14.04.2011

Dawny Karpacz, osada aptekarzy (opowieść o laborantach)

Na szybko przetłumaczyłem jeden z tekstów zawartych w "Bunte Bilder aus dem Schlesierlande, Bd. 2", (1903 r.); str. 285 ff. 
A ponieważ szybko, to pewnie nienajzgrabniej. Starałem się zachować (o ile to możliwe) "ducha" języka, jakiego przekazać starał się autor, B. Eberhard. Proszę pamiętać: opowieść powstała na przełomie wieków, stąd styl nieco pretensjonalny. Ale ciekawie się czyta po niemiecku, może zaciekawi również poniższy przekład na polski.
Karpacz, rodzinna miejscowość karkonoskiego Ducha Gór, przez której ciasne, zabudowane uliczki turyści niegdyś tylko przemykali śpiesznie, wyprawiając się na Śnieżkę; w której skromnych chatach przed 50 laty pomieszkiwali najwyżej przyrodnicy, a i to z rzadka i przez czas krótki, zmienił się nadzwyczaj w ciągu dwóch ostatnich dekad. Imponujące położenie u stóp Śnieżki, zdobne, wzniesione w karkonoskim stylu gościńce i wille wzdłuż ulic, na stokach i w lasach, a także już istniejące i powstające obiekty użytku publicznego, nadają miasteczku charakter letniska górskiego najwyższej próby. W ukochanym Śląsku chyba każdy zna tę perłę Karkonoszy, choćby z nazwy, ze słyszenia.
I gdy dzisiejszy Karpacz słynie jako kurort na świat nieomal cały, to przecież także stary Karpacz cieszył się niemałą sławą. Ta biedna górska wioska już w XVII w. znana była daleko poza granicami naszej prowincji jako wieś „uzdrawiaczy i zielarzy”, którzy jeszcze przed pięćdziesięciu laty na licznych jarmarkach sprzedawali swoje zioła, korzenie, esencje i proszki cudowne. W najwidoczniej nieukończonej noweli Benjamina Wernera z roku 1799, której treścią jest śląska historia lat 1622-1675, znajdujemy taką oto uwagę: „Do jakiegoż zakątka Niemiec nie dotarły już preparowane tutaj lekarstwa w opieczętowanych słoiczkach? Na którym z jarmarków zabraknąć może malutkich, przecudnie pachnących pudełeczek z zachwalającymi Karpacz etykietami i znanym na całym świecie napisem: ‘Ten prawdziwy proszek żołądkowy, wciągnięty przez nos, wzmacnia głowę, usuwa katary etc.’. Czyżeś nie słyszał nigdy o pochodzących stamtąd Laborantach, od których dzieci kupują cukier rabarbarowy, a chłopi - eliksir żołądkowy? W Polsce, Czechach i w całych Niemczech zapytać możesz o medykamenty z Karpacza. Czy jest gdzieindziej wieś, w której zamiast chłopów mieszkaliby aptekarze - Bóg jeden raczy wiedzieć!”. 
Z tej lokalnej specyfiki nie zachowały się do dzisiaj zbyt liczne ślady. Niegdysiejsza „wieś aptekarzy” nie posiada dzisiaj - jako kurort - nawet apteki, a wszelkie próby jej ustanowienia jak dotychczas kończyły się fiaskiem. Czyż nie dziwi więc, że w Karpaczu nie pamięta się „dawnych dobrych czasów”, gdy nieomal w każdym domu mieściła się apteka? Dawna sława wsi aptekarzy ustąpić musiała przed szybkim rozwojem miejscowości letniskowej, a niegdysiejsze tradycje powoli skrywa cień zapomnienia, a fach Laborantów już od dawna nie rozkwita w ojczyźnie Karkonosza. 
Tylko niejasne wspomnienia i legendy mówią jeszcze o tym źródle zarobkowania, które przez niemal dwa stulecia dawało chleb mieszkańcom Karpacza. Podczas, gdy zbieranie ziół i korzeni leczniczych oraz ich sprzedaż na nizinach stanowiły już w XVII w. specyficzny, a równocześnie niezwykle dochodowy sposób zarobkowania danych mieszkańców Karpacza, to przygotowanie leczniczych mikstur z ziół rozwinęło sie dopiero około roku 1700. Najbardziej znane przekazy na temat powstania cechu Laborantów przytaczają zarówno „Schlesische Ökonomische Nachrichten” z roku 1774, jak i „Schlesische Provinzialblätter” z roku 1797. Około tysiąc siedemsetnego roku dwóch medyków z Uniwersytetu w Pradze musiało uchodzić z powodu pojedynku, jaki stoczyli; schronienie znaleźli u zielarza o nazwisku Melchior Großmann. Przez czas trwania procesu ukrywali się tu, przybierając imiona Nicolaus i Salomon i - jak się później okazało - stali się największymi dobrodziejami swoich gospodarzy. Uciekinierzy wędrowali w bezludnych górach i dolinach, i szybko dostrzegli wszelkie bogactwo przyrody, którym obdarzone zostały te okolice. Dzięki studiom posiedli głęboką wiedzą botaniczną na temat natury i zastosowania najróżniejszych ziół i korzeni, tak więc w ukrytych zakątkach okolicy odkryli bogate źródło zarobku. Wkrótce bowiem swą wiedzę poczęli stosować praktycznie, przygotowując w prosty sposób sławne lekarstwa z zebranych ziół i korzeni. Te zaś trafiały - poprzez tzw. „korzenników” (Wurzelmänner) - na niziny, do „cierpiącej ludności”. Z upływem czasu sztuki przyrządzania mikstur leczniczych z korzeni i ziół nauczyli się od uciekinierów także ich gospodarze, a ich pracę poczęto nazywać „laboranctwem”. Z przekazów wynika, że pierwszymi uczniami Laborantów byli Melchior Großmann i Jonas Exner; nie wiadomo natomiast, jak długo w Karpaczu przebywali obaj prascy uciekinierzy. Jednak ich miejscowi przyjaciele szybko spostrzegli, jak dochody jest handel przygotowywanymi przez nich miksturami. Nie dziwi więc, że w obawie przed konkurencją pilnie strzegli tajemnic swojej sztuki, a „laboranctwo” uważali za rodzinne dobra dziedziczne. Ponieważ jednak z czasem rodziny rozrastały się, przez co wiedza tajemna mogła szybko stać się wiedzą ogólnie dostępną, Laboranci - za radą lekarza okręgowego z Jeleniej Góry Ludwiga - założyli zamknięty cech. Cech ów, jak wszelkie tego typu zrzeszenia, przyjmował uczniów, którzy po pięcioletnim okresie nauki musieli zdać egzamin przed Królewskim Collegio medico. Jednak tak wykształcony Laborant samodzielność otrzymywał dopiero po śmierci innego, starszego członka cechu, zajmując jedno z 30 miejsc, którą to liczbę gwarantował uznany w 1740 r. urzędowo statut cechu. Ponadto wymagane było państwowe pozwolenie na prowadzenie własnego laboratorium; dlatego też wystąpić musiał do odpowiedniego urzędu o „Concessio na wyrób laboratoryjny i sprzedaż medykamentów”, stanowiące równocześnie zezwolenie.
Kontrolę nad owymi „pół-aptekarzami” sprawowało Królewskie Collegium medicum, a w późniejszych latach - lekarz powiatowy. Co roku w towarzystwie aptekarza kontrolował szczegółowo zapasy Laborantów. Samo Collegium medico zaś szczegółowo ustalało, jakie medykamenty Laboranci mogli wytwarzać; początkowo było to 46 specyfików. Pod naciskiem aptekarzy, mocą Najwyższego Zarządzenia Rządowego z dnia 30 września 1843 r., liczbę preparatów ograniczono z 45 do 21. Wszelkie sprzedawane medykamenty opatrzone były etykietami z niezwykle samochwalczymi opisami. I tak napis na niezwykle popularnej „Herbacie na płuca i oczyszczenie krwi” głosił m. in.: „przynosi ulgę nie tylko dzięki pięknym ziołom, ale i działaniu specibus, a ze względu na efekty rekomendowany jest szczególnie przy melancholii, artretyzmie, chorobach płuc i dróg oddechowych oraz szkorbucie”.
Medykamenty wytwarzano z korzeni i ziół, które Laboranci kupowali u korzenników. Używali także substancji mineralnych, a nawet produktów importowanych zza granicy, których dostarczali im kowarscy kupcy lub wrocławscy drogerzyści; najczęstszą domieszkę stanowił sproszkowany róg jelenia.
Domostwa Laborantów nie różniły się z zewnątrz od innych chałup wiejskich; jednak ich wnętrze świadczyło o niezwykłym zajęciu właścicieli, było z reguły bardziej przestrzenne i wygodne i zdradzało ponadprzeciętne wykształcenie. Przed każdym z laboranckich domów znajdował się niewielki, zadbany ogródek, w którym bujnie rosły rzadkie okazy roślin górskich oraz inne zioła lecznicze: arcydzięgiel litwor, lubczyk ogrodowy, gorysz miarz, kozłek (zwany popularnie walerianą), wszewłoga górska czy oman. Na poddaszach i strychach zioła i korzenie suszyły się, by następnie spocząć w specjalnych ziołowych spiżarniach. Preparowanie ziół odbywało się w znajdujących się w podobnych do altan przybudówkach laboratoriach, w których stała aparatura do przygotowania wywarów, destylacji i filtrowania. Gotowe medykamenty przechowywano w izbie mieszkalnej: to tu w gęstych rzędach, na półkach i w kolorowo wymalowanych kredensach, stały szklane flakony, fiolki, słoiczki i buteleczki o przeróżnych kształtach i rozmiarach; puszki i zdobne pudełka - wszystkie drobiazgowo opisane.
Praca Laborantów była czysto mechaniczna: nie posiadając rozległej wiedzy chemicznej, „syntetyzowali” według odziedziczonych po przodkach formuł i przepisów. Mimo surowego zakazu wkraczali również na niwę zarezerwowaną dla lekarzy: ponieważ wytwarzali medykamenty, uważali, że mają prawo je również aplikować; także pacjenci byli zdania, że ten, kto lekarstwo wytwarza musi być mądrzejszy od tego, który je tylko przepisuje. Niewątpliwie wyróżniali się Laboranci pośród pozostałych mieszkańców wsi swoim ogólnym wykształceniem; dlatego też cieszyli się sporym szacunkiem. I choć sztukę swoją uprawiali, opierając się wyłącznie na praktycznym doświadczeniu, to przecież chętnie uczyli się tego, co mogłoby pomóc im w wykonywaniu swojego fachu. Głównie uczyli się łaciny, stąd ich znajomość fachowych nazw roślin i korzeni, a także wytwarzanych z nich medykamentów. Tak, łacinę z pewnością uważali za ważną część swojej sztuki, stąd przykładali się do jej nauki szczególnie, zatrudniając jako nauczycieli byłych teologów. Z szacunku dla uprawianej sztuki także uczniowie Laborantów musieli uczyć się łaciny, otrzymując od swoich mistrzów szczegółowe instrukcje w posługiwaniu się tym językiem. Zresztą Laboranci bardzo często korzystali ze znajomości łaciny, zaspokajając swoją niemałą próżność. Nazywali się więc „laborantami”, nie wytwarzali, lecz „laborowali”, swoje „liquores” i „aquas” pozyskiwali z „herba” i „radices”, a swoimi „speciebus” dostarczali wszelakiego „dolores”.
Na jarmarkach całego Śląska spotkań można było Laborantów, sprzedających swoje kropelki i proszki w ogólnie dostępnych kramach. Przy tym w taki sposób podzielili między sobą jarmarki, by przed śmiercią jednego - inny nie sprzedawał na tym samym targu swoich wyrobów. Na Śląsku spotkać ich można było na jarmarkach we Wrocławiu, Ząbkowicach Śl., Reichenbach, Świdnicy, Opolu, Nysie, Legnicy, Bolesławcu i na wielu innych. Ze względu na niską cenę medykamenty w rodzaju „Karpaczańskich Kropli”, „Herbaty na płuca i krwi oczyszczenie” znajdowały licznych klientów, dzięki czemu w krótkim czasie Laboranci osiągnęli znaczny dobrobyt. Ponieważ jednak właściciele konwencjonalnych aptek tracili przez „tych pigularzy i konowałów” zarobki, i to w poważnym stopniu, postanowili zdusić konkurencję. Z ich inicjatywy juz w 1809 r. zabroniono Laborantom sprzedaży obwoźnej medykamentów; od tego czasu wstęp mieli wyłącznie na jarmarki na Dolnym Śląsku. Później ograniczenia zaostrzono jeszcze bardziej i na mocy zarządzenia z 21 kwietnia 1819 r. wolno im było handlować wyłącznie na targach w tych miastach, w których swoją siedzibę miał lekarz powiatowy. Rządowe Zarządzenie z 30 września 1843 r. okazało się dla Laborantów gwoździem do trumny: zaprzestano wydawania nowych koncesji, a pozostałym jeszcze sześciu Laborantom koncesje miały zostać odebrane ze skutkiem natychmiastowym. Jednak po wstawiennictwie hrabiny von Reden z Bukowca (jakaż była to wspaniała, wielkoduszna kobieta, ta Friederike - przyp. tłum.) pozwolono tym sześciu jeszcze aktywnym Laborantom uprawiać swoją sztukę do śmierci.
W taki sposób epoka słynnego Cechu Laborantów dobiegła końca; nadszedł ów czas, gdy ten wspaniały kwiat karkonoskiej tradycji musiał zwiędnąć nieodwracalnie, po 150 latach niesienia pomocy niedomagającym ludziom. 28 marca 1884 r. zmarł ostatni z Laborantów, E. A. Zölfel, zabierając do grobu wszelką wiedzę laborancką; tak zwani „przeciętni mieszkańcy” szczerze opłakiwali jego śmierć.
Nie miejsce tu, by rozstrzygać, czy z medyczno-naukowego punktu widzenia działalność Laborantów była pożyteczna; pewne jest jednak, że Laboranci niewątpliwie w wielkim stopniu przyczynili się do sławy i rozwoju kulturowego Karpacza.


Polecam również wybornie napisany tekst o laborantach na blogu "baśń jak niedźwiedź". Warto też pogrzebać w sieci i znaleźć teksty Przemka Wiatera, który o Laborantach pisał sporo.

13.04.2011

(Nie-)Estetyka przedmieść...

Dumne hasło: "Dolny Śląsk ROZWIJA SIĘ szybciej. SKUTECZNIE!
w jeleniogórskim wydaniu skutecznie ZWINIĘTYM. To co? Ostatni gasi światło...???


"Nie chodzić! TEREN PRYWATNY!". Ja przebiegłem truchtem, byle nie łamać zakazów!

11.04.2011

Mistrzostwa w Kajakarstwie Górskim 2011

"AMP KAMIENNA" odbędą się w najbliższą sobotę (16.04.2011), w godzinach od 12:00 do około 17:00. Dzień wcześniej, w piątek, obejrzeć będzie można treningi i spływy próbne (w godzinach 12:00-18:00).

Zawody mają charakter zjazdu, co oznacza, że kajakarz ma do przepłynięcia na czas określony odcinek rzeki. Na rzece nie ma żadnych bramek, wybór drogi płynięcia zależy wyłącznie od kajakarza. Zawodnicy startują pojedynczo, co 2 minuty (poniżej ujścia Szklarki do Kamiennej) i mają do przepłynięcia ok. 800 metrowy odcinek rzeki (do okolic Hotelu "Las"). Na odcinku zawodów rzeka ma trudność WW III-IV
Najlepsi zawodnicy mierzą swe siły w finale. W zależności od stanu wody, jest on rozgrywany na odcinku wyższym (od Dworca PKS w Szklarskiej Porębie do Muzeum Energetyki), dużo trudniejszym, lub powtarzany jest odcinek eliminacyjny (w przypadku niskiego stanu wody).

Filmik z roku ubiegłego: 

Strona internetowa zawodów: http://amp.bystrze.org/


Aktualizacja:
Ponieważ na plakacie imprezy podane są inne daty, niż w harmonogramie na stronie organizatorów, pozwoliłem sobie wysłać prośbę o wyjaśnienie. Oto odpowiedź, jaką otrzymałem:
Witam,
Zawody rozgrywane są w sobotę 16.04. Tradycyjnie oficjalny termin
podajemy od soboty do niedzieli (16-17.04), gdyż po wieczornym
rozdaniu nagród i imprezie, większość uczestników śpi w schronisku
"Wojtek". W harmonogramie umieściliśmy również informację o atrakcji
dodatkowej, pokazie filmów kajakowych z Kajak Jamboree, który będzie
miał miejsce w piątek.
Pozdrawiam
Pani Dorocie serdecznie dziękuję za wyjaśnienia!

6.04.2011

U Carla o Monografii

"Będziesz? Po części oficjalnej jedziemy do mnie do domu!" -  tymi słowy kusił mnie kilka dni temu Przemek Wiater. "Monografia Szklarskiej Poręby" (vide tumiała wczoraj swoją oficjalną premierę w Domu Carla (i Gerharta) Hauptmanna w Szklarskiej Porębie. Dobra setka osób (głównie szklarskoporębian) zasiadła w sali vlastimilowej muzeum. A gdy swoją opowieść o powstawaniu monografii skończył Przemek, gdy uzupełnił ją Ivo - się zaczęło: "...bo ja tu mam zdjęcia z lat 60., być może by się przydały", "czy pisali Panowie o liceum, do którego chodziłam w latach sześćdziesiątych?", "dlaczego nie napisaliście o..." STOP! Zacytuję tu fragment "Wstępu": "Autorzy zdają sobie sprawę z niedociągnięć monografii, które po części są wynikiem braku, bądź znacznie utrudnionego dostępu do źródeł szerokiego spektrum dziejowego i tematycznego [...]". Pamiętajmy wszak, że przez 8 wieków istnienia miejscowości nazywanej dzisiaj "Szklarska Poręba" nikt nie podjął się dzieła systematyzacji jej dziejów w takiej formie, w jakiej uczynili to Autorzy. Owszem, zarówno "za Niemca", jak i "za Polaka" ukazywały się pomniejsze historyczne teksty okazjonalne, opisujące drobne, wybrane fragmenty z przeszłości Szklarskiej Poręby. Jednak przed Ivem i Przemkiem stanęło zadanie, które - jak sami przyznają - w narzuconych przez różne okoliczności warunkach okazało się o wiele trudniejsze, niż to sami zakładali. 
Dawno już dom, w którym tworzył Carl Hauptmann, w którym jego młodszy brat Gerhart napisał "Tkaczy", nie gościł tak zaangażowanej publiczności. Bo przecież to o Ich mieście, o ich "Małej Ojczyźnie" napisali autorzy "Monografii". I serce się raduje, i dusza, gdy widzi się, jak bardzo dzisiejsi Szklarskoporębianie angażują się w dzieje tego niezwykłego miejsca na Ziemi. 
Pozwolę sobie udokumentować wczorajsze spotkanie kilkoma zdjęciami. Niechaj w jakimś niewielkim stopniu będą one świadectwem tego, jak bardzo potrzebna jest wiaterowo-łaborewiczowa "Monografia".


Godzina 15:45, parking przed Muzeum
Godzina 16:30, parking przed Muzeum
Carla i Gerharta dom, od strony ogrodowej
Zgromadzenie jak najbardziej legalne
Gospodarz, Współautor... po prostu: Przemo (jakiego NIE znacie!)
Napisali, teraz się tłumaczą...
"Majce - i wszystkim najwspanialszym Naumowiczom" - zaprawdę godne to i sprawiedliwe
Maja - szklarsko-porębianka

4.04.2011

Sztolnie i kwiaty: piryt i krokusy

W kilkuosobowej kompanii wypuściliśmy się w zamgloną, choć parną, pierwszą sobotę kwietniową roku 2011 na zachodni skraj Wysokiego Grzbietu,  w rejon Zbójeckich Skał, sztolni kopalni pirytu, Zakrętu Śmierci na Drodze Sudeckiej i ku Rezerwatowi "Krokusy" na zboczach opadających spod Zakrętu ku Dolinie Małej Kamiennej.
Trasa spacerowa, ot, sobotnia wycieczka krajoznawcza na rozruszanie się przed sezonem wędrownym. I oto pierwsza ogromna niespodzianka spotkała nas we wspomnianych sztolniach, niespodzianka zimowa i piękna. Zresztą, niech przemówią zdjęcia. 


 

  





Czyż nie są wspaniałe te lodowe twory, niektóre żywcem przypominające postaci dawnych gwarków, a może ukochanych przez Przemysława Wiatera Walonów...? To właśnie on w swojej "walońskiej książce pisał:
Występujący na Czarnym Grzbiecie w Górach Izerskich piryt, odmiana polimorficzna siarczku żelaza, do złudzenia przypominał najszlachetniejszy z kruszców, przez co otrzymał dawne miano złota głupców. Odkrycia pokładów pirytu dokonali zapewne walońscy poszukiwacze złota, minerałów i kamieni szlachetnych z pobliskiej Starej Wsi Szklarskiej. 

Pierwsze udokumentowane informacje o wydobyciu większych ilości okruszcowanych pirytem hornfelsów z kopalni położonej na Wysokim Grzbiecie Izerskim, powyżej Zbójeckich Skał, pochodzą z 1530 r. Do lokalizacji kopalni przyczyniło się mineralogiczne rozpoznanie walońskie i niewielka odległość od osady, posiadającej dzięki dawnym hutom szkła przemysłowe tradycje. W 1545 r. projektowano budowę nowej kopalni, która powstała około 1550 r. W 1553 r. wzmiankowana jest witriolejnia wielkim nakładem kosztów właściciela założona – wytwórnia różnych kwasów, w tym głównie siarkowego, wytwarzanych z przerabianych miejscowych pirytów. Z końcem XVI w. w kopalni na zboczu Wysokiego Grzbietu zatrudnionych było 60 górników. Podczas wojny trzydziestoletniej kopalnia pirytu i witriolejnia przestają działać.
O wyrobiskach poczytać możemy chociażby tutaj:
Bez wątpienia jeden z najciekawszych reliktów górnictwa w Polsce! Obiekt znacznych rozmiarów, składających się z kilku wyrobisk, które kiedyś, podobnie jak wyżej opisana sztolnia, tworzyły jedną, dużą kopalnię pirytu. Ponieważ chodniki i komory wydobywcze drążono bardzo blisko powierzchni, doszło do sporego obrywu stropu w centralnej części kopalni. Najciekawszą częścią tego zespołu wyrobisk jest ogromna komora wydobywcza w zachodniej części: została wydrążona w potężnej żyle pirytonośnej. Jej układ przypomina wielką szczelinę długą na 40m, szeroką na 10m i wysoką na 9m przy wejściu, stopniowo wyklinowującą się do wysokości ok. 1,5m i szerokości 1m w partiach końcowych. Zachwycił nas skalny mostek pozostawiony przez górników w połowie komory, który miał zapobiec zaciskaniu się wyrobiska. Podobną rolę pełnią drewniane poziome stemple. Po lewej stronie od wejścia wykuto kilkumetrowej długości chodnik poszukiwawczy (1,0 x 1,5m). 
W sztolniach spędziliśmy sporo czasu, bo żal było żegnać się z nimi: za kilkanaście dni po lodowych tworach nie pozostanie nawet śladu, no, może kilka sporych kałuż na dnie wyrobiska...

A kwiaty? Cóż, po kolejnych kilkudziesięciu minutach łazęgi dotarliśmy z trudem do Rezerwatu. Krokusy - a i owszem - były, w ilości może 20 sztuk. Przynajmniej te, które zalśniły już kwiatami przepięknymi. Jednak rezerwat nie mógł przykryć wrażenia, jakie zrobiły na nas pirytowe sztolnie.


Więcej zdjęć z wycieczki na Picasie:
Sztolnie Wysoki Grzbiet

30.03.2011

O jeleniogórskim KFC raz jeszcze (i pewnie przedostatni)

Aktualizacja: O godzinie 10:30 w czwartek, gdy - nazwijmy to - wizytowałem Kurafura, w KFC drzwi się nie zamykały. Tylko nie wiem, czy klienci to, czy ciągle jeszcze pracownicy d/s wykończenia wnętrz.

Pawilonik gustowny stoi, w środku mebelki, a jakże! - i urządzonka przeróżne nowością pachnące; kostka ułożona (na moje oko praktyka budowlanego - szybko będzie ją trzeba poprawiać), miejsca pod trawniczki wysypane żyznym czarnoziemem próchnicowym - no bajeczka!

Podobno już jutro (31.03.2011) we frytkownicach zabulgoce gorący olej, na ruszta, a później do podgrzewaczy trafią czikeny w kostkach, pałkach, skrzydełkach i wszelkich formach artystycznych, jakie dopuszcza unifikacja gastronomiczna w KFC. Ciasno się zrobi przy Shellu, zresztą ciasno robi się w ogóle w najbliższym otoczeniu C.H. Echo i ZUS-u (który tak pięknie obfotografowała Bożenka Danielska, prezentując zdjęcia na fejsbuku).

Ja tam się już cieszę na pierwszy kubełek pikantnych skrzydełek, mimo, że to niezdrowe (rzekomo), nieetyczne (istotnie...) i wbrew filozofii Slow-Foodu (którą w naszych okolicach intensywnie propaguje Henryk Dumin, znany smakosz i kuchmistrz nie lada). Ale przecież jakież smakowite...

28.03.2011

I Hercules dupa, gdy fotoamatorów kupa.

Przed 5 dniami też przeleciały mi nad głową. Wówczas z gębą rozdziawioną ze zdziwienia - zamarłem, nie sięgając po aparat. Sięgnąłem natomiast - po powrocie do domu - do Facebooka i "Jelonki.com" i sprawa błyskawicznie się wyjaśniła. 
Dzisiaj pojawiły się znowu nad Jeżowem Sudeckim i Strupicami: dwa Herculesy C-130 o stalowo-szarych cielskach. Tym razem udało mi się je uchwycić w obiektywie.
I najpewniej nie tylko mi!

Skały Starościńskie na pograniczu zimy i lata

Niedzielny poranek przyniósł gęstą mgłę w Kotlinie Jeleniogórskiej i przepiękne, czyste niebo ledwie 100 metrów nad nią, choćby na Górze Szybowcowej. Wczesnym rankiem (bardzo wczesnym, bo po zimowo-letniej zmianie czasu) żwawo pomaszerowałem więc ku hangarowi na dawnym Galgenbergu. Po drodze robiłem zdjęcia w ilości paparazzowej, licząc, że chociaż jeden promil z nich odda chociaż częściowo pogodowo-przyrodnicze nastroje. Nie bardzo mi to wyszło, ale na pamiątkę kilka z nich zamieszczam.



Mgła jednak ustąpiła bardzo szybko, także w Kotlinie, więc na drugą część niedzieli zaplanowaliśmy sobie wycieczkę w Rudawy Janowickie, w Starościńskie Skały, z podejściem od Strużnicy.
To zupełnie bajeczne krajobrazy, obecnie ciągle jeszcze na pograniczu zimy i lata, ze słynnymi formacjami skalnymi o fantazyjnych kształtach, z których najsłynniejszą jest najpewniej Skała Marianny, zwana także Lwią Górą. Stał tu niegdyś odlany w gliwickich hutach posąg lwa (niektórzy twierdzą, że było ich kilka), ważący ze 300 centnarów. Lwa już nie ma, został przegnany stąd w latach 70. ubiegłego stulecia; nowe miejsce znalazł nad zalewem w Złotnikach Lubańskich (chociaż pewności co do lwiej tożsamości nie ma). O losach lwa pisze Joanna Lamparska na swoim blogu:
Co do lwa - podobno do lat 70-tych jeszcze tam „spał”. Z różnych źródeł  dochodzą słuchy, że został on wywieziony do Złotnik Lubańskich i umieszczony w pobliżu tunelu dojazdowego do zapory. Czy to prawda? Wątpliwości rozwiałaby odpowiednia ekspertyza, choć podobieństwo jest uderzające… Niewątpliwie dobrze by się stało, gdyby lew powrócił na swoją półkę skalną w Starościńskich Skałach i mógł znów dumnie spoglądać na swoje królestwo. [...] Ta historia mnie zaintrygowała. Zwalić i wywieźć dwie tony to jest coś! Jest tylko jedna osoba, która o zamku Czocha i jego tajemnicach wie wszystko i wybudzona w środku nocy potrafi odpowiedzieć na każde pytanie. To Janusz Skowroński, badacz historii Lubania i okolic. I rzeczywiście! – W zamku tego lwa na pewno nie ma – oświadczył Janusz. – Ale jest w pobliżu, na zaporze w Złotnikach. Rzeczywiście jest tam wspaniały lew.  
Jak to się często przypadkiem składa, wczoraj lwa nadzłotnickiego sfotografowała podczas jednej ze szkoleniowych wycieczek adeptka trudnej sztuki przewodnictwa sudeckiego, panna miła, Ola Orla, której zdjęcie poniższe podkradam z Facebooka, lojalnie linkując jednak do całej galerii.

O całym niezwykłym "parku skalnym" poczytać można chociażby na stronach Mysłakowic czy Rudaw Janowickich
Kilka impresji z wczorajszej premierowej w tym roku wycieczki na podkarkonoskie pagórki:



Popas na łonie Marianny

Po zejściu ze Starościńskich Skał wcale nie chciało się nam wracać do Jeleniej Góry

Mchy zielone i nasiąknięte jak gąbka wodą z topniejących śniegów

24.03.2011

Siła portali społecznościowych i mediów lokalnych



Zdarzyło się wczoraj:
Podczas spaceru z psem u stóp Góry Szybowcowej (na pograniczu Strupic i Jeżowa Sudeckiego) na bezchmurnym niebie pojawił się znienacka wielki, szary samolot wojskowy z biało-czerwoną szachownicą. Przeleciał nisko nad naszymi głowami i skierował się ku Wzgórzom Łomnickim, jeszcze bardziej zniżając lot. Zastanawialiśmy się, czy maszyna ma zamiar przyziemić na naszym międzynarodowym lotnisku przy ul. Łomnickiej oraz - czy już dzwonić do Świętoszowa, by przysłali czołgi. Nie, nie po to, by strzelać do lotników, ale - by wyciągnąć aeroplan z błota, który po lądowaniu na trawiastym pasie zaryłby się pewnie po skrzydła. Po trzech kwadransach sytuacja się powtórzyła: maszyna pojawiła się nad Górą Szybowcową, przeleciała nad szpitalem wojewódzkim i skierowała się na lotnisko Aeroklubu Jeleniogórskiego. Tym razem udało nam się dostrzec, że jedynie zniżyła lot, a następnie rozpoczęła odejście. Ja się na samolotach znam mniej więcej tak, jak premier Tusk na liberalnej polityce gospodarczej (a więc w zasadzie całkowicie się nie znam), myślałem więc, że to CASA.


Zdarzyło się dzisiaj:
Nie omieszkałem "zapuścić" tej historii na Facebooku:
Z wrażenia pomerdały mi się miesiące, więc przesunęłam nasz czas bieżący o miesiąc w przód. Nie o to jednak chodzi. Nie minęło więcej niż półtorej godziny, i  oto Konrad Przezdzięk (Jelonka.com) odpisuje mi takim oto linkiem:
No, to już wiemy. Latał; nie CASA ino Hercules, nie dwa, a trzy razy - a latał, bo miał prawo latać! Reszta jest tajne przez poufne i grozi śmiercią lub utratą zdrowia psychicznego (w szczególności).


Dlaczego o tym w ogóle piszę? Otóż na tym bagatelnym przykładzie widać, jak wielką nośność informacyjną ma Internet, a szczególnie tzw. portale społecznościowe. A także, jak wielką rolę mogą odgrywać lokalne portale, gazety elektroniczne (i papierowe, ale te szybkością przekazu przegrywają z Internetem), telewizje, fora etc., w szczególności w małych miastach, które wyłącznie okazjonalnie pojawiają się w newsach WIELKICH stacji telewizyjnych i gazet. I nie chodzi mi o wyjaśnianie wojskowego "grzmotu babci pod pierzyną": mi wystarczy: "latał, bo miał latać". Zainteresował mnie socjologiczny, społeczny i lokalnie-medialny aspekt losów mojego pytania o samolocik.
W związku z tym chciał będę przyjrzeć się bliżej naszym jeleniogórskim i wokół-jeleniogórskim mediom i troszeczkę (na miarę moich umiejętności i mojej wiedzy) je przeanalizować. Z subiektywnym nastawienie "konsumenta informacji".
...a co z tego wyniknie, postaram się zamieścić na niniejszym blogu.

Dziękuję Konradowi i Angeli z Jelonka.com za szybką reakcję.


Całość także do poczytania na Facebooku

Wiosenne wielkogabarytowe porządki w Jeleniej Górze



HARMONOGRAM
ZBIERANIA PRZEDMIOTÓW WIELKOGABARYTOWYCH SPRZĘTU AGD , ELEKTRONICZNEGO ORAZ PROBLEMOWYCH
Z TERENU MIASTA JELENIA GÓRA

 Lp.
 Data odbioru
Lokalizacja / Osiedle/ ulica
1.
01.04.2011 r.
Oś. Pomorskie: Gdańska, Toruńska, Bydgoska, Tczewska, Grudziadzka, Jagiełły, Zachodnia, Transportowa.
2.
04.04.2011 r.
Zaborze I : Paderewskiego, Działkowicza, Wiśniowa, Wiejska, Letnia, Wiosenna, Jordana.Zaborze III :Małcużyńskiego, Sygietyńskiego, Kiepury.
3.
05.04.2011 r.
Maciejowa : Maciejowska, Bat. Chłopskich, Dzierżonia, Kaczawska, Witosa, Wrocławska, Trzcińska, Niećki.
4.
06.04.2011 r.
Oś. Łomnickie : Goździkowa, Blacharska, Muzyczna, Kwiatowa, Konwaliowa, Liliowa, Storczykowa, Przyboczna, Pl. Różany, Łomnicka, Irysowa Powst. Śląskich, Waryńskiego, Słowiańska, Wincentego Pola.
5.
07.04.2011 r.
Oś. Podgórze : Urocza, Wzg. Partyzantów, Bogusławskiego, Podgórze, Snycerska, Kochanowskiego, Kraszewskiego, Fredry, Nowowiejska, Bartka Zwycięzcy, Staffa, Tuwima, Zana, Grottgera, Woj. Polskiego.
6.
08.04.2011 r.
Oś. Kosmonautów: Gagarina, G. Bohaterów, Dobrowolskiego, Kosmonautów, Pacajewa, Wołkowa, Komarowa, Wzg. Wandy
7.
11.04.2011 r.
Oś. Skowronków: Wesoła , Dziecinna, Słowackiego , Mickiewicza, Chełmońskiego, Baczyńskiego, Krasickiego, Norwida, Skowronków.
8.
12-13.04.2011r.
Oś. Czarne: Okrężna, Orzeszkowej, Mała, Podleśna, Południowa, Strumykowa, Czarnoleska, Malinowa, Kalinowa, Jaśminowa, Borówkowa, Poziomkowa, Wrzosowa.
9.
14.04.2011 r.
Oś. Głowackiego: Hofmana, Kossaka, Dunikowskiego, Głowackiego, Gałczyńskiego, Reja, Broniewskiego, Gielniaka Wieniawskiego, Morcinka, Wyspiańskiego, Wańkowicza, Malczewskiego, Wyczółkowskiego, Żeromskiego.
10.
15.04.2011 r.
Kruszwicka , Graniczna, Wigury, Żwirki, Przesmyk, Daszyńskiego, Lipowa, Powst. Wielkopolskich, Nadbrzeżna, Kasprowicza, Poznańska.
11.
18.04.2011 r.
Oś. Widok: Sołtysia, Pionierska , Kasprzaka, Malinnik,Sokoliki, Michejdy, Poprzeczna, Granitowa, Strzelecka, Widok, Spacerowa, Szrenicka, Izerska.
12.
19.04.2011 r.
Oś. Panorama : Łabska, Krośnienska, Hirszfelda, Rudawska, Śnieżna, Rubinowa, Koralowa, Szafirowa, Turkusowa, Diamentowa.
Oś. Miłosza : Fałata, Grochowiaka, Nerudy, Krasińskiego, Miłosza, Niemcewicza, Dombrowskiej, Picassa.
13.
20.04.2011 r.
Oś. Wróblewskiego : Struga, Zielona, Błękitna, Słoneczna, Pogodna, Teczowa, Radosna, Promienna, Lelewela, PCK, Wróblewskiego,Przesmyckiego,Sieroszewskiego, Daniłowskiego
14.
21.04.2011 r.
Oś. Pułaskiego : Zakopiańska, Tabaki, Czarneckiego, Juszczaka, Cervi, Staszica, Przybyszewskiego, Pl. Cichy.
15.
22.04.2011 r.
Oś. Pod Wałami: Narutowicza, Stęczyńskiego, Starzyńskiego, Ujejskiego,Brezy, Bilewicza , Mieszka I –go, Harcerska, Jagiellońska, Zjednoczenia Narodowego.
16.
26.04.2011 r.
Oś. Żeromskiego – Sobieszów: Cieplicka, Romera, Kolejowa, Domejki, Chopina, Tetmajera, Bema, Młyńska, Osiedla Żeromskiego.
17.
27.04.2011 r.
Oś. Reymonta – Sobieszów: G. Zapolskiej, Asnyka, Leśmiana, Reymonta, Nałkowskiej, Konrada, Brzechwy, Sienkiewicza, Karkonoska, Kamiennogórska.
18.
28.04.2011 r.
Jagniątków: Karkonoska, Michałowicka, Agnieszkowska, Wczasowa, Saneczkowa, Turystyczna, Zarzeczna, Kręta
19.
29.04.2011 r.
Goduszyńska, Książęca, Lubańska, Dworcowa, Sobieszowska, Wojewódzka, Francuska, Spokojna, Cmentarna, Ludowa, Objazdowa, Łąkowa, Ceglana, Cicha.

W/w przedmioty należy składować przy pojemnikach obsługiwanych przez MPGK Sp. z o.o. Jelenia Góra.

Wywóz nie obejmuje:
  • gruzu budowlanego
  • zużytych opon samochodowych
  • makulatury , kartonów itp.
  • zmieszanych odpadów komunalnych
  • materiałów niebezpiecznych i szkodliwych

Flagi

free counters