r. i poszukiwał tu złota i kamieni szlachetnych, jak pisze dr Boehlich. Jego ustalenia brzmią niczym streszczenie wymienionych w Księgach Walońskich znalezisk. A że nie są mu obce owe tajemne księgi, poznać można po stwierdzeniu: „a miejsca te w Bohemii znają lepiej przybyli tu z daleka Walijczycy i Holendrzy, niźli sami Czesi”.
Informacje zawarte w Księgach Walońskich o poszukiwaniach oraz - w czasach, gdy królowała alchemia niejednokrotnie wyolbrzymionych - znaleziskach żył złota i skupisk kamieni szlachetnych w naszych górach, nie wydają się być wyłącznie fantasmagoriami. Caspar Schwenckfeld opowiada, że za jego czasów w Aupengrund [inaczej: Riesengrund - Obří důl; przyp. tłum.], w pobliżu Weißes Wasser [Bílé Labe], nad Wielkim Stawem, w Mummelgrund [Mumlavský důl], nad Izerą i w niewielkich strumieniach w okolicach Jeleniej Góry płukano złoto. W Izerze obok złota występują wszelkiego rodzaju kamienie szlachetne. W Kamiennej koło huty szkła zbierano około 1601 r. czerwonawe krupy żelaza, bo miały zawierać złoto, co okazało się jednak nieprawdą.
4 października 1534 r. grupa 17 przedsiębiorców wyprosiła u króla Czech, Ferdynanda przywilej wydobycia i przerobu przez lat 20 „pięknych kopalin wielkości orzecha z połyskiem” w Obřím dole. Przedsięwzięcie jednak nie powiodło się. Według Schwenkfelda chodziło tu o potężną żyłę rudy srebra „na którą poświęcono wiele starań i sporą sumę pieniędzy wytwornych panów, co dóbr żadnych nie przyniosło, albowiem podczas wytapiania kobalt wszystko pożerał i niszczył”. Poszukiwacze skarbów, działający w okolicach Abendburg (Wieczornego Zamku) sięgali po czarną magię i egzorcyzmy, spotykając się z „kpiną i szyderstwem”; wkrótce więc odeszli „szkodząc wielu ludziom”. Podobny los spotkał oszusta Waldnera von Greuffelstein z Panonii. Twierdził buńczucznie, że za pomocą różdżki odnalazł skarb pod Wieczornym Zamkiem, o którym przeczytał najpewniej w Księdze Walońskiej. Od licznych mieszczan wyłudził pieniądze, za pomocą których wydobyć miał ów skarb, co jednak - mimo wszelakich tajemnych zaklęć - nigdy nie nastąpiło. Około roku 1693 „kilku oszustów porozumiało się” w celu wytwarzania złota z żółtej, występującej pospolicie w górach skały, „wielu poczciwych ludzi bałamucąc”. Inni wytwarzali z niebieskiego hornfelsu turkusy i sprzedawali swoje wyroby prostym ludziom. Dzicy kopacze tak rozplenili się w górach, że na skutek skargi hrabiego Schof Gotscha śląska Izba Przemysłowa nakazała górmistrzowi Pardtowi położenie kresu temu procederowi.
Schwenckfeld wspomina, że znajdowane w Izerze i na izerskich łąkach czarne, błyszczące kamienie, zwane Schierle (izeryt), uchodzące za złotodajne, „przez obcych Walonów powszechnie były kupowane”. Jednym z nich był Anselmus Boetius de Boot z Brugii, gemmariusz [jubiler - przyp. tłum.] cesarza Rudolfa II. Cesarz wysłał go w te okolice, a swoje znaleziska i odkrycia opisał częściowo w „Historia gemmarum et lapidum” z 1609 r. Rudolf II, żywotnie zainteresowany szlachetnymi kamieniami, występującymi w górach, nakazał ich poszukiwanie także Hansowi Heinrichowi Kobrscheitowi na Iserwiese [Jizerska Louka, Hala Izerska]. 8 lipca 1595 r. cesarz nadał Johannowi Ecksteinowi i Leonhardowi Stadlerowi prawo poszukiwania kamieni szlachetnych w Górach Olbrzymich, pod warunkiem wszakże, że będzie miał prawo pierwokupu znalezionych skarbów. 19 listopada 1601 r. przywilej powyższy został odnowiony. W tym samym roku proboszcz Simon Thaddeus Budessius z Teyn [Týn] (powyżej Rovensko pod Troskami, okręg Turnov) otrzymał pozwolenie, by w oparciu o notatki pozostawione przez swoich przodków i ojca (najpewniej Księgi Walońskie), rozpocząć poszukiwania metali i kamieni szlachetnych w Karkonoszach. Ponadto otrzymał prawo, by w porozumieniu z urzędami i mieszkańcami aresztować wszystkich przyjezdnych z obcych krajów, którzy bez pozwolenia króla Czech zbierali kamienie szlachetne i inne drogocenności. W 1607 r. Rudolf II udzielił takiego samego przywileju, jak Budecciusowi, pewnemu jubilerowi o nazwisku Willibald Heffler. Miał on odkryć w Karkonoszach kamieniołom jaspisu, który przerabiał na biżuterię. Tę zaś podarował cesarzowi do jego kolekcji. Mieszczanin z Lipska, „sławny chemik i medyk” Johannes Zimmermann otrzymał w 1623 r. prawo poszukiwania w Górach Olbrzymich i Izerskich kamieni szlachetnych i pereł na koszt własny „z łaskawym życzeniem, by przy realizacji tego przedsięwzięcia miał ochronę nie tylko przed złymi ludźmi, lecz także - jeżeli ktoś podniósłby rękę na niego lub jego bliskich, ów złoczyńca został, po rozpatrzeniu jego czynu, poważnie ukarany cieleśnie; a pan na tych ziemiach otrzyma dziesiątą część wszelkiego zysku” (Zeller „Ciekawostki Jeleniogórskie”, II, 1726 r., str. 22).
Jeszcze w XVIII w. pojawiają się poszukiwacze skarbów i złota. G. A. Volkmann usłyszał podczas wizyty w Hampelbaude (Strzecha Akademicka), że w Teufelsgrund (Čertův Důl) osiedlił się jakiś przybysz, który prowadził wykopaliska, rozbijał skały i palił ogniska. Gdy na polecenie administracji Schaffgotschów postanowiono ująć owego poszukiwacza, ten zniknął bez śladu (Silesia subterranea, str. 198). Słynny w swoich czasach saksoński montanista [znawca górnictwa - przyp. tłum.]. metalurg i alchemik Johann Gottfried Jugel podczas wizytacji komisyjnej w Giehren (Gierczyn) w latach 1746-1756 odwiedził rzekomo złotodajne miejsce w Seifershau (Kopaniec), gdzie nakazał kopać gwarkom, jednak bezskutecznie.
Udowodnić można tedy, że do XVI w. nasze góry przeczesywane były przez różnych lekarzy, alchemików, wolnych gwarków i wagabundów, różdżkarzy, szamanów, złotników, prawowitych i nielegalnych poszukiwaczy kamieni i rud szlachetnych. Tajemnicze i potajemne działania obcych przeniknęło do baśni i legend. Niczym w zwierciadle rzeczywistości niosły one obraz realnych postaci, przybrany w otoczkę czaru i mistyki. Ludzie, których wygląd był niespotykany, których język trudno było zrozumieć, albo z którymi w ogóle nie można było się dogadać; w wierzeniach ludu na temat nieopisanego bogactwa mieszkańców miasta położonego nad laguną, siedziby złotników i szlifierzy kamieni szlachetnych stali się Walonami z Wenecji...
11.04.2011
Mistrzostwa w Kajakarstwie Górskim 2011
"AMP KAMIENNA" odbędą się w najbliższą sobotę (16.04.2011), w godzinach od 12:00 do około 17:00. Dzień wcześniej, w piątek, obejrzeć będzie można treningi i spływy próbne (w godzinach 12:00-18:00).
Zawody mają charakter zjazdu, co oznacza, że kajakarz ma do przepłynięcia na czas określony odcinek rzeki. Na rzece nie ma żadnych bramek, wybór drogi płynięcia zależy wyłącznie od kajakarza. Zawodnicy startują pojedynczo, co 2 minuty (poniżej ujścia Szklarki do Kamiennej) i mają do przepłynięcia ok. 800 metrowy odcinek rzeki (do okolic Hotelu "Las"). Na odcinku zawodów rzeka ma trudność WW III-IV
Najlepsi zawodnicy mierzą swe siły w finale. W zależności od stanu wody, jest on rozgrywany na odcinku wyższym (od Dworca PKS w Szklarskiej Porębie do Muzeum Energetyki), dużo trudniejszym, lub powtarzany jest odcinek eliminacyjny (w przypadku niskiego stanu wody).
Filmik z roku ubiegłego:
Strona internetowa zawodów: http://amp.bystrze.org/
Aktualizacja:
Ponieważ na plakacie imprezy podane są inne daty, niż w harmonogramie na stronie organizatorów, pozwoliłem sobie wysłać prośbę o wyjaśnienie. Oto odpowiedź, jaką otrzymałem:
Aktualizacja:
Ponieważ na plakacie imprezy podane są inne daty, niż w harmonogramie na stronie organizatorów, pozwoliłem sobie wysłać prośbę o wyjaśnienie. Oto odpowiedź, jaką otrzymałem:
Pani Dorocie serdecznie dziękuję za wyjaśnienia!Witam,Zawody rozgrywane są w sobotę 16.04. Tradycyjnie oficjalny terminpodajemy od soboty do niedzieli (16-17.04), gdyż po wieczornymrozdaniu nagród i imprezie, większość uczestników śpi w schronisku"Wojtek". W harmonogramie umieściliśmy również informację o atrakcjidodatkowej, pokazie filmów kajakowych z Kajak Jamboree, który będziemiał miejsce w piątek.Pozdrawiam
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Tagi
informacje
Jelenia Góra
z innej beczki
historia
W kotlinie
Szklarska Poręba
turystyka
w górach
kultura
okolice
Góry Izerskie
muzeum
Karkonosze
politycznie
Dolnośląskie
Dolina Pałaców
satyra i sarkazm
meteo
wystawa
Góry Kaczawskie
jesień
zabytki
zima
Karpacz
Kowary
wiosna
Cieplice
Śnieżka
Rudawy Janowickie
Orle
powódź
Odeszli
Wleń
Siedlęcin
Jagniątków
Kamienna Góra
Sobieszów
Świeradów Zdrój
Zackenbahn
Zgorzelec
Łużyce
Bolczów
Jizerka































