21.02.2009

Kulturalne bagienko Obrębalskiego i spółki

Nie jestem fachowcem od teatru, nie lubię teatru (wstyd się przyznać? Chyba nie, wstyd raczej udawać, że jest się wielkim znawcą - jak pan pRezydent O.). Natomiast coraz bardziej irytuje mnie koteria jeleniogórska, której wydaje się przewodzić pan pRezydent - zresztą kolejny już, z tym że zmienia się sitwa. Po wielu miesiącach batalii o Wojtka Klemma (szacuneczek!), brudnych podchodów i podkładania sobie świń - dalej sprawa brzydko pachnie. Pozwolę sobie in extenso przytoczyć artykuł z Wyborczej na ten temat - bez komentarza, bo ten zdaje się być zbyteczny. No, a podczas przyszłych wyborów samorzadowych może wreszcie warto zrezygnować z głosowania na listy partyjne, może warto zachęcić fachowców do przejęcia sterów w Ratuszu - najlepiej takich fachowców spoza Jeleniej Góry... Prezydent wybieralny, ale na kontrakcie menedżerskim.
Sposób, w jakim dokonuje się zmiana dyrekcji teatru w Jeleniej Górze, to precedens niebezpieczny, bo może podsunąć władzom lokalnym narzędzia i pomysły, jak cenzurować sztukę i promować "swoich ludzi" Dolny Śląsk to polskie epicentrum napięć na linii władza - artyści. Gwałtowne spory (ocierające się nawet o sąd) toczyły się wokół Teatru Modrzejewskiej w Legnicy i Teatru Polskiego we Wrocławiu. Kolejny ma miejsce w Jeleniej Górze. 27 stycznia radni gminy dokonali poprawek w statucie tamtejszego teatru. W ich wyniku zmienił się m.in. udział władz gminy w radzie artystycznej: dotychczas prezydent miasta miał w niej dwóch przedstawicieli, teraz może mieć ich zarówno prezydent, jak i rada miejska (po skreśleniu słówka "dwóch", nie wiadomo ilu: po jednym? po szesnastu?). Zlikwidowany został podział na dyrektora naczelnego (p.o. dyrektora jest na dziś Ryszard Pałac) i artystycznego (Wojciech Klemm). Jeśli do 27 lutego marszałek dolnośląski nie zakwestionuje tego pomysłu, teatr będzie zarządzany jednoosobowo. Taka praktyka sprawdza się m.in. w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku, legnickiej Modrzejewskiej, wrocławskim Współczesnym. Na czym więc polega problem? Chodzi o warunki stawiane nowemu dyrektorowi, przede wszystkim zaś - o moment, w którym dokonały się zmiany. 1 stycznia Teatr Jeleniogórski, Scena Animacji i Dramatyczna im. Cypriana Kamila Norwida został podzielony na dwa ośrodki. Zlikwidowano funkcjonujący od 2002 r. sztuczny konglomerat teatru lalkowego i dramatycznego. Wojciech Klemm pozostał na stanowisku dyrektora artystycznego sceny dramatycznej. Prezydent miasta Marek Obrębalski (PO) ogłosił konkurs na dyrektora naczelnego. Poszukiwano specjalisty o wykształceniu menedżerskim i humanistycznym, z pięcioletnim doświadczeniem kierowniczym. Jednak na skutek decyzji rady menedżer pokieruje nie tylko sprawami finansowymi, ale też całym teatrem. Ta korekta eliminuje z udziału w konkursie Klemma, za którego dyrekcji scena jeleniogórska stała się jednym z ciekawszych centrów artystycznych w kraju. W dodatku prawo zadziałało tu wstecz. Warunki konkursu zmieniono już po jego rozpisaniu (!!!!!!!!!! - wykrzykniki moje - krkonos). - To niezręczność, a nie niezgodność z prawem - mówi Hubert Papaj, przewodniczący rady miejskiej Jeleniej Góry. - A zmiany były konieczne, by przerwać ciąg animozji między dyrektorami. By ktoś wziął jednoosobową odpowiedzialność za teatr, który w obecnej formule nie funkcjonował zgodnie z naszymi nadziejami. Radni od dawna nie kryli niechęci do linii programowej Klemma (!!!!!! - jak wyżej, radni, k... teatromany!). Spektakle Michała Zadary, Natalii Korczakowskiej, Łukasza Kosa, Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki nie trafiały w ich gust (większość przyznaje, że żadnego z nich nie widziała, "ale słyszeli " !!!!!!!!!! jak wyżej - na badanie słuchu, pajace!). Wiele wskazuje też na to, że nie trafiły do przekonania mieszkańcom miasta. Frekwencja spadła, bo w Jeleniej Górze, gdzie brak środowiska akademickiego, nie ma publiczności dla teatru, który eksperymentuje, włącza się w nurt globalnych dyskusji politycznych i artystycznych. Rada miejska jako organ założycielski teatru ma prawo oczekiwać, że będzie on dostosowany do lokalnych warunków. Ale dlaczego zamiast otwarcie sformułować zarzuty, majstruje przy przepisach, zamiast dyskutować, kreuje atmosferę walki z "samozwańczym guru"? W liście otwartym do artystów protestujących przeciwko zmianom w statucie radny Jerzy Lenard (PO) pisał m.in.: "Jeżeli chcecie tworzyć swoje wizje z wymiocinami, ekskrementami i wulgaryzmami, to róbcie je, proszę, gdzie indziej i za własne pieniądze". Wymiocin i ekskrementów nigdy na scenie nie było. Na argument, że spektakle są wysoko oceniane w prasie ogólnopolskiej, radny odpowiadał: "Może niektórzy zainteresowaliby się, w jaki sposób część z tych recenzji powstaje?". Aktorom odpisał: "Państwo jesteście tylko i aż, ale jednak pracownikami tej jednostki. Nie jesteście współudziałowcami, którzy mieliby prawo do współdecydowania o zasadach funkcjonowania". Radnym wtóruje lokalny tabloid internetowy www.jelonka.com. Buduje wizję "krnąbrni pseudoartyści" kontra "przywracający normalność i porządek urzędnicy". Gdy Klemm został kilka miesięcy temu pobity przed teatrem przez trójkę napastników, portal pisał, że to on wszczyna burdy. Na forum tabloidu Klemma i broniącego go Krystiana Lupę (który w Jeleniej Górze realizował swoje pierwsze ważne spektakle) nazywa się żydowsko-homoseksualnym lobby. Klemm dostał od prezydenta miasta polecenie zlikwidowania działającego przy teatrze klubu "Krytyki Politycznej". Wymusili to na prezydencie SLD-owscy radni, którzy uważają "KP" za "organizację trockistowską". A p.o. dyrektora naczelnego zabronił aktorom protestów na terenie teatru. Wojciech Klemm nie jest pierwszym dyrektorem teatru, którego chcą się pozbyć władze samorządowe. W 2006 roku z gdańskiego Teatru Wybrzeże musiał odejść Maciej Nowak oskarżany przez marszałka Pomorza Jana Kozłowskiego (PO) o zadłużenie teatru na kwotę 1 mln zł. Co prawda Nowakowi udało się zredukować dług do 200 tys. zł, marszałek jednak decyzji nie cofnął. Doniósł za to na dyrektora do prokuratury, która po roku umorzyła dochodzenie. W Legnicy prezydent z SLD Tadeusz Krzakowski prowadzi od lat wojnę z dyrektorem Teatru im. Modrzejewskiej Jackiem Głombem. Najpierw zarzucał mu, że teatr za mało zarabia. Potem nasłał komornika, który zablokował konto teatru pod pretekstem niespłaconego długu z połowy lat 90. A kiedy dyrektor zorganizował w proteście satyryczny happening, straż miejska podała Głomba do sądu grodzkiego. Ten uniewinnił dyrektora. Również prokuratura nie dała wiary doniesieniom prezydenta i tak jak w Gdańsku umorzyła postępowanie. We Wrocławiu zarząd województwa dolnośląskiego już dwukrotnie próbował usunąć Krzysztofa Mieszkowskiego, dyrektora Teatru Polskiego. Urzędnicy zarzucali mu spowodowanie straty 1,4 mln zł, przemilczając, że z tej kwoty 820 mln zł to amortyzacja budynku. Wśród zarzutów znalazł się zakup do spektaklu markowego biustonosza za 80 zł oraz brak numeracji na egzemplarzu reżyserskim jednej ze sztuk. Gdyby nie pomoc ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego i głos środowisk artystycznych (m.in. Jerzy Jarocki i Krystian Lupa), Mieszkowski nie utrzymałby się na stanowisku. Wszędzie zarzutom finansowym towarzyszyła mniej lub bardziej jawna krytyka założeń programowych, nowych środków wyrazu i współczesnej dramaturgii. I tak w Gdańsku zarzucano Nowakowi, że wystawia za mało klasyki, gdy tymczasem to właśnie realizacje klasyki były jego specjalnością ("H." wg "Hamleta", "Fantazy", "Wesele", "Tytus Andronicus"). W Legnicy prezydent miał pretensje, że teatr zbyt często gra w przestrzeni miasta. Krzysztofowi Mieszkowskiemu zarzucano, że uprawia teatr jednego, młodego pokolenia, chociaż zaprosił także do współpracy Krystiana Lupę. Trzeba przyznać, że część winy za konflikty wokół teatrów ponoszą sami twórcy. Niektórzy w niefrasobliwy sposób przekraczali budżety, licząc na zwiększenie dotacji. Jednak główna odpowiedzialność spada na lokalnych polityków i urzędników od kultury. Nie ma znaczenia, czy należą do SLD, PO czy LiD, czy wyznają liberalizm, czy są zwolennikami silnego państwa. Ich polityka wobec teatru jest równie chaotyczna, co anachroniczna. Nie potrafią zdefiniować miejsca teatru w nowoczesnym społeczeństwie, a co za tym idzie - wyposażyć go w odpowiednie środki finansowe. Teatr dla wielu z nich sprowadza się do edukacji i mieszczańskiej rozrywki. Marszałek Pomorza Jan Kozłowski zapytany o to, co jego zdaniem powinien grać teatr, odpowiedział ogólnikowo, że klasykę. Z kolei radni z Jeleniej Góry ubolewali, że do miejscowego teatru nie przychodzą szkoły. Samorządowcy nie dostrzegają w teatrze instytucji modernizacyjnej, która inicjuje zmiany poprzez podejmowanie ryzykownych tematów i eksperymenty z nowymi formami. Powtarzają za ultrasami liberalizmu, że eksperymenty artyści mogą sobie uprawiać za prywatne pieniądze. Zaprzeczają w ten sposób misji publicznej kultury polegającej właśnie na ochronie zjawisk niekomercyjnych, trudnych, wymagających. Gdyby radni Wiklik, Lenard i Papaj (proszę, byście łaskawie zapamiętali te nazwiska... psuje i pieczeniarze: jeden "tramwajarz", jeden "elektryk wodny z fuchą prezesa" i jeden "doradca szczerze odradzany") rządzili w Jeleniej Górze w latach 70., nie byłoby fenomenu Krystiana Lupy, który właśnie w jeleniogórskim teatrze z grupą aktorów tworzył swoje pierwsze przedstawienia. Zamiast myśleć kategoriami społecznymi, lokalni politycy traktują teatry jak przedsiębiorstwa. Ich bożkiem jest frekwencja, jakby chodziło o prywatne teatry na Broadwayu, a nie o jedyne często instytucje wysokiej kultury w mieście. Najchętniej w roli dyrektorów widzieliby gwiazdy znane z telewizji i filmu. Alternatywą dla Mieszkowskiego miał być Zbigniew Zapasiewicz, wcześniej dyrekcję Teatru Polskiego proponowano Wojciechowi Pszoniakowi i Andrzejowi Sewerynowi. Na dodatek urzędnicy nie znają specyfiki pracy teatralnej, o czym świadczą próby usuwania dyrektorów w połowie sezonu lub powoływanie nowych we wrześniu, kiedy reżyserzy mają zapełnione kalendarze. Wszystko to powoduje paraliż i chaos w zespołach, którego byliśmy świadkami w Gdańsku, Legnicy, we Wrocławiu, a wcześniej w Łodzi. Traci na tym nie tylko teatr, traci też wizerunek miast budowany dzisiaj w dużej mierze na kulturze. Jelenia Góra dzięki dyrekcji Wojtka Klemma przypomniała o swoim istnieniu na kulturalnej mapie kraju. Legnica dzięki teatrowi Jacka Głomba awansowała na jeden z najważniejszych ośrodków teatralnych, z własnym festiwalem i transmisjami spektakli w TVP Kultura. We Wrocławiu, który całą swoją strategię promocyjną buduje na kulturze, awantura o Teatr Polski rozpętana przez wojewódzkich urzędników psuje robotę, jaką wykonuje prezydent miasta Rafał Dutkiewicz. Oczywiście są wyjątki. Kiedy niedawno Paweł Łysak, dyrektor bydgoskiego teatru, zdobył Paszport "Polityki" za swoją innowacyjną działalność teatralną, prezydent Bydgoszczy Konstanty Dombrowicz opublikował w największych dziennikach ogłoszenia z gratulacjami. Wicemarszałek Piotr Borys odpowiedzialny za kulturę na Dolnym Śląsku milczał, kiedy Teatr Polski zdobywał kolejne nagrody. Dopiero kiedy "Danton" Jana Klaty został spektaklem roku 2008, a wrocławska scena znalazła się w czołówce rankingów, wydusił z siebie, że... dobrze ocenia teatr Mieszkowskiego. Awantury wokół teatrów są argumentem przeciwko decentralizacji państwa. Pojawiają się głosy, że oddanie samorządom teatrów w latach 90. było błędem. To powinien być dzwonek alarmowy, szczególnie dla Platformy Obywatelskiej, która swój program opiera przecież na idei decentralizacji. Tymczasem to właśnie lokalni politycy Platformy psują kolejne teatry w Gdańsku, Jeleniej Górze, we Wrocławiu, dając przykład innym. To paradoks, że partia, która wygrała ostatnie wybory dzięki głosom młodych, wykształconych Polaków, zwalcza teraz teatr, który jest głosem tej generacji. Joanna Derkaczew

20.02.2009

Tragedia? Niedopatrzenie? Polskie piekło? A może tylko sport zawodowy...

Nie żyje Kamila Skolimowska. 26 lat. Mistrzyni Olimpijska. Dziewczyna. Dzisiaj wyniki autopsji. W prasie huczy (i słusznie!). W sercach żal. Lech zagrał z czarnymi opaskami na ramionach, odwołano niektóre zabawy. "To skandal, że na zgrupowaniu nie było lekarza lub nie zapewniono opieki lekarskiej" - mówi lekarz olimpijskiej reprezentacji na igrzyskach w Pekinie Robert Śmigielski. "Z całą kilkudziesięcioosobową lekkoatletyczną kadrą pracuje tylko czterech lekarzy". Oszczędzamy, panie ministrze Drzewiecki? Łatwo jest więc mówić: "Bóg się pomylił", i - włażąc w dupę Tuskowi - robić cięcia budżetowe?
Trudno w to uwierzyć, ale Kamila Skolimowska czuła się źle od igrzysk w Pekinie. Wiedziało o tym bardzo wiele osób. Opowieść jednej z naszych lekkoatletek, doskonale znającej Kamilę, jest wstrząsająca. "Prawda jest taka, że Kamilę dusiło już w Pekinie. Nie mogła oddychać. Była tam w fatalnym stanie. Po powrocie z igrzysk chodziła do lekarzy sportowych, pytała, co jej jest" - opowiada koleżanka zmarłej lekkoatletki."Bolały ją a to plecy, a to kolana, ciągle miała problemy z oddychaniem. Przed igrzyskami zdarzało się, że przez te dolegliwości spała na siedząco. Po igrzyskach przeszła operacji przepukliny, nie trenowała, więc przez jakiś czas wszystko było ok. A potem znowu zaczęła mieć duszności, znowu musiała przerywać treningi. Zrobiła rezonans magnetyczny, zrobiła USG. Słyszała różne diagnozy - że żebro uciska płuco, że uciska mięsień. Chyba na obozie w Cetniewie zrobiła w końcu rezonans magnetyczny. Po tym obozie pojechała do lekarza, żeby coś z tym zrobić. Żadnego lekarza akurat nie było, na wczasach byli. K... !" - opowiada lekkoatletka.
W Gazecie czytam:
"Kamila Skolimowska była wielokrotnie badana i nigdy nie stwierdzono, że ma jakąś chorobę, nie było też najmniejszych podejrzeń. Ona sama też dbała o swoje zdrowie - oświadczył dr Marek Prorok, który od 25 lat jest głównym lekarzem Polskiego Związku Lekkiej Atletyki".
Widać 25 praktyki w burdelu, zwanym PZLA, odmóżdża. Panu doktorowi dziękujemy za szczere przyznanie się do braku kwalifikacji.
"Trzeba by się było zastanowić jakością badań, bo pozostawiają one wiele do życzenia", mówi po tragicznej, zaskakującej śmierci Kamili Skolimowskiej były lekkoatleta Paweł Januszewski. "Jesteśmy non-stop badani, ale, proszę mi wierzyć, są to badanie pobieżne".
Coś tu się kupy nie trzyma. Coś bardzo śmierdzi. Brzydko. Kamili wspaniałych rzutów na Olimpie Niebieskim...

26.01.2009

Rarytas na miarę światową w Izerach

Skwapliwie za stroną SKPS (Studenckie Koło Przewodników Sudeckich) przytaczam artykulik ze strony cestovani.idnes.cz. To znaczy: linkuję. I jak tu nie kochać Braci Czechów...

23.01.2009

O Karkonoszach i Izerach (w Wyborczej)

Piszą o nas! Piszą - to dobrze! Nie zawsze zaś piszą dobrze. Ale z tym artykułem mogę się w zasadzie zgodzić. I zdjęcia ładne... Poczytajcie (klik w logo)!

12.01.2009

Pattensen... więcej, niż tylko podróż służbowa

Pattensen... miasto Pattensen... Nie bardzo wiedziałem dokąd jadę tłumaczyć. Gdzieś koło Hanoweru? No, dobra, jedziemy. W piątek skoro urzędniczy świt (około 9.00) ruszyliśmy więc do owego Pattensen: trzech facetów i Renault. Lubań, Jędrzychowice, autobana - Drezno, Lipsk, Brunszwik, wreszcie przed Hanowerem skręt na południe i po kilkunastu kilometrach... istotnie, Pattensen. Ciemno, choć wykol... Ale trafiliśmy bez problemu (od czego Nawigator za stówę w "Biedronce"?). Powitanie mnie powaliło... Dwoje bardzo starszych ludzi (się cholera nie nabijaj, Autor, chciałbyś się tak zestarzeć!) z otwartymi rękoma i sercami... Pani domu, powiedzmy "Traude", wypędzona Kowarzanka, osoba, która od wielu lat swoją serdecznością, pięknem ducha i obłędną miłością do rodzinnego miasta buduje mosty, prowadzące do samego ratusza kowarskiego, do Karkonoszy, ale przede wszystkim na Okraj (w jej wersji: Grenzbauden). Mąż jej, którego wichry historii nie wygnały ze Śląska, zarażony jej wielką miłością do Karkonoszy, okazał się nieomal niezgłębionym źródłem informacji na temat "mojego" regionu. Piątkowy wieczór przeciągnął się do sobotniego poranka... (u Niemców w domu!!!). Sobota była dniem półoficjalnych spotkań. Dwa wielkie zakłady w Pattensen, bardzo zajmujące zwiedzania, następnie obiad u Traude... (zgadnijcie, co znalazło się w menu? Oczywiście: śląskie kluski, śląska rolada wołowa zawijana, śląska "modro kapusta", do popicia Stonsdorfer, piwo lub - do wyboru - Żoładkowa Gorzka). Po obiedzie zaś - hajda "nach Hannover" i kilkugodzinny spacer po tzw. starym mieście. Wieczó­r ponownie u Trude - z kolacją, napitkiem i milionem słów o Jej Ojczyźnie (Małej, czytaj: Heimat), której element stanowiliśmy my trzej: burmistrz, dyrektor i moje skromne pokractwo. No i wreszcie niedziela - noworoczne przyjęcie u burmistrza Pattensen (pana Griebe). Najpierw część oficjalna: przemówienie podsumowujące rok ubiegły, następnie wykład akademicki na temat starzejącego się społeczeństwa, wygłoszony przez zaproszonego Gościa, aż wreszcie clou programu (dla nas i dla naszej ukochanej Traude): burmistrz z Polski oznajmia na tymże forum, że oto jedna z mieszkanek miasta, pani Edeltraud Anders, otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Miasta, w którym lat temu około 73 przyszła na świat. Wszelkie opisy rekacji sali, na której oficjele ze świata (ichniejscej regionalnej) polityki i kultury tworzyli nieomal masę krytyczną, są zbędne: oklaski... ba: aplauz nieustający, łzy szczęścia Traude i - (może się mylę?) - mocny błysk wielkiego zadowolenia w oku burmistrza Pattensen. Po oficjalnej części więc - obiad dla VYP-ów (wiem, wiem...), w przyratuszowej restauracji, rozmowy bi- i multilateralne (się nagadałem jak w maglu...) i... upływający czas. Około 17.00 udało się wreszcie (nie całkiem po angielsku) opuścić gościnne progi restauracji Burgkeller. Wzruszające pożegnanie z rodziną Anders - i hajda do Jeleniej Góry... Szczerze? Niezwykle rzadko praca tłumacza przynosi tak wiele przyjemności, jak to było podczas tych 3 intensywnych dni. I pod słowem H.: nigdy jeszcze nie spotkałem się z taką serdecznością, otwartą, piękną i szczerą, ze strony gospodarzy niemieckich, jak tam w Pattensen... tam, w domu u Edeltraud Anders. W Jej drugim Heimacie. Krytykom zaś pod uwagę poddaję: nie po tym poznaje się lokalnego polityka (nawet burmistrza), jak załatwia "nasze" małe, indywidualne sprawy, lecz po tym, jaką wizję stara się zrealizować,będąc świadomym tego, w jak wielu środowiskach lokalnych stanie się niepopularny. Ze swojej strony (bardzo subiektywnej) mogę tylko powiedzieć: Kowarom gratuluję (i zazdroszczę) Burmistrza! Nie, nie będę na niego głosował, wszak nie mieszkam (już?) w Kowarach, nie mam też żadnego interesu w tym, by szukać "układu"... Ja po prostu nie widziałem... nie słyszałem w rozmowach prywatnych na tematy samorządowe żadnego pustosłowia (a uważnie "czytam" wypowiedzi i kontruję chętnie). Górecki na prezydenta (Jeleniej Góry)? Kto wie...?
(za złą jakość zdjęć przepraszam - z komórki strzelane) ¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤¤
Burmistrz z Polski na fotelu burmistrza z Niemiec
. Burmistrz Griebe . Hanower - Nowy Ratusz

9.01.2009

W weekend do Giermańca

Weekend (wraz z piątkiem) spędzę w samochodzie i w pewnej miejscowości opodal Hanoweru w towarzystwie jednego burmistrza i jednego dyrektora (z polskiej strony) i kilkunastu "wypędzonych" oraz oficjeli ze strony drugiej. I mam taką cichą nadzieję, że wyjazd ten przyniesie spodziewane przeze mnie efekty w sferze kultury, poznawania trudnej historii wypędzeń ("obojga narodów", chciałoby się rzec), a także dostarczy spodziewanych materiałów do planowanej kroniki pewnego miasta, które wkrótce obchodzić będzie 500-lecie nadania praw miejskich. O podróży napiszę przy kolejnej okazji, natomiast na jej efekty (ogólnodostępne) pewnie przyjdzie poczekać ze 3 lata. Martwo mnie tylko pogoda i warunki na drogach - u nas wszyscy narzekają na drogowców, których rzekomo zawsze zaskakuje zima, w Niemczech na takie szczegóły nikt nie narzeka: zimą jeździ się po prostu źle, i oni o tym najzwyczajniej w świecie wiedzą (cholerni racjonaliści...).

7.01.2009

Minus 29 stopni w Jeleniej Górze

O godzinie 5.30 na Zabobrzu w Jeleniej Górze temperatura wynosiła minus 29°C. O tej samej porze na Śnieżce było minus 13°C. Kotlinę spowijały zamarzające mgły ("tworzące szadź" - to moje ulubione sformułowanie z prognoz pogody...). To jednak ostatnie podrygi Dziadka Mroza, przynajmniej tak gwałtowne. W ciągu dnia temperatura ma skoczyć do minus 8°, a kolejnej nocy nie spaść poniżej 10°. Po południu przewidywane są opady śniegu (w górach intensywne). Kolejne dni przyniosą mniejsze mrozy, jednak przez weekend przynajmniej temperatura nie przekroczy Kreski Zero. 

W Wałbrzychu - około minus 10° (godzina 6.30), w Jaworzynie Śl. - minus 20°. W Kudowie Zdr. - minus 6°. W Świdnicy - minus 18° (o godz. 5.40). Bratków koło Bogatyni - minus 14°. Dzierżoniów - minus 17° (o godz. 6.40).  
Powyższe dane przekazują słuchacze PR Wrocław, podaję je więc na odpowiedzialność radia i "donosicieli".

6.01.2009

Mróz okrutny, czy panika w TVN24?

Zima w Kotlinie Jeleniogórskiej (i Karkonoszach) pełną gębą, ze śniegiem, mrozem i przepięknym słońcem. Chciałoby się rzec: "Nareszcie, po trzech latach zimowej beznadziei!". Jednak gazety, portale pogodowe i informacyjne pełne są paniki i sensacyjnych doniesień o... pękających szynach na PKP. Nie umniejszam tragedii, które wiążą się z zimnem - zamarznięcia bezdomnych, pijanych lub chorych; męczarni zwierząt łańcuchowych w niektórych gospodarstwach rolnych, czy dyskomfortu ludzi, których mieszkania pozbawione zostały ogrzewania wskutek pęknięcia "magistrali". Ale śmieszą mnie sensacyjne doniesienia TVN24, w których lekko nierozgarnięta reporterka donosi z Katowic, że ustawiono tu koksiaki na przystankach komunikacji miejskiej, by pasażerowie mogli się ogrzać i z przejęciem pokazuje termometr, na którym jak raz jest minus 5 stopni Celsjusza. Czy pan reporter z Dworca Centralnego w Warszawie, dziwiący się rozsądnym i cierpliwym pasażerom spóźnionych pociągów (jak widać nawykłym do normalnej zimy i związanych z nią uciążliwości), że jeszcze nie ruszyli w stylu górniczej "Solidarności" na siedzibę PKP. Śmieszy mnie pan Brudziński z PiS, który wylewa żale, że Tusk (kryjąc się za plecami Pawlaka) nie wybudował rury do Norwegii (wedle pomysłu Kaczora), by dokonać (tu magiczne określenie) "dywersyfikacji". Zapomina on wszak, że owej "dy..." nie dokonało żadne państwo UE, albowiem Norwegia może pokryć maksymalnie 15% europejskiego zapotrzebowania na gaz... resztę ciągnąć należy z Rosji przez Ukrainę. Jesteśmy pełną gębą narzekaczami... no, przynajmniej nasi dziennikarze, politycy i krytykanci...
°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°° A teraz ostrzeżenie meteorologiczne - czyli zjawiska pogodowe na najbliższe godziny:

5.01.2009

Jeleniogórzanie mniej znani: Oded Regev

W miesięczniku "Odra" natrafiłem na wywiad z Odedem (Otkiem) Regevem - nota bene przeprowadzony przez inną sławę, pana Henryka Skwarczyńskiego. Oto wyjątek z niego, może niekoniecznie reprezentatywny dla całej rozmowy, jednak interesujący z mojego punktu widzenia:

– Wyjechałem z Polski z rodzicami w roku 1958. Mieszkaliśmy w Jeleniej Górze. Moje polskie imię to Otek – trochę nietypowe. Jest zdrobnieniem od Otto. Nigdy nie wyjaśniłem z rodzicami, dlaczego dali mi takie imię. Dziadek nazywał się Jehoszua – biblijny Jozue – i rodzice, zgodnie z żydowską tradycją, chcieli go upamiętnić moim imieniem. On sam, prawie z całą rodziną moich rodziców, zginął w hitlerowskim obozie zagłady. Jak wyszedł Otto z Jehoszuy (żydowskie zdrobnienie: Szyje), nie wiem, ale wyobrażam sobie, że w Polsce lat pięćdziesiątych łatwiej było się nazywać Otto niż Szyje. Jednym moim imiennikiem, jak sięgam pamięcią, był Otek, postać z rysunków Eryka Lipińskiego w ,,Przekroju”. Byłem z tego dumny. W Izraelu moja nauczycielka ,,ochrzciła” mnie imieniem Oded. Jest to znowu imię biblijne – jest dwóch Odedów, niespecjalnie ważnych, figurujących w Drugiej Księdze Kronik. Pierwszy był ojcem proroka Azariaha Ben Odeda. Drugi był prorokiem. Imię Otto nie wchodziło w rachubę w Izraelu. [...]

[...] Dwa lata temu pojechałem z żoną i dziećmi do Warszawy i Jeleniej Góry. Odnalazłem dom, w którym mieszkałem. Podwórka, na których się bawiłem. Moją szkołę. Pamiętałem ulice i domy Starego Miasta. Byłem wzruszony. Jelenia Góra i okolice, a więc Karpacz, Cieplice czy Szklarska Poręba, są piękne [...]

Nie znam się ani na ASTRO, ani na FIZYCE, ale wygląda na to, że mamy pewne braki w 'Słowniku Biograficznym Ziemi Jeleniogórskiej' , który publikuje "Książnica Karkonoska".

Oded Regev, ur. w Wałbrzychu w roku 1946. Astrofizyk mieszkający w Izraelu. Autor wielu książek naukowych, m.in. 'Chaos and Complexity in Astrophysics'.

Flagi

free counters