19.03.2009

Gwara z Karkonoszy - Gebirgsschlesisch

Dzisiaj, gdy już odeszliśmy od dosyć pretensjonalnego uzasadniania naszej polskiej obecności na Dolnym Śląsku po 1945 r. Piastami i pra-polskością tych ziem, poczęto interesować się tradycjami tego regionu - tradycjami ludowymi, ze wszech miar niemiecko-dolnośląskimi. Czynione są próby "wprowadzania" na tych terenach "naszych" tradycji (dr. Wiater), co dla mnie jest dość karkołomne - tradycji nie da się zadekretować, ona musi powstawać na przestrzeni pokoleń. W naszych okolicach owa tradycja - ze zrozumiałych względów - nie mogła się zakorzenić (jeszcze?). Ale nie o tym tutaj... Jednym z nośników lokalnych tradycji jest język, a w przypadku języka niemieckiego - lokalna gwara. Jak wynika z licznych przekazów (ustnych i pisemnych), gwara podsudecka (Gebirgsschlesisch) była niezwykle zróżnicowana. Oto mieszkańcy wsi podjeleniogórskich niejednokrotnie z trudem porozumiewali się z mieszkańcami wsi podwałbrzyskich, kłodzkich (dialekt Glätzisch) czy nawet podlubańskich - różnice w wymowie i różnice znaczeń tych samych wyrażeń były spore. Dialektami Gebirgsschlesisch mówiono w całych Sudetach, z wyjątkiem Gór Łużyckich i Kotliny Kłodzkiej, również po czeskiej stronie gór w okolicach Trutnova (Riesengebirgisch), a także na północnych Morawach i Morawach śląskich. Gebirgsschlesisch posiada liczne wspólne cechy leksykalne z niemieckimi dialektami środkowo- i południowo-zachodnimi (Ostmitteldeutsch), zawiera ponadto zapożyczenia z języków zachodniosłowiańskich (głównie ze polskiego i czeskiego). Poniżej próbka "bywszego" dialektu z okolic Jeleniej Góry - i jego tłumaczenie na niemiecki język literacki. Różnice są widoczne doskonale. Melodia tego dialektu była również niepowtarzalna... Była... Ludzie posługujący się tą odmianą języka właściwie już nie żyją...
A Freitich vir der Huchzet, doo hulla se's Brautfuder bei der Braut an foorn's zum Breitch'n; dos häßa se's Fuderfihrn. De Braut ies nee derbeine, die bleibt derhäme. An doo wird a grußer Tollmolt gemacht. Doo waarn de ganza Schränke an olls, wos de Braut asuu brengt, off an grußa Letterwoorm uhfgelodt. Doo hoot's drei, vier Monnsvelker derbeine an a poor Bettfraun an au an Huchzetbieter. Doo wird a gruus Assa gemacht an techtich getronka Bier an Branntwein. An doo komma jonge Maadel an soorn Getechte, der Braut äs an äs 'n Breitch'n. An doo hoan se aalt Toopzeig zum Polterobende ei an Saak gesackt an schmeißa's a poormol uhf, doo wird a recht Gekrache an a Gelache. Do giht's laabhoftichzu, an do wird gesonga an getanzt off daan Urte bis zum friha Murja. Am Freitag vor der Hochzeit, da holen sie das Brautfuder* bei der Braut und fahren es zum Bräutigam; das heißt Fuder führen. Die Braut ist nicht dabei, die bleibt daheim. Und da wird ein großer Tumult gemacht. Da werden die ganzen Schränke und alles, was die Braut auch so bringt, auf ein großen Leiterwagen aufgeladen. Da hat es drei, vier Männer dabei und ein paar Bettfrauen und auch ein Hochzeitbieter. Da wird ein großes Essen gemacht und tüchtig getrunken Bier und Branntwein. Und da kommen junge Mädel und sagen Gedichte, der Braut eins und ein dem Bräutigam. Und da haben sie altes Topfzeug zum Polterabend in einen Sack gesackt und schmeißen es ein paar mal auf, da wird ein recht Gekrache und ein Gelache. Da geht es leibhaftig zu, und da wird gesungen und getanzt auf dem Orte bis zum frühen Morgen. *) Brautfuder - wiano

18.03.2009

Muzeum Karkonoskie debatuje i się rozbudowuje (?)

Otrzymałem zaproszenie na "konferencję prasową" na temat losów roz- i przebudowy Muzeum Karkonoskiego. Jako, że instytucja podlega Urzędowi Marszałkowskiemu - "budowniczymi" będą Piotr Borys i Jerzy Pokój (Seydel, twórca muzeum, był przez pewien czas posłem do Reichstagu, więc wyższy był-ci rangą). Pora pogadanki ciut kiepska, bo pół godziny po południu (normalni ludzie pracują wóczas, albo przynajmniej udają), ale z pewnością będzie miło, szejkhendowo i optymistycznie. Czy skończy się znów na gadaniu...?
DYREKTOR MUZEUM KARKONOSKIEGO W JELENIEJ GÓRZE INSTYTUCJI KULTURY SAMORZĄDU WOJEWÓDZTWA DOLNOŚLĄSKIEGO
Gabriela Zawiła
zaprasza na konferencję prasową z udziałem Wicemarszałka Województwa Dolnośląskiego – Pana Piotra Borysa oraz Przewodniczącego Sejmiku Województwa Dolnośląskiego – Pana Jerzego Pokoja, która odbędzie się w dniu 20 marca 2009 w Siedzibie Głównej Muzeum Karkonoskiego, przy ul. Matejki 28, o godz. 12.30. Tematem spotkania będzie prezentacja koncepcji rozbudowy i modernizacji Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego dla Województwa Dolnośląskiego na lata 2007-2013.
Przedstawione zostaną również zadania, które otrzymały dofinansowanie w ramach Programów Operacyjnych Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w 2009 roku.
Zapraszam serdecznie! Gabriela Zawiła

Wanderer im Riesengebirge - ogłoszenia, inseraty


Przeglądam sobie od czasu do czasu stare zeszyty "Wanderera..." (co znajduje niekiedy również odbicie w zamieszczanych tu tekstach) i myślę sobie, że liczne teksty tam zamieszczane od końca XIX w. warte byłyby przetłumaczenia. Moje próby na tym blogu są "okazjonalne" - brak czasu i moc innych zajęć ("...bo bez kasy nie da się żyć...") powoduje, że nie jestem w stanie zabrać się do tego "na poważnie" (może na emeryturze - jeśli dożyję?). Niezwykle ciekawe (dla mnie) są reklamy i inseraty, które ukazywały się od około 1900 roku. Dzisiaj zamieszczam kilka próbek (z częściowym tłumaczeniem) z "Wanderera..." nr 11 z 1 listopada 1928 r.

"Neue Schlesische Baude" (Nowa Śląska Bouda) to dzisiejsze schronisko „Na Hali Szrenickiej”. Wówczas reklamowało się jako „nowoczesny dom z 200 łóżkami”. Były dwa numery telefonu (Szklarska Poręba 26 i 326), jeden z pewnością w mieście, a drugi w schronisku. Właścicielem był Heinrich Adolph.
„Schneegrubenbaude”, czyli schronisko „Śnieżne Kotły”, 1490 m nad poziomem morza. Właściciel: Alfred Teichmann, podany też jest telefon w Szklarskiej Porębie Górnej.
Reifträgerbaude, a więc schronisko „Na Szrenicy” na wysokości 1365 m (dzisiaj podaje się 1362 m). Otwarte latem i zimą. Właścicielami była rodzina Endler.
I jeszcze: Melzergrundbaude in Riesengebirge, a więc dzisiejsze schronisko „Nad Łomniczką” w Karkonoszach (żeby nikt nie zabłądził!), również otwarte latem i zimą. Dobra kuchnia. Przystępne ceny. Najpiękniejszy i najkrótszy szlak na Śnieżkę przez „Kocioł Łomniczki”. Właściciel: August Vogt.

Gościniec Karlsthal w Górach Izerskich – nie istniejący już „Gościniec na Orlu”. Centrum sportów zimowych – 20 łóżek w ogrzewanych pokojach. Stacja kolejowa Jakuszyce i Tkacze. Czas dojścia łatwą drogą 1 godz. 15 minut z każdej ze stacji. Dobra, mieszczańska gospoda. Uznane, najlepsze wyżywienie. Telefon i nazwisko właściciela: H. Schneider.
Max Schlicker informuje o swojej hurtowni win oraz winiarni (istniejące od 1895 r.) w Szklarskiej Porębie. Podaje wprawdzie numer telefonu, ale nie podaje adresu...
Katzenstein-Baude (Schronisko pod Kocierzą) niedaleko stacji kolejowej Jakuszyce, na skrzyżowaniu szlaków Szrenica – Świeradów Zdrój i Szklarska Poręba – Harrachov. Wspaniałe tereny do uprawiania sportów zimowych i treningu. 7 pokoi z ogrzewaniem centralnym. Własne źródło wody. Telefon i właściciel: A. Schmid.
Kolejny to: Hotel i pensjonat "Mariental" – a więc Marysin. Właściciel: E. Lambel – dobry, mieszczański dom z centralnym ogrzewaniem, światłem elektrycznym i garażami na automobile. Otwarty – oczywiście – przez cały rok, a wszystko to w Górnej Szklarskiej.
Następne ogłoszenie jest ze Świeradowa Zdroju: Hotel i pensjonat „Rübezahl” w Górach Izerskich. Garaże samochodowe i sprzęt do sportów zimowych – do dyspozycji gości. Obiekt „doskonale znany” i – jakże by inaczej – otwarty przez cały rok.
„Gebertbaude” leży tylko o 20 minut od stacji kolejowej „Huta Josephine”. Lubiany cel wycieczek, idylliczne położenie i czyste, pozbawiono kurzu powietrze (ten kurz nie bez kozery – dorożki i automobile wzniecały tumany kurzu). Obiady! Właścicielem jest pan Gerhard Adolph.
Teraz Karpacz: Hotel „Karpacz Górny Zdrój” (protoplasta „Gołębiewskiego”?), na wysokości 835 m, sławny dobry mieszczański dom, najlepsza lokalizacja. Ogrzewanie cyrkulacyjne – łazienki. Dostępne ceny. Duży, zacieniony ogród i garaże dla aut. Właściciel: Carl Schatz.
„Karczma Borowica” (Baberkretscham) na wysokości 670 m w Borowicach (Karkonosze). Idylliczne położona miejscowość letniego i zimowego wypoczynku. Pokoje z ogrzewaniem centralnym, światłem elektrycznym, ciepłą i zimną kuchnią o każdej porze dnia. Ceny dostępne, pisze właściciel, pan Georg Endler.
Ponownie Karpacz Górny i budynek, który niechybnie przestanie wkrótce istnieć: Hotel i pensjonat „Sanssousi” w Mostowej Górze-Wangu (dziś: Karpacz Górny, zaraz obok wjazdu na parking dla samochodów osobowych). Obiekt pierwszej kategorii, otwarty przez cały rok. Właściciel: J. Most.
I jeszcze pensjonat „Rosenburg” ("Różany zamek") w Przesiece. Tanie noclegi, dobrze wyposażone pokoje. Łazienka. Telefon: Sobieszów (pod Chojnikiem), numer 134, a właściciel: M. Exner.
A na koniec reklama-wezwanie:
Przybywajcie do Görlitz - nie na zakupy, ale na piwo!
Jednym słowem - przybywajcie w Karkonosze!
[Tak à propos "Wanderera...": za próbę jego kontynuacji uważam wydawany do niedawna przez Muzeum Karkonoskie w Jeleniej Górze "Skarbiec Ducha Góra". Niestety wydaje się, że idea "Skarbca..." upadła pod nowymi rządami w Muzeum, w zamian za to dostaliśmy medium nowoczesne, o którym raczyłem już wspominać tutaj - bloga muzealnego, pozycję wielkopomną, stwarzającą nowe perspektywy kulturalne i kulturowe, zajmującą i niezwykle dynamiczną. Kopernik miał rację (nawet, jeśli okazał się w końcu kobietą): zły pieniądz wypiera dobry...]
[Aktualizacja, 24.06.2010: Wspomniany wyżej beznadziejny i kompromitujący tę instytucję  blog Muzeum Karkonoskiego zniknął z sieci wraz z usunięciem z Muzeum jego autora, wicedyrektora z politycznego nadania. Zauważyłem to dopiero dzisiaj, bo niespieszno było mi śledzić owe wypociny.]
 

17.03.2009

"Pobite gary", czyli złamany talerz na Śnieżce

Dopisek z września 2009: Prace remontowe trwają

Dopisek z 19 marca
: Czesi "odtajnili" katastrofę budowlaną i pokazali zdjęcia
.
Dostało mi się od "Anonimowego" (opieprzać potrafią w zasadzie tylko "anonimowi") w komentarzu pod notką o "tąpnięciu na Śnieżce". Culpa może i moja, ale pisałem na gorąco, opierając się na informacjach z Muzycznego Radia i od znajomych GOPR-owców. A ponieważ dopiero dzień lub dwa później sejsmolodzy z Książa zdementowali możliwość trzęsienia ziemi - czuję się usprawiedliwiony choćby po części.
Nie zmienia to faktu, że pierdyknęło na Śnieżce - górny talerz stracił tarasik, dolny jest ponoć również uszkodzony. Wszystko za sprawą 2-metrowej warstwy zlodzonego śniegu, pokrywającego budynek. "Katastrofę odkryto podczas oględzin technicznych budynku. Inspekcja złożona z rzeczoznawców Politechniki Wrocławskiej i przedstawicieli Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej weszła na szczyt, by ocenić stan dysków po awarii, do której doszło w minionym tygodniu". Z oględzin wynika, że "prawdopodobnie dysk trzeba będzie całkowicie rozebrać i odtworzyć. Ale to można zrobić dopiero, gdy skończy się zima". A końca zimy, przynajmniej na Śnieżce, nie widać. "Zdaniem Piotra Krywki, który przez 10 lat był gospodarzem bufetu w budynku obserwatorium, stan techniczny obiektu był kiepski od wielu lat. - Remonty przeprowadzane przez IMGW ograniczały się do odmalowania ścian. W ostatnich latach w turystycznej części obiektu oszczędzano na ogrzewaniu. Jest ono w tym budynku drogie, bo elektryczne. Niedogrzane pomieszczenia szybko się zawilgacają. Nie usuwano też lodu i śniegu". (cytaty i zdjęcie z Gazety Wrocławskiej). KPN podjął decyzję o całkowitym zamknięciu szlaków prowadzących na Śnieżkę od strony śląskiej. Czesi raczej nie zabronią wejścia na swój najwyższy szczyt górski, bo odbiłoby się to niekorzystnie na wynikach ekonomicznych wyciągu. I jeszcze: fragment rozmowy w TVN24 (z filmikiem).

16.03.2009

Thomas Urban o niezrozumieniu (dla) Niemców

Czytam często (i chętnie) korespondencje Thomasa Urbana (nie mylić z Jerzym!) z Polski i o Polsce dla mediów niemieckich. Ciekawa to postać - urodzony w 1954 w "de-de-erze", znalazł się z rodzicami w 1955 r. w RFN. Studiował m. in. slawistykę, szmat czasu spędził w krajach bloku wschodniego. Od 1988 r. (z przerwami) jest korespondentem "Süddeutsche Zeitung" w Warszawie, w Polsce też znalazł żonę. Często nie zgadzam się z jego przekonaniami i poglądami, niemniej jednak nie sposób odmówić mu wnikliwego, choć bardzo subiektywnego (niemieckiego) spojrzenia na Polskę, z uwzględnieniem stosunków polsko-niemieckich, szczególnie tych międzyludzkich (nie zaś politycznych). W gazecie "Polska-Times" ukazał się jego tekst "Psychoza, która dzieli", w którym Urban kilka rzeczy prostuje, a kilka "nagina" - jego publicystyczne prawo. Mimo to artykuł wart jest lektury, nawet, jeśli kilka razy podniósł mi ciśnienie... nawet bardzo znacznie.
Psychoza, która dzieli
Niemcy nie rozumieją, dlaczego w Polsce projekt dokumentacji wypędzeń wywołał tak gwałtowne protesty. Polskie obawy, że doprowadzi do zafałszowania historii, są nieuzasadnione. Pokaże to wkrótce wystawa berlińskiej fundacji. Moi rodzice pochodzą z miasta Wrocławia (Breslau). Ojciec przed wojną należał do grupy młodzieży katolickiej, której członkowie mimo zakazu władz nazistowskich nadal spotykali się potajemnie. Gestapo aresztowało wielu z nich, w tym mojego ojca. Kilku członków tej grupy trafiło potem do obozu koncentracyjnego i tam zginęło. (O tej grupie przypomina dwujęzyczna tablica w kościele św. Ignacego Loyoli we Wrocławiu). Również rodzina matki trzymała się z dala od nazizmu. Jej ojciec był aktywnym członkiem katolickiego ruchu świeckich i stracił w roku 1933 swoje stanowisko w zarządzie miasta. W roku 1945 mój ojciec jako żołnierz dostał się do niewoli, na szczęście amerykańskiej. Ponieważ nie był członkiem partii, po kilku tygodniach mógł wrócić do domu. Tylko pytanie - dokąd? Drogę przez Odrę zagradzali polscy żołnierze. W końcu znalazł pracę w kopalni w sowieckiej strefie okupacyjnej w Saksonii. Ponieważ jako zaangażowany członek parafii katolickiej był "politycznie niepewny", nie mógł studiować, był też aresztowany przez Stasi. Mój ojciec potem często mówił o wojnie, od pierwszego do ostatniego dnia był żołnierzem w artylerii. Był też w Polsce we wrześniu roku 1939. Uczestnictwo w przestępczej wojnie pozostało dla niego wielką traumą na całe życie. Moja matka razem ze swoimi bliskimi latem 1945 roku opuściła Dolny Śląsk w bydlęcym wagonie. Od niej jako dziecko słyszałem nieraz gorzkie słowa o Polakach. Jednak moi rodzice ostatecznie pogodzili się ze swoim losem. Zrozumieli, że Niemcy muszą zapłacić cenę za wojnę, którą rozpętało nazistowskie kierownictwo, za wojnę, która przyniosła bezmiar cierpienia na całą Europę. Rodzice znaleźli oparcie w swojej wierze. A niemieckie kościoły katolicki i ewangelicki, nawet jeśli po wielu latach milczenia, uznały to za swoje zadanie, żeby pomóc ludziom przyjąć swój los. Oczywiście wypędzeni odnosili drugą połowę słynnych słów biskupów polskich z roku 1965 do siebie: "Przebaczamy i prosimy o wybaczenie!" Rzeczywiście polscy biskupi w liście do biskupów niemieckich pisali wprost o "niemieckich wypędzonych". Z dawnych niemieckich mieszkańców ziem na wschód od Odry i Nysy żyją dziś tylko ci, którzy wtedy byli dziećmi. Większość z nich szuka na koniec swego życia wewnętrznego pokoju. I należy do tego również pojednanie z Polską. Nie rozumieją, dlaczego w Polsce projekt dokumentacji wypędzeń wywołał tak gwałtowne wzburzenie. Również większość niemieckich polityków i publicystów uważa protesty z Polski za nieuzasadnione. Fundacja, która ma upamiętnić los wypędzonych, ma pomóc tym ostatnim przedstawicielom pokolenia wojennego, którzy należą do wielkich przegranych, godnie odejść do historii. Projekt ten popierany jest także przez niemiecki Kościół katolicki. Nie czyniłyby tego, gdyby był zdania, że ma on charakter antypolski i konfrontacyjny. Czy inaczej papież Benedykt XVI przesłałby pozdrowienie i błogosławieństwo związkowi wypędzonych z okazji Dnia Ojczyzny? To samo zrobił już wcześniej Jan Paweł II. Pierwotna koncepcja była też szansą dla Polaków, by pokazać los polskich wypędzonych. Ponieważ większość Niemców nie wie, że wypędzenia były także narzędziem terroru okupacyjnego, że również miliony Polaków zostały wypędzone i wysiedlone z Kraju Warty, z Zamojszczyzny, po Powstaniu Warszawskim, z Kresów. Ale Warszawa nie skorzystała z oferty zorganizowania stałej wystawy w samym centrum Berlina, która pokazałaby cierpienie Polaków pod okupacją niemiecką oraz podczas tak zwanej repatriacji. Gwałtowność polskich protestów przeciwko centrum budzi wśród Niemców zdziwienie i opór, skoro podstawowy argument polski brzmi: "Kat prezentuje się jako ofiara!". Ten argument budzi rozgoryczenie u wypędzonych, ponieważ byli to przecież starcy, kobiety i dzieci, a nie nazistowscy sprawcy. I oburza ich, ponieważ kategoria kolektywnej winy jest do głębi niechrześcijańska. W tym kontekście stawia się pytanie, czy Erika Steinbach, przewodnicząca Związku Wypędzonych (BdV), może być pociągnięta do odpowiedzialności za to, że urodziła się jako dziecko niemieckiego żołnierza okupanta w Polsce? Odpowiedź brzmi, że nie. Ale również oczywisty jest fakt, że ona jako "fałszywa wypędzona" jest mniej wiarogodna jako przewodnicząca tego związku. Jednak organizacja ta według swojego statutu reprezentuje też uciekinierów wojennych. A ona jako dziecko tułała się razem z matką i siostrą przez parę lat od jednego obozu dla uciekinierów do drugiego. Czy polskie obawy, że upamiętnianie losu byłych mieszkańców ziem na wschód od Odry i Nysy fałszuje historię, są uzasadnione? Sądzę, że nie. Nikt nie kwestionuje w Niemczech, abstrahując od skrajnych ugrupowań prawicowo-ekstremistycznych, że w sumie niemieccy okupanci wyrządzili Polakom po wielokroć większą krzywdę. Nie ma poważnych polityków i publicystów, którzy negowaliby związek pomiędzy terrorem okupacji niemieckiej a wypędzeniem Niemców po wojnie. Jako przykład niech posłuży tytuł telewizyjnego serialu, który obejrzało ponad 10 milionów Niemców. Nazywa się on po prostu: "Wypędzeni". Jego podtytuł brzmi bardzo wymownie: "Ostatnie ofiary Hitlera" - a nie, jak to brzmiało kiedyś, ofiary Polaków, Czechów, Rosjan. Również Erika Steinbach nie neguje tego oczywistego wniosku, mówi wprost: "Tak, wypędzeni byli ofiarami polityki Hitlera". Mało tego: zorganizowała w 2006 roku wystawę "Przymusowe drogi", która pokazywała również cierpienia wypędzonych polskich. Ciekawe były komentarze mediów niemieckich: podkreślały, że wystawa wyjaśnia niemieckim wypędzonym, że inne narody miały taki sam albo nawet cięższy los, na przykład Polacy deportowani na Syberię. Więc wystawa ta mitygowała nastroje w środowisku wypędzonych, czego prasa polska w ogóle nie zauważyła. W takim samym duchu pięć lat temu Steinbach zorganizowała konferencję o Powstaniu Warszawskim, które skończyło się nie tylko zniszczeniem miasta włącznie z kościołami, pałacami, bibliotekami, muzeami, teatrami, ale też wypędzeniem ludności. Wtedy profesor Władysław Bartoszewski ostro protestował przeciw tej konferencji: "Precz od Powstania Warszawskiego, ono jest święte dla Polaków." W Niemczech mało kto rozumiał ten protest. Skoro brutalne stłumienie powstania, związane z masowymi mordami ludności cywilnej, też jest kartą historii niemieckiej, jedną z najczarniejszych. Dlatego, tak argumentowano, stało się dobrze, że akurat Związek Wypędzonych, który przez dziesięciolecia oskarżał Polskę, teraz zajmuje się tragicznym losem Polaków pod okupacją. Politycy niemieccy argumentowali, że empatia jest psychologicznym warunkiem rezygnacji z roszczeń. Erika Steinbach powiedziała po tej konferencji: "Nie wolno nam domagać się od Polaków odszkodowań, bo byli oni ofiarami agresji niemieckiej." Nigdzie nie widziałem w prasie polskiej tego cytatu. Za to powtarza się ciągle, że chciała ona uzależnić przystąpienie Polski do Unii Europejskiej od uregulowania kwestii odszkodowań za mienie poniemieckie. W 1999 roku sam profesor Bartoszewski powiedział, że niczego nie trzeba się bać, bo chodzi ewidentnie o czystą retorykę skierowaną do betonu we własnych szeregach BdV. I faktycznie niedługo potem zaczęła ona walkę z Powiernictwem Pruskim, które żąda odszkodowań od Polski. Sądzę, że izolacja polityczna rewizjonistów w BdV przez Steinbach, która zresztą w Bundestagu głosowała za przyjęciem Polski do Unii, leży jak najbardziej w interesie Polaków. W polskich mediach powtarza się też, że w 1991 roku głosowała ona przeciw polsko - niemieckiemu traktatowi granicznemu. To prawda, ale jest również faktem, że BdV dwa lata później przestało kwestionować granicę. Rodzi się pytanie, dlaczego większość polskich publicystów długo nie chciała zauważyć tych fundamentalnych zmian w BdV. Dlaczego prowadzili tę debatę, jak gdyby chodziło o walkę o przetrwanie narodu? W krajach sąsiedzkich, nie tylko w Niemczech, prawie nikt nie rozumie, dlaczego Steinbach stała się wrogiem numer jeden. Czy argumenty, że jest córką podoficera w okupowanej Polsce, a dodatkowo często wyraża się niezbyt dyplomatycznie, mogą tłumaczyć reakcje w Polsce, które korespondent "New York Timesa" opisał jako histeryczne? Została ona zniesławiona w Polsce w sposób, który jest unikalny w europejskich krajach demokratycznych. Obserwatorzy zagraniczni pytają, dlaczego polskie społeczeństwo potrzebuje takiego monstrum, w jakie została ona przerobiona. Na to jednak społeczeństwo polskie samo musi znaleźć odpowiedź. Niewątpliwie emocje strony polskiej są w dużej mierze rezultatem fałszywych przesłanek i braku informacji. Psychoza steinbachiensis, jak to nazwał pewien profesor i poseł krakowski, jest więc też wskaźnikiem głębokiego kryzysu mediów polskich. W tym kontekście chciałbym tylko podkreślić, że obrona honoru ojczyzny i dyskredytowanie przedstawicieli innych poglądów w debacie historycznej na pewno nie należą do zadań dziennikarza w społeczeństwie demokratycznym. Podstawą debaty mogą być tylko rzetelne przedstawienie faktów oraz ich analiza i komentowanie. Co gorsza, polskie emocje - i to w oczach Polaków jest gorzkie i niesprawiedliwe - są chyba przez większość Niemców widziane jako wyraz nieczystego sumienia Polaków. Wysuwa się pod ich adresem podejrzenie, że z jednej strony nie chcą uznać wysiłków Niemców o rozliczenie z przeszłością, a z drugiej chcą przemilczeć mroczne rozdziały własnej historii. Ponieważ wypędzenie z całą swoją brutalnością miało po prostu miejsce. Podsumowując przebieg konfrontacji politycznej ostatnich tygodni, trzeba niestety powiedzieć: sposób, w który przedstawiciele Warszawy walczyli o odsunięcie Eriki Steinbach z rady berlińskiej fundacji "Ucieczki, Wypędzenie, Pojednanie", nie został uznany przez media i władze niemieckie. Profesor Bartoszewski, od wielu lat szanowany i lubiany przez Niemców, był ostro krytykowany za niewłaściwe słownictwo wobec Eriki Steinbach nie tylko przez największe gazety, ale też przez przewodniczącego Bundestagu chadeka Norberta Lammerta, wielkiego przyjaciela Polski, oraz rzecznika rządu. Korespondenci i dyplomaci zagraniczni w Warszawie odebrali jako rzecz całkiem groteskową fakt, że prezydent i rząd kraju liczącego prawie 40 milionów mieszkańców prowadzą ostrą walkę o obsadę jednego miejsca w trzeciorzędnym gremium w kraju sąsiedzkim. Jak wyjść z tej sytuacji? Nie ma w tej sprawie dużego pola manewru. Czekać i zobaczyć, jak rozwinie się stała wystawa fundacji berlińskiej. Mogę się założyć, że nie będzie zawierała żadnego elementu antypolskiego. I tak miało być od samego początku. Więc cały spór, który niestety rzucił cień na reputację Polski w Niemczech, był zupełnie niepotrzebny.
Nie zgadzam się z "tezami" Urbana z powyższego tekstu, liczne z nich są po prostu trudne do strawienia dla mnie, mieszkańca Dolnego Śląska. Dla równowagi przypomnę, co powiedział o T. Urbanie jego niemiecki kolega po piórze: "Kreowanie się na dyżurnego niemieckiego męczennika w Polsce z siedzibą w Konstancinie jest niepoważne. Standardy dobrego dziennikarstwa są ponadnarodowe. Łamanie ich zdarza się w każdym kraju. Przez niemieckich dziennikarzy też".
Odpowiedzią z "prawej strony" na przemyślenia Thomasa jest także wpis pt. "Thomas Urban psychiatryzuje krytyków swojego systemu". Polecam lekturę wszystkich tekstów.

15.03.2009

Rogate sanie dojechały do mety

Na starcie ósmego międzynarodowego zjazdu saniami rogatymi stanęło 91 załóg z Polski i zza granicy. W tegorocznej zabawie udział wzięła bardzo liczna ekipa ze Słowacji. - O naszej imprezie dowiedzieli się ze strony internetowej Malej Upy, która jest miastem partnerskim słowackiego Brezna – wyjaśnia burmistrz Kowar, Mirosław Górecki – Zgłosili się i przyjechali dwoma busami razem z Czechami z Upy. Razem aż dziesięć załóg. Okazali się rewelacją zjazdu. Przywieźli ze sobą sanie innego typu niż te używane przez Czechów i Polaków, które w mokrym i grząskim śniegu radziły sobie zdecydowanie lepiej od naszych, między innymi dzięki szerokim płozom i właściwemu smarowaniu. W kategorii „Open” wygrała załoga w składzie Pawel Kucera i Vladimir Dekert, drugie miejsce zajęli: Milan Kamenski i Tomasz Kulis natomiast Peter Trajter i Vladimir Petrik zdobyli trzecią pozycję. W kategorii pań najlepsze okazały się: Agnieszka Orlik i Łucja Kulik, przebrana za dziewczynki. W kategorii samorządowców zwyciężyła ekipa Szklarskiej Poręby w składzie: Jerzy i Jadwiga Horyczyńscy. Niewątpliwie cieszy coraz liczniejszy udział załóg z Kowar: wystartowało trzydzieści ekip w tym liczna ekipa „Kowarskich Wełniaków” jednolicie przebranych w białe stroje, ozdobione kolorowymi wełnianymi nićmi. Więcej zdjęć --> TU.

Biblioteka hrabiowskiego rodu Schaffgotschów w Cieplicach

Cały tekst znajduje się TU (tłumaczenie przed korektą) Za założyciela dzisiejszej, liczącej 80.000 woluminów biblioteki rodowej Schaffgotschów należy uważać hrabiego Hansa Antona Schaffgotscha (ur. w 1675 r., zm. w 1742 r.). Jednak już w XVI w. w podgórzyńskim Domu Urzędowym (budynku administracyjnym) istniała biblioteka, wymieniana okazjonalnie w zapisach testamentalnych, o której jednak nigdzie nie napisano nic bliższego. Do owej biblioteki hrabia Hans Anton Schaffgotsch przekazywał wszelkie książki, jakie wpadły mu w ręce. Wprowadził własny ekslibris, który sygnuje do dziś niezliczoną ilość wydawnictw przez niego nabytych. Niejednokrotnie noszą one jego własnoręczny podpis. Gdy w 1674 r. zamek Chojnik wskutek uderzenia pioruna zamienił się w ruinę, dyrekcja administracyjna przeniesiona została do „mieszkań folwarcznych właścicieli ziemskich” w Sobieszowie (Hermsdorf). Jednak lokalizacja ta okazała się zbyt mała dla rozbudowanej administracji, tak więc w 1706 r. położono kamień węgielny pod nowy budynek administracyjny, dzisiejszy „pałac”, siedzibę zarządu dóbr hrabiowskiego rodu Schaffgotschów. Do tego właśnie budynku, na jego drugie piętro hrabia Hans Anton kazał przenieść w 1716 r. bibliotekę z Podgórzyna a także swoją bibliotekę prywatną, która była mu niezbędna przy pełnieniu funkcji dyrektora Wyższego Urzędu (Oberamt) na Śląsku; i umieścić je w jednej większej sali i czterech mniejszych pokojach. Hrabiemu Hansowi Antonowi zależało na stworzeniu podwalin pod bibliotekę, do której urządzenia zatrudnił fachowców kierujących pracami wnętrzarskimi i pracujących przy katalogizacji zbiorów. […] Za czasów Johanna Carla Neumanna rozpoczęto katalogizację zbiorów, choć bardzo fragmentaryczną. Jestem w posiadaniu książeczki z 1738 r. pod tytułem „Catalogus Bibliothecae Schafgotschianae. In Hermsdorf”. Na 86 stronach spisano książki podług ich objętości. Powoduje to zaskakujący bałagan, o ile szuka się danych o treści książek, których ilość dzięki gorliwemu kolekcjonowaniu urosła do 1000. Johann Carl Neumann, bibliotekarz hrabiowskiej biblioteki rodowej Schaffgotschów, zmarł 26 stycznia 1741 r. wskutek wylewu. […] Rzućmy okiem, jak wyglądała w owych czasach biblioteka. Nad wejściem widniała inskrypcja: „Postquam per quinque fere Scula in hisce Alpestribus Oris longa sede sedisset perauntiqua Schafiorum Gens tandem et Musis haud inamoenam sedem hic fixit Johannes Antonius Schaf-Gotsche dictus Anno M. D. C. C. XVI”. Książki, „przeważnie oprawne w drogocenny safian lub na sposób francuski”, uporządkowane zostały w taki sposób, że w pierwszej sali znalazła się filozofia, historia kościoła, teologia i historia powszechna, w drugiej – prawo, w trzeciej literatura, a w czwartej wszystko to z teologii i historii, co nie znalazło miejsca w sali pierwszej. Jak już wspomniano, w 1738 r. podjęto próbę skatalogowania zbiorów bibliotecznych, wprawdzie jedynie jako części „Nowości naukowych Śląska”. Z różnych przekazów wiemy, że w 1741 r. postanowiono ostatecznie o wydaniu u Johanna Jakoba Korna we Wrocławiu katalogu biblioteki. Skończyło się jednak tylko na pomyśle. Zawierucha wojenna, śmierć Johanna Carla Neumanna, a później hrabiego Hansa Antona Schaffgotscha (19 marca 1742 r.) przerwały przygotowania, a w końcu zarzucono całkowicie ów zamiar. Dla rodu Schaffgotschów nastały niespokojne czasy, które przyniosła wojna. Sobieszów i inne dobra przejęte zostały przez administrację państwową. Hrabia Carl Schaffgotsch najchętniej przebywał w Pradze, książę Philipp Gotthard Schaffgotsch, arcybiskup wrocławski, zamieszkał w swojej posiadłości koronnej (letniej siedzibie biskupów wrocławskich) na zamku Johannesberg (Jánský Vrch), na austriackim Śląsku. Gdy majątek objął hrabia Johann Nepomuk, musiał poświęcić wszelkie swoje siły na przywrócenie porządku w swoich dobrach. […] Biblioteka istniała więc, lecz nie przykładano do niej większej wagi, nie była także odwiedzana przez czytelników. Hrabiowski dyrektor naczelny Göttlicher z Sobieszowa, którego okazały pomnik w formie obelisku znajduje się na katolickim cmentarzu w Sobieszowie, posiadał klucze do biblioteki i do gabinetu monet, zbioru liczącego kilkaset rzadkich okazów w złocie, srebrze, miedzi i cynku oraz duża liczbę medali. Czasami uchylano drzwi do biblioteki przed naukowcami, którzy odwiedzali ją w celach badawczych. Zwykle właśnie przy takich okazjach wyrażany był wielki zachwyt. Największym jej miłośnikiem był jeleniogórski lekarz Kaspar Gottlieb Lindner. Inni chwalili jej bogactwo, wspaniały porządek oraz jej właścicieli. Raymund Duellius*, który odwiedził ją podczas swoich peregrynacji, określił ją praestantissimam bibliothecam. Francuz L’Enfant, który przybył na Śląsk, by prowadzić źródłowe studia na temat wojen husyckich, odwiedził również tę bibliotekę, znalazł dużo materiałów i nazwał ją z wdzięcznością la belle Bibliotheque. […] Na początku XIX w., gdy głową rodu został hrabia Leopold Gotthard Schaffgotsch, ponownie zainteresowano się biblioteką. Sam właściciel zrozumiał, że najwyższy czas przekazać ją w fachowe ręce, jeżeli ma zostać zachowana dla potomnych. […] Postanowiono wówczas powiększyć ją i poszerzyć. W 1818 r. hrabia Schaffgotsch zakupił od radcy dworskiego doktora Hausleuthnera z Jeleniej Góry jego wspaniały zbiór złotych i srebrnych monet. W 1819 r. właściciel biblioteki za 12.000 talarów nabył księgarnię i kolekcję naturaliów księgarza Siegerta z Legnicy. Podobnie w 1831 r. przejął od wdowy po dyrektorze rentowym Ringehlhannie jego wartościowe medale. Po doprowadzeniu biblioteki do takiego stanu, że możliwe stało się pokazanie jej szerokiej publiczności, jeden z wyższych urzędników administracji otrzymał zezwolenie na oprowadzanie zwiedzających w określone dni. Surowo zakazano jednak wypożyczania książek. W 1833 r. hrabia Leopold Schaffgotsch postanowił o przeniesieniu biblioteki z Sobieszowa do Cieplic, a mianowicie na górne, opustoszałe piętra probostwa, które hrabia Schaffgotsch odkupił od państwa w 1810 r. Po znaczącej przebudowie cenne skarby przeniesione zostały do Cieplic i wystawione w przygotowanych pomieszczeniach pod kierownictwem profesora doktora Kutzena z Wrocławia. 1 lipca 1834 r. biblioteka została otwarta. […] W lutym 1840 r. nad biblioteką zawisło niebezpieczeństwo pożaru. Potężny ogień, który wybuchł w majątku Hielschera przenosił się z wiatrem w kierunku kościoła i probostwa. Spłonął dach, ogniem zajęły się parapety i podłogi, aż w ostatniej chwili opanowano pożar. W 1842 r. ukończono prace remontowe. […] Urządzono wspaniałą wystawę oręża, która stanowi dzisiaj magnes, przyciągający zwiedzających. Również zbiory przyrodnicze, minerałów, monet i medali, które poszerzane były przez okazjonalne zakupy, zostały wyeksponowane w sposób fachowy i przejrzysty. Gdy w latach 60-tych ubiegłego (XIX) wieku biblioteka liczyła 50.000 woluminów, to w naszych czasach ich liczba wzrosła do 80.000. Bardzo korzystne dla biblioteki było powołanie na jej kierownika przez hrabiego Schaffgotscha w 1841 r. kustosza Królewskiej Biblioteki Uniwersyteckiej we Wrocławiu, Wilhelma Burghardta. Był to uczony, pracowity człowiek, który zresztą odnalazł w archiwach obie „Deklaracje Pilzneńskie” z 12 i 20 lutego 1634 r., których podpisanie kosztowało Hansa Ulricha Schaffgotscha głowę, a które stanowią największy skarb biblioteki. Przez 30 lat kierowania biblioteką uczynił on dla niej bardzo wiele, a jego dzieło byłoby jeszcze większe, gdyby w pracy nie przeszkadzały mu liczne urzędy, jakie sprawował ubocznie. […] Biblioteka rodowa w Cieplicach, którą obecnie kieruje dr phil. Schuler, oferuje badaczom naukowym bogate skarby. Zawiera dzieła z zakresu teologii, nauk prawnych, historii i przyrody, a także z innych dziedzin nauki, niejednokrotnie wydawane w niewielkich nakładach. I tak w bibliotece znajduje sie czwarta niemiecka Biblia z 1470 r., a także z roku 1483 i 1487; wrocławski missale (Mszał) z 1505 r. itd. Spośród dzieł historycznych godne wymienienia jest „Napoleons Feldzug nach Ägypten” („Kampania napoleońska w Egipcie”) w 29 tomach, częściowo w formacie folio. Jako dar od Fryderyka Wilhelma IV biblioteka otrzymała wszystkie dzieła Fryderyka II, a także sprawozdanie księcia Waldemara z podróży do Indii. Wspaniałe zbiory miedziorytów autorstwa starych mistrzów stanowią ozdobę biblioteki.
Za "Wanderer im Riesengebirge", rok 1914

13.03.2009

Orle zaprasza serdecznie za tydzień

21 marca wydarzenie na Orlu doroczne: Bieg Retro połączony z Biegiem Izerskim. Wejście na stronę Towarzystwa Izerskiego poprzez zdjęcia. Życzmy sobie pięknej pogody!

12.03.2009

Śnieżka zadrżała - tektonicznie

Królowa Karkonoszy najwyraźniej się zeźliła - dzisiaj po południu z powodu dość wyraźnych i odczuwalnych ruchów tektonicznych ewakuowana została załoga obserwatorium meteo na samym jej szczycie. Maciek Abramowicz, szef Karkonoskiej Grupy GOPR, poinformował, że konstrukcja budynku nie została najprawdopodobniej uszkodzony. Wstrząsy odczuwane były już w środę. Pojawiły się pęknięcia ścian. Jednak na konstrukcje budynku może mieć również wpływ jego silne oblodzenie.
̂°°°°°
"IMGW liczy na to, że Karkonoski Park Narodowy w porozumieniu ze swoim czeskim odpowiednikiem zamknie szlak turystyczny prowadzący na szczyt Śnieżki, aby uniknąć ewentualnego zagrożenia dla turystów".
Dopisek z 13 marca:
Na stronie KPN-u już jest
Zamknięty szlak czerwony na Śnieżkę data dodania: 13 Mar. 2009
UWAGA!!! Ze względów bezpieczeństwa zamyka się do odwołania wejście na Śnieżkę szlakiem czerwonym od Czarnego Grzbietu i Domu Śląskiego.

W Muzeum Karkonoskim nieoczekiwana zmiana dyrektora...???

Ze zdumieniem przeczytałem krótką notatkę w notatce na portalu Górnego Palatynatu z miasteczka Weiden. Oto od 18 lat organizowane tam są "Bawarsko-Czeskie Dni Kultury i Gospodarki". W tym roku w imprezie wzięła udział (jak przypuszczam - w charakterze gościa honorowego) "polsko-niemiecka rodzina artystów w szkle, państwo Borowscy" (to cytat). Zapytacie, co w tym dziwnego? Otóż, dziwne jest następne zdanie:
So war es nur konsequent, dass Dr. Stefania Zelasko, Direktorin des Schlesischen Museums Jelenia Góra in Polen, die Künstler würdigte.
które pozwolę sobie przetłumaczyć:
"Tak więc było naturalną konsekwencją, że pani doktor Stefania Żelasko, dyrektor Muzeum Śląskiego w Jeleniej Górze w Polsce, oddała artystom należną im cześć".
Trochę się po naszych dolnośląskich muzeach "kręcę", obserwowałem ubiegłoroczą karuzelę stanowisk, nie omieszkałem odnieść się do niej. A tu taka niespodzianka! Oto mamy w Jeleniej Górze jakieś utajnione Muzeum Śląskie (na myśl mi przychodzą dwie możliwości: albo to filia Mariusza Hermansdorfera i jego Muzeum Narodowego we Wrocławiu, które niegdyś nazywało się Muzeum Śląskim, albo... dr Marcus Bauer otworzył przedstawicielstwo swojej intytucji, zwanej Schlesisches Museum zu Görlitz), którego dyrektorem jest - jak wynika z notatki - pani doktor Stefania Żelasko*)...! A może chodzi tu o Muzeum Karkonoskie w Jeleniej Górze...? Jeżeli tak - to zmiany na stanowisku dyrektora następują tam szybciej, niż zmieniaja się pory roku...! I to całkiem niezauważalnie! Mam wrażenie, że najbezpieczniejszą posadą w tych rozchwianych czasach jest stanowisko wicedyrektora, chociażby we wspomnianym Muzeum Karkonoskim: nadanie partyjne zapewnia błogi spokój, pensyjka nielicha, jak na jeleniogórskie warunki, totalne nieróbstwo, a jeśli już jakieś działania, to tak genialne, jak np. "blog" muzealny, czyli... przepisywanie informacji ze strony internetowej Muzeum Karkonoskiego i umieszczanie ich na nowej stronie. Nawet nie ma na tym pożal się Boże "blogu" możliwości komentowania (nie dziwię się, autor zebrałby niezłe "joby"). Brak elementarnej wiedzy o muzealnictwie, doświadczenia zawodowego, czy najzwyklejszego obycia nie jest przeszkodą, by z ramienia i na czele piastować to stanowisko!
°°°
Że też ja do żadnej partii nie należę..., ani nie sympatyzuję...! No, może poza partią Ducha Gór, ale ona niepolityczna jakoś... Idę więc z pieskiem na spacer, może spotkam mojego "Szefa", pana Karkonosza in personam, to mu się poskarżę...
°°°
*) Pani doktor sama pisze o sobie skromnie: "Dr Stefania Żelasko jest kustoszem w Dziale Szkła Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze i jednym z najwybitniejszych w Europie specjalistów zajmujących się szkłem artystycznym i technologią jego wytwarzania".

Flagi

free counters