10.11.2009

250 rocznica urodzin Fryderyka Schillera

Nie będę dzisiaj pisał o naszym Obrębamie, który nagle ostro zmieniła kurs i wyrzucił Szeremiuka, wsadzając na jego miejsce Sajnoga - najwidoczniej za cenę poparcia radnych Klubu Wzajemnej Adoracji 21 w głosowaniu nad obwodnicą miejską, a być może również w związku z wyborami samorządowymi za rok (nasz Prezydent Obrębama najwyraźniej posmakował władzy...). 


Nie chce mi się pisać o wczorajszym, żenującym programie pana Tomasza Lisa z zawstydzającą, skundloną ex-posłanką Sawicką, usiłującą objawić  się nam jako Lilia św. Antoniego (linia obrony różańcem to majstersztyk godny Radia Ma-Ryja i Telewizji Trwam).

Nie, dzisiaj bardziej rocznicowo i literacko...


10 listopada 1759 w Marbach urodził się Johann Christoph Friedrich Schiller (później pisany z "von" przed nazwiskiem). 
Niewielu było pisarzy, którzy potrafili komentować swoje dokonania artystyczne w sposób tak samokrytyczny, jak on. Opublikowane anonimowo autorecenzje "Zbójców" oraz "Anthologie auf das Jahr 1782", miażdżącą wręcz autokrytyka własnego ody "An die Freunde", zawarta w liście do Körnera, dyskusja i refleksje na temat powstających właśnie utworów pojawiające się w korespondencji z Goethem świadczą o trzeźwym, niejednokrotnie autoironicznym stosunku autora do własnych dzieł i umiejętności dostrzegania własnych słabości, możliwości i ograniczeń. Z komentarzy tych, a także z utworów powstałych w okresie klasycystycznym, jak bardzo podporządkowywał swoją twórczość zasadom, które sam stworzył.
Najważniejszą kategorią postrzegania przez Schillera sztuki było Piękno, zdefiniowane nie poprzez nieustannie wysoką jakość, czy zewnętrzne cechy obiektu lub utworu, lecz przez specyficzne wrażenie, jakie wywiera na widzu/czytelniku. Nieustannie zadawał sobie (i nam) pytania: "Czym jest Sztuka? Według jakich kryteriów wartościować można utwory tego samego gatunku, tej samej proweniencji? Czy Sztuka jest niezbędna człowiekowi?".


Postrzegamy dzisiaj Schillera przez pryzmat jego najsławniejszych utworów (nota bene tłumaczonych na język polski między innymi przez Adama Mickiewicza): sztuk teatralnych ("Intryga i miłość", "Wilhelm Tell", "Don Carlos"), wierszy ("Rękawiczka", "Oda do radości", "Pieśń o dzwonie") czy prac filozoficznych ("Listy o estetycznym wychowaniu człowieka", "Kallias, czyli O pięknie", "Teatr jako instytucja moralna"), zapominając, że był człowiekiem niezwykle utalentowanych także w innych dziedzinach. Niekoniecznie związanych z literaturą i sztuką. 


Fryderyk von Schiller zmarł na gruźlicę w Weimarze 9 maja 1805 r. w wieku zaledwie 45 lat.


I jeszcze: próbka talentu Schillera-Wykładowcy - "Co to jest historia powszechna i po co ją studiujemy?" (tłumaczenie: Marek J. Siemek). dokument w formacie pdf.

8.11.2009

Prezydent Obrębama dba o młode kadry (PO-rządnie)


Nasz rodzimy Rudolph Giuliani (no, raczej Rudolfik, czasami także z czerwonym noskiem), nasz Wielowład (niedowład?) ratuszowy, pan prezydent Obrębalski doszedł do wniosku, że czas zmienić wizerunek poprzez nową asystentkę. Pani Kasia Młodawska od Promocji i Polityki Informacyjnej najwyraźniej cudu takiego dokonać nie potrafiła. Pojawiła się więc u boku naszego ukochanego prezydenta Obrębamy nowa (na szczęście młoda i ładna) twarz (ba! oblicze nawet!) - pani Elżbieta Jasiak. Nowiny Jeleniogórskie w osobie redaktora ROB'a pokusiły się o wywiad z panią asystentką, w którym czytamy między innymi:
Czy prezydent ma zły wizerunek?
Wizerunek nie jest zły, ale zawsze można go poprawić. Ze względu na to, że dużo ludzi nie wie dokładnie, co leży w kompetencjach prezydenta i przez tę niewiedzę mogą go różnie postrzegać.

To jak się poznaliście? Kto do kogo pierwszy zadzwonił?
Znaliśmy się z racji tego, że jestem członkiem koła miejskiego Platformy Obywatelskiej, którego szefem jest p. Obrębalski. Na tej platformie porozumienia odbyliśmy kilka rozmów i tak rozpoczęła się współpraca. 

Wróćmy do urzędu. Jakie jeszcze ma Pani zadania?
Umawianie spotkań prezydenta, organizowanie konferencji prasowych, debat społecznych, redagowanie tekstów, gdzie prezydent był, co robił, robienie zdjęć, towarzyszenie mu w większości imprez.

Pojawiła się Pani z dnia na dzień w urzędzie i... nie została oficjalnie przedstawiona urzędnikom.
Oficjalnie nie, ale wydaje mi się, że już każdy wie kim jestem i co robię, także nie ma z tym większego problemu. Nie odczuwam bynajmniej zazdrosnych spojrzeń innych urzędników, wręcz przeciwnie współpraca dobrze się układa. 

Lada moment wybory samorządowe. Elżbieta Jasiak poprowadzi Marka Obrębalskiego do reelekcji?
Obecnie to niemożliwe, gdyż moje wynagrodzenie pochodzi z pieniędzy miasta. Nie mówię nie. Jeśli pan prezydent osobno, poza godzinami pracy, zaproponuje mi tego rodzaju współpracę, to będziemy o tym myśleć i zaplanujemy szczegóły.

Pozwolę sobie odnieść się do niektórych wypowiedzi pani Elżbiety Jasiak (strona internetowa - InsPR): 

ad 1.: Wizerunek naszego Obrębamy jest zły - i nie wynika to z tego, że głupi naród nie zna zakresu kompetencji pana pRezydenta. Jest to wynikiem jego buńczucznych zapowiedzi przedelekcyjnych, fatalnych działań i całkowitej nieumiejętności współpracy (trudnej zresztą) z Radą Miasta. A także z licznych mniejszych lub całkiem dużych potknięć, jakie mu się przytrafiły w trakcie 3-letniego sprawowania urzędu. 

ad 2.: Nie widzę nic złego w tym, że pani Elżbieta jest członkiem (przepraszam za określenie użyte w stosunku do kobiety...) PO. Mam wszak nadzieję, że nie było to wyłączne kryterium powołania jej na stanowisko, które - jak się dowiadujemy z dalszej częsci rozmowy - ma zostać przekształcone w etat. 

ad 3.: Rozbroiło mnie "robienie zdjęć" wchodzące w zakres obowiązków pani asystentki - oby z tego ino jakiej afery nie było!

ad 4: Dziwny to obyczaj wprowadzania współpracowników "tylnymi drzwiami", bez przedstawiania ich innym urzędnikom i Radzie Miasta. Kolejne potknięcie pana prezydenta Obrębamy? Czy może jednak brak znajomości savoir-vivre'u? A może był inny powód...? 

ad 5: Reelekcja prezydenta Obrębamy będzie trudna, acz nie niemożliwa (Prezydent RP, pan Lech Kaczyński też będzie się przecież o nią ubiegał, z mniejszymi jeszcze szansami na reelekcję, niż nasz rodzimy Obrębama). Jeżeli jednak miałoby dojść do sytuacji, w której pani Elżbieta będzie wspomagać pana Obrębalskiego w tych staraniach - to jako wyborca tegoż pRezydenta w poprzednich wyborach (cóż, błędy młodości, wybaczcie PT Czytelnicy...) postuluję, by ujawniono umowę takiej współpracy (bez sumy wynagrodzenia, rzecz oczywista, bo to tajemnica handlowa), w której JEDNOZNACZNIE, w sposób nie pozostawiający najmniejszych wątpliwości, napisane będzie, że pan Obrębalski za działania wizerunkowe płaci z WŁASNEJ PRYWATNEJ KIESZENI! 

Pani Elżbiecie życzę z całego serca i szczerze sukcesów - potrzebuje ich nasz drogi, biały Obrębama - ale jeszcze bardziej nasze miasto, Jelenia Góra.



Fotografia z portalu NJ24 .pl - wszelkie prawa autorskie posiada portal

Czas wybrać się znów do Piechowic...!




Szklana Manufaktura w Piechowicach powstała z myślą o wszystkich tych, którzy będąc w muzeach zawsze pragnęli, a nie mogli, dotknąć i poczuć prezentowanych w niej eksponatów. Swoim wyglądem, wyposażeniem oraz panującą w niej atmosferze ma przypominać XIX-wieczną pracownię, a przy tym pokazywać jak powstaje szkło artystyczne.
- Chyba każdy pamięta jak w dzieciństwie chodziło się ze szkoły do muzeów i czuło się tam niepohamowaną chęć dotknięcia prezentowanych przedmiotów. Moja galeria ma m.in. zaspokajać tę ciekawość, pokazywać jak krok po kroku powstaje formowanie szkła, znaczenie np. szklanki, aż wreszcie jej grawerowanie – tłumaczy Marcin Zieliński, właściciel i jednocześnie założyciel Szklanej Manufaktury.
Klimat miejsca podkreśla nie tylko specyficzna aranżacja wnętrz, ale przede wszystkim obecność XIX-wiecznych maszyn m.in. warsztatu Leslera z 1890 roku, jednego z najlepszych na Dolnym Śląsku grawera. Największym jednak zainteresowaniem cieszy się niewątpliwie samo szkło ręcznie grawerowane, to kurortowe (przedstawiające scenki rodzajowe z czasów XVIII-XIX w.) jak również nowoczesne, autorskie. Wszystkie wzory wykonywane są na szkle sprowadzanym z Czech, gdzie szklarz ręcznie przygotowuje formę. Znaleźć można tu również eksponaty, które pochodzą z najbardziej odległych zakątków Europy, takie które przeszły renowację i zdobią Manufakturę. Nie ma tu, więc mowy o popularnej obecnie masówce. Temu wszystkiemu towarzyszy ogromna pasja i dwupokoleniowa tradycja.
Wydaje się więc, że to idealne miejsce na zorganizowanie wreszcie interesującej i realistycznej lekcji muzealnej. Już wkrótce powstaną tam warsztaty malowania na szkle.
- Marzę o tym, aby posiadać własną hutę szkła – dodaje Marcin Zieliński.
Póki co Manufakturę odwiedzają uczniowie i kuracjusze. Skarby Marcina Zielińskiego można również podziwiać podczas Kiermaszu Adwentowego w Pałacu Łomnica.

6.11.2009

Zamienił stryjek targowisko na halę



Urzędnicy chcą, by z jeleniogórskich targowisk zniknęły blaszane budy. Pomysł podoba się mieszkańcom. 

Gmina Jelenia Góra ogłosiła przetarg na nowe, trzyletnie dzierżawy rynku na Florze, terenu giełdy przy ulicy Lubańskiej oraz targowisk w dzielnicy Zabobrze i w Cieplicach.

Władze miasta zapewniają, że targowiskom nic nie zagraża i na pewno nie zostaną zlikwidowane. Takie obawy pojawiają się wśród kupców od lat, ilekroć zarządcom targowisk kończą się umowy. Tym razem wiceprezydent Jeleniej Góry Jerzy Lenard przyznaje jednak, że pora zmienić wygląd placów targowych. W tej chwili jest na nich w sumie około 400 stoisk. - Obserwujemy systematycznie zmniejszającą się liczbę kupujących - opowiada Lenard.

Żeby targowiska nie pozostały bez zarządców, gmina chce zawrzeć nowe umowy, ale równocześnie będzie opracowywać koncepcję budowy hali kupieckiej lub zabudowy placów estetycznymi pawilonami. Kto to sfinansuje?
- W przedsięwzięciu możliwy jest udział miasta albo kupieckiej spółki. Możliwe, że poszukamy zewnętrznego inwestora, który zbuduje taki obiekt w zamian za wieloletnią dzierżawę - tłumaczy Lenard. [...]

Wśród jeleniogórskich kupców, z którymi rozmawialiśmy, opinie na temat hali są podzielone. Jedni chcą, by wszystko zostało po staremu, inni twierdzą że tak dłużej handlować się nie da.
- Wszystko zależy od tego, na jakich warunkach moglibyśmy mieć stoiska w hali. Pomysł ze Świdnicy wydaje się rozsądny - mówi Artur Adukis, właściciel stoiska z odzieżą.


Nie wiem, gdzie 'Gazeta Wrocławska' zdobyła opinię owych Jeleniogórzan, którzy jakoby chcieliby hal targowych w miejsce targowisk. Otóż jest inaczej: pewnego rodzaju halami targowymi - za sprawą władz miasta - stały się zarówno były (budynek przepiękny zresztą i odremontowany przed laty) Dom Dziecka przy ul. Długiej, jak i Galeria Karkonoska przy ulicy 1 Maja. Oba obiekty - chociaż położone w ścisłym centrum miasta, a nawet przy głównych "szlakach zakupowych" - nie zyskały wielkiej sympatii pośród mieszkańców. Zgoda: inny to handel: nie pietruszką i tytoniem, nie mięsem z łóżka polowego, ale zarówno na Florze jak i w dawnym Domu Dziecka pełno podrób z Chin i taniochy zza Odry. 
Dla dobra samych kupców, dla ich wygody i zdrowia zadaszone, ogrzewane i estetyczne hale byłyby lepsze, z pewnością zaś lepsze od zarządzanego przez pana Kempińskiego tzw. Ryneczku na Zabobrzu; czy jednak owych handlujących będzie stać na dzierżawę boksów w nowych obiektach, a kupujących - na współfinansowanie kosztów takiej dzierżawy, które przecież wliczone zostaną w ceny detaliczne?
Całkiem inaczej sprawa ma się z Giełdą przy ul. Lubańskiej: tam handel odbywa się właściwie wyłącznie w weekendy - czy wzniesiona hala miałaby stać pusta przez 5 dni w tygodniu. I co z odbudową/rewitalizacją stadionu, położonego vis-a-vis? W jaki sposób obiekty handlowe miałyby wpisywać się w filozofię obiektów sportowych? A może włodarze miasta już zapomnieli o ambitnych planach, związanych ze stadionem w kontekście EURO-2012?
Mam nadzieję, że władze miasta podejdą poważnie do kwestii rozmów z kupcami, a kupcy z ołówkiem w ręku przekalkulują sobie opłacalność proponowanego przez Lenarda "interesu". I że pierwszy raz od dawna w Jeleniej Górze dwie strony dogadają się ku korzyści trzeciej - nas, mieszkańców.

5.11.2009

Jackowi Kaczmarskiemu ad memoriam w Zgorzelcu

Impreza wprawdzie dopiero za 3 tygodnie, ale warto zanotować:


 

A jeśli ktoś zechciałby wystąpić: TU jest regulamin... 






Theatrum w Pałacu Paulinum


Każda inicjatywa, która z jednej strony przyciągnie publiczność na spektakle, z drugiej - być może - przyczyni się do zwiększenia obrotów przybytku gastronomii i hotelarstwa, godna jest poklasku i sympatii. Tym razem zaproszenie na przedstawienie w Pałacu Paulinum w Jeleniej Górze:


Niepowtarzalne wydarzenie w Pałacu Paulinum
Jeleniogórski Teatr im. Cypriana Kamila Norwida zaprasza
08,10,13,17,18,19 listopada 2009, godzina 19:00


Paul Barz "Kolacja na cztery ręce"
Reżyseria Bogdan Koca
Występują: Bogdan Koca, Piotr Konieczyński, Marek Prażanowski
Paul Barz w Kolacji na cztery ręce przedstawia sytuację, która nigdy nie miała miejsca: Oto w Hotelu Turyńskim w Lipsku w 1747 roku spotykają się dwaj geniusze muzyki: Jan Sebastian Bach i Jerzy Fryderyk Händel. 
W czasie obfitej kolacji opowiadają o sobie o istotnych wydarzeniach ze swojego życia od dzieciństwa i młodości. Osobista konfrontacja staje się pasjonującym pojedynkiem wielkich osobowości. Zmieniają się wzajemne relacje artystów. Podziwiany przez Europę, bywalec salonów i dworski pupil Händel za życie w sławie i dostatku musi słono płacić samotnością, ciągłą walką o sukces i utrzymanie pozycji. Ascetyczny prowincjusz, pochylający się przed „królem muzyki” - Bach podczas kolacji staje się coraz bardziej pewny siebie, czuje się silny i niezależny, pozbywa się kompleksu niższości wobec Händla.
To nie tylko spotkanie tak różnych kompozytorów, wielkich osobowości, ale i konfrontacja krańcowo różnych poglądów na życie, muzykę i sztukę w ogóle…
Szkoda, że ich spotkanie nie było możliwe…






  • Bilet wstępu na spektakl: 30,00 zł
  • Bilet wstępu wraz z kolacją w restauracji Pałacu Paulinum: 110,00 zł (kolacja w godz. 17.45 - 19.00)

Bilety do nabycia w kasie Teatru im. Norwida, nr telefonu 75 6428130-131, 
lub na 2 godziny przed spektaklem w Pałacu Paulinum. 


˚~o~˚


Lizbona to zwycięstwo elit nad obywatelami


Nie można już unieważnić traktatu lizbońskiego. Trzeba więc zmienić strategię: odebrać władzę Brukseli i dać ją ludziom

Europejska elita polityczna kolejny raz lekceważy wolę społeczeństwa. Ale teraz, gdy traktat lizboński został ratyfikowany, pora zmienić temat.

Odmawiając swojemu elektoratowi prawa do wypowiedzenia się w sprawie traktatu lizbońskiego, brytyjski laburzystowski rząd wywołał w społeczeństwie demokratyczne oburzenie, a teraz niezbyt przekonywająco lawiruje między argumentem, że traktat to tylko drobna poprawka naszej przyszłości, i zupełnie przeciwną tezą, że od jego ratyfikacji zależy dobro Wielkiej Brytanii. Podobne argumenty używane są zresztą w innych krajach Europejskich.

A jednak twierdzenie, że po pominięciu słów takich ważnych jak "hymn", "flaga" i "motto" traktat lizboński zdecydowanie różni się od oryginalnej wersji dokumentu konstytucyjnego, jest nie tylko sofizmatem, ale wręcz zniewagą dla naszej inteligencji.

Społeczeństwo pytano o Lizbonę trzy razy i społeczeństwo trzykrotnie wyraziło swój sprzeciw wobec tej propozycji. Najpierw traktat konstytucyjny odrzucili Francuzi i Holendrzy. Irlandczycy odrzucili go jako drudzy, tylko po to, by dowiedzieć się, że ich "nie" jest złą odpowiedzią.

Klasa polityczna, jak zwykle arogancko pewna swoich racji, zdaje się zupełnie ignorować to, co wyborcy sądzą o projekcie, w jaki się zaangażowała. Ot, kolejny odcinek długiego i ponurego dramatu, w którym elita polityczna traktuje społeczeństwo w sposób protekcjonalny.

Zwycięstwo jest wyraźne, choć warto przypomnieć, że jest to zwycięstwo elity nad ludźmi. Czeski trybunał konstytucyjny odrzucił traktat, ale prezydent Klaus wbrew własnemu przekonaniu przypieczętował porozumienie. I tak traktat lizboński wejdzie w życie 1 grudnia. Owszem, to irytujące, ale gdy w polityce zmieniają się fakty, należy zmienić strategię.

I właśnie to najwyraźniej zamierza zrobić David Cameron, przywódca brytyjskich konserwatystów i prawdopodobnie przyszły brytyjski premier.

Kwestia referendum w sprawie traktatu jest już definitywnie zamknięta. Odezwało się jednak kilka głosów oburzenia, choćby ze strony nieprzejednanej Partii Konserwatywnej, a bez wątpienia odezwą się następne. Prawda jest jednak taka, że próba unieważnienia ratyfikacji przyniesie teraz bardzo niewielkie korzyści, za to wymagać będzie ogromnych nakładów finansowych.



David Cameron zdołał przekonać do tej opinii znaczną większość partyjnych kolegów. Podczas konferencji partyjnej lider konserwatystów z całym rozmysłem pozwolił, by sprawy toczyły się własnym torem, zamiast sprawnie odbić i zmienić stanowisko partii. Wprawdzie świadczy to o braku politycznej odwagi, ale też dowodzi politycznego zdrowego rozsądku. Wydaje się, że Cameron zapobiegł sporemu zamętowi, jaki mógł zagrozić szeregom jego partii.

Nie oznacza to jednak, że sprawa na tym się już definitywnie zakończy. Cameron będzie musiał jeszcze zmierzyć się z żądaniami ze strony swojej partii, która domaga się obietnicy renegocjacji niektórych warunków współpracy Wielkiej Brytanii z Unią Europejską.

Kiedy już te uprawnienia - jakie by one zresztą nie były - zostaną przywrócone, należałoby zaprezentować je narodowi jako prawdziwy substytut referendum w sprawie traktatu, którego mu jednak odmówiono. Tej pułapki Cameron powinien za wszelka cenę unikać. Przywrócenie dawnych uprawnień po fakcie jest niezwykle skomplikowane.

Bez wątpienia Wyspy ucieszyłyby się, gdyby Unia Europejska je nam zwróciła. Przydatna mogłyby też okazać się niezależność od niektórych istniejących w naszym kraju praw. Dobrze myślący i tak samo kalkulujący polityk musi jednak podejmować zobowiązania, które są wykonalne. Tyle że zmiany, które są wykonalne, raczej nie zagwarantują nam referendum.


Zdecydowanie lepiej użyć prestiżu urzędu premiera Wielkiej Brytanii, by zapewnić, że władza leży w rękach ludu. Ratyfikacja traktatu lizbońskiego tylko zwiększyła deficyt demokracji w Unii Europejskiej. Zbawienne mogłoby okazać się na przykład przerywanie każdego posiedzenia europejskiej elity, by przypomnieć jej, że Unia Europejska istnieje tak naprawdę przecież po to, by służyć ludziom, a nie na odwrót. Wydaje się jednak, że taki wariant jest niemożliwy. Trzeba pozostać przy tym, co jest.  
 Źródło:



 

Javornik

Dzisiaj "pojadę" zapożyczeniem z bloga "wrony" - tam zresztą poniższy tekst również wystąpił gościnnie. Ale miło się czyta...
Zaiste, niezwykły to naród. Czy jakiejkolwiek innej  bowiem nacji przyszło do głowy kisić parówki? I to my, Polacy, skryci ogórkożercy, zwykle mówimy głośne FUJ słysząc o takim eksperymencie kulinarnym, nie wiedząc zwykle, ile podniet smakowych taki utopenec dostarcza za kilka koron w każdej knajpie… Niezwykły ten naród także zrodził wielkiego syna światowej stopy (a nawet obu stóp), który tę światową stopę odział w obuwie. Pan Tomasz Bata – bo o nim mowa – był też prekursorem współczesnej korporacyjności, bo to on wymyślił hasło, które dziś jest przekleństwem jednych, zaś zbawieniem innych – Klient nasz pan. Wreszcie, by sztuk były trzy do razu, jak tu nie zachwycić się podobnym, a przecież w tym podobieństwie ryzykownym – pięknym językiem czeskim? Już Boy-Żeleński w latach XXX ub. wieku zadumał się nad szyldami praskimi z nazwiskami właścicieli sklepików. „Nasmrodil a Pokorny” czy „Niedojebal a Smutny”. Może i zmyślone te szyldy, ale czy nie piękne?

Uwielbiam jeździć do Czech. Choćby po to, żeby napić się najlepszego piwa na świecie, jakim jest Radegast, a które jest dostępne w każdej spelunie za 20 koron. Dlaczego tego złota nie eksportują? Któż to wie? Przy tym Radegaście może łatwiej  zrozumieć duszę czeską, bo choć ona przecież słowiańska, zatem jakby nam podobna, to jednak niepodobna wcale! Całą bardzo świetną książkę o tym napisał red. Mariusz Szczygieł i nawet dostał za tę książkę w Pradze medal! Ja prowadzę te badania na własną rękę. I niekiedy wnioski są mętne.

Bo oto jestem na kompletnym czeskim zadupiu (excuse-le-mot), mianowicie w Javorniku. To tuż obok polskiej granicy, w sumie nieopodal Lądka Zdroju. Miasteczko jak wiele innych, końcowa stacja kolei, dworzec autobusowy, ratusz, ośrodek zdrowia, ze dwa hotele. W centrum (w każdym razie po środku) Javornika jest sobie gospoda. Wybrałem się tam na dwa małe piwka. Pusto, nie licząc barmanki i dwóch młodzieńców o wyglądzie lęk wzbudzającym we mnie. Otóż obaj młodzieńcy, sącząc browca, co robią? Tak! Grają w szachy. A barmanka – wiek raczej balzakowski – nie wiem, czy trzeźwa czy też taki kontrowersyjny mająca sposób bycia, stoi sobie przy szafie grającej i wrzucając pieniążki, układa play-listę, na której królowało zresztą Faith No More.

No to siadam i zamawiam Radegasta i się delektuję nim. Podchodzi jeden z tych długowłosych i coś mówi do mnie po czesku. Uświadamiam, że nie rozumiem. Ciągnie mnie tędy za łachy do sąsiedniego pokoju i pokazuje… Mam zagrać w piłkarzyki. Ja i barmanka w jednej drużynie, oni w drugiej. Przegraliśmy z kretesem, ale dostałem na pocieszenie kufelek i ser jako zakąskę. Warto było. W tym czasie dołącza reszta elity młodzieżowej Javornika. Zamawiają, piją, rozmawiają. No to pytam, jakie jest życie i cała reszta tutaj, czy do Pragi nie ciągnie albo chociaż do województwa. Eeee, ale po co? – patrzy na mnie z ukosa dwudziestoparolatek (Honza chyba). Ja tu wszystko mam, robotę, świeże powietrze, kumpli i dziewczynę (holkę, nie laskę), to gdzie ja się będę ruszał?

Reszta w milczeniu, ale i z pełną akceptacją honzinych słów pokiwała głową, a piszący te słowa następnego dnia, po wytrzeźwieniu własnym, przekroczył oddaloną o 3 km granicę i wyruszył do domu, do stolicy. Z silnym postanowieniem rychłego powrotu.

autor: Rafał Turowski

PS. Javornik, miasto u podnóża Gór Złotych . Miejsce na piesze wycieczki, jazdę rowerami górskimi i trekingowymi, offroad, sporty zimowe.
Inne atrakcje: Pierwotnie średniowieczny zamek, majątek biskupów wrocławskich, znacznie przebudowany pod koniec XV w., na początku XVII w. odnowiona fortyfikacja. Rozbudowany w stylu barokowym i odnowiony w XIX w. Ogród na wałach. Pomieszczenia biskupów wrocławskich z meblami z epoki oraz zabytkowa kolekcja z XVI-XIX w. Interesujący zbiór zabytkowych fajek. 


Errata: Poniżej w Komentarzach ukazał się następujący wpis, który "wyciągam na wierzch", bo dokonuje istotnej korekty
Male sprostowanie. Rafal Turowaski jest felietonista wron. Tekst powstal z mysla I dla czytelnikow wron.
Cieszymy sie ze spodobal sie Tobie. Zapraszamy na wrony gdzie wkrotce pojawi sie kolejny felieton Rafala.
Pozdrawiam
Monika Biedrzycka


2.11.2009

Frodo i Froda: wspomnienie pięknych chwil

Co do dnia rok temu, w Zaduszki 2008, w naszym mieszkaniu pojawił się pies. Pierwszy pies domowy w życiu mojej małżonki. "Zgarnięty" przeze mnie z ulicy Golden Retriever, którego ochrzciliśmy imieniem Frodo pozostał z nami przez niezapomniany miesiąc. Pod koniec listopada po psa zgłosiła się właścicielka (pies jak się okazało, miał wszczepionego chipa) i Frodo - a właściwie Fado (co za fonetyczny zbieg okoliczności!) - wrócił do swojego domu. Pustka, jaką pozostawił u nas była nieznośna, już 5 grudnia w naszych progach pojawiła się... Froda, 5-tygodniowa suczka rasy takiej samej. Jest najukochańszym ze wszystkich psów, jakie dotychczas miałem honor posiadać, tresować i wielbić, a było ich niemało. A jednak Frodo (aka Fado) pozostał w naszych sercach i wspomnieniach. I bardzo się cieszmy, że wskutek niewiarygodnego zbiegu okoliczności mogliśmy przez jeden dzień gościć w naszym domu oba przewspaniałe zwierzaki. Krótko jednak - warunki nie pozwalają nam na trzymanie dwóch psów tej wielkości. Pozostały zdjęcia i ciepłe myśli...




Pierwszy spacer z Frodem (aka Fadem)




Frodo miewał niezwykłe pomysły na zwrócenie na siebie uwagi




Po intensywnych spacerach przyjmował pozycję odwrotną




Frodo i Frodka - to byłaby wspaniała para




Po kilkugodzinnym szaleństwie pełnym radości oba psiaki zgodnie zasnęły

1.11.2009

Tunele pod Karkonoszami - powrót idei


Pomysł nie jest nowy: już Niemcy chcieli połączyć Śląsk i Bohemię przekopem pod Karkonoszami, mniej więcej pod Przełęczą Karkonoską. Pomysł zarzucono, nie ukończona została nawet droga prowadząca na przełęcz z północnej strony.  


Teraz jednak niespodziewanie idea powraca: oto w w Polska-Times - Gazeta Wrocławska czytamy:
Urząd marszałkowski chce odkurzyć projekt budowy tunelu pod Karkonoszami. Przejazd pod Przełęczą Karkonoską skróciłby znacznie drogę do Szpindlerowego Młyna - największego ośrodka narciarskiego w Czechach. Dziś, by dojechać tam z Jeleniej Góry, trzeba pokonać około 80 km. Gdyby powstał tunel, przejazd skróciłby się do około 20 km. [...] 
- Myślę, że w ciągu roku, półtora powstanie koncepcja tunelu, która określi koszty i źródła finansowania projektu - tłumaczy europoseł Piotr Borys, który przyznaje, że chce eksportować do Brukseli ciekawe pomysły z Dolnego Śląska. Tunel łączący oba kraje na pewno do nich należy. - Są na to pieniądze. Do wykorzystania jest 100 miliardów euro, a Polska korzysta z nich w małym procencie. 

Moim zdaniem o wiele bardziej ciekawy pomysł mają jednak bracia Czesi: 
Místo tisíců aut na přetížených horských silnicích by mohly jezdit v Krkonoších vlaky. Nová, odvážná studie našich předních architektů přichází s návrhem 15 km dlouhé železnice, která by vedla ze Svobody nad Úpou až ke sjezdovce Javor v Peci pod Sněžkou a odtud dál do Špindlu a polského Karpacze. (iDnes.cz)

Połączenie kolejowe ze Szpindla do Karpacza o wiele bardziej wpisuje się w filozofię ekologiczną obszaru chronionego KRNAP i KPN. Oczywiście wszystko to dopiero w fazie studyjnej, ale jeśli pan Borys twierdzi, że ma w zasięgu reki setki miliardów euro, to tylko brać - wespół z Czechami - i budować.


Tak wygląda czeski projekt na animacji:






I jeszcze: strona SKPS z dyskusją na Forum

Flagi

free counters