29.01.2010

Zabobrze


W Gazecie Wrocławskiej artykuł o jeleniogórskim Zabobrzu (tu we fragmentach):
Z trzech stron inwestycje doszły do momentu, w którym dalsza rozbudowa jest praktycznie niemożliwa. Z jednej strony Zabobrze ogranicza gmina Jeżów Sudecki, z drugiej - ogródki działkowe i linia kolejowa, a z trzeciej - obwodnica i droga dojazdowa do szpitala.
Rozbudowa możliwa jest tylko w kierunku Dziwiszowa i Góry Szybowcowej. Najlepiej widać zahamowanie rozbudowy od strony Jeżowa Sudeckiego. Mieszkańcy ostatnich domów jednorodzinnych, wybudowanych przez Jeleniogórskie Towarzystwo Budownictwa Społecznego, mają już widok na domki w Jeżowie Sudeckim. Tam zostało jeszcze trochę miejsca na zabudowę, działki cieszą się od kilku lat sporym wzięciem.
W rękach gminy pozostaje jeszcze spora część gruntów, dużo jest w rękach prywatnych. Jeden z deweloperów stawia obecnie na pograniczu siedem domków, tzw. bliźniaków. Powstanie miniosiedle z nowymi ulicami o ładnych nazwach, np. Zielna, Łąkowa. Droga łącząca z Zabobrzem wszystkie domy w Jeżowie została w ubiegłym roku wyremontowana.
- Na terenie naszej gminy od strony Zabobrza jest jeszcze miejsce na co najmniej kilkaset domków - mówi wójt gminy Edward Dudek.
Boom na budownictwo jednorodzinne w Jeżowie na skraju Zabobrza pojawił się po 2000 roku. Wówczas uchylono wszystkie plany zagospodarowania przestrzennego sprzed 1995 roku. Można było wtedy budować praktycznie wszędzie, gdzie tylko inwestor miał ochotę. Również po stronie jeleniogórskiej pobudowało się wiele bloków i domów. Dzięki temu dziś na Zabobrzu mieszka ok. 30 tysięcy ludzi.
Deweloperzy zabudowują wnętrze osiedla, szukając ostatnich wolnych działek. Tak powstały m.in. bloki obok marketu Kaufland. W planach jest obecnie rozbudowa dróg dojazdowych do centrum handlowego Echo na skraju Zabobrza.
Nie planuje się rozbudowy ani remontów dróg osiedlowych, które są w dobrym stanie.
Do niedawna owa sypialnia jeleniogórska sprawiała odrażające wrażenie, szczególnie tzw. Zabobrze I, usytuowane pomiędzy ulicami  Jana Pawła II, Wiejską i Różyckiego. W ciągu ostatnich 3 - 4 lat oblicze bloków z "wielkiej płyty" zmienia się: wprawdzie architektura bryły ciągle jest taka sama, gierkowsko-enerdowska, ale ocieplane budynki zyskują nowe, kolorowe elewacje (niektóre wręcz oślepiająco kolorowe). Istotnie wyremontowano nawierzchnie ulic i uliczek osiedlowych (po długotrwałych robotach ziemnych, związanych z układaniem nowej kanalizacji), powstało kilka nowych pawilonów usługowo-handlowych, rozebrano straszne blaszane garaże pomiędzy ulicami Ogińskiego i Wiejską. Szkoda tylko, że całkowicie zaniedbano wewnątrzosiedlowe tereny zielone, których jest wyjątkowo dużo, jak na osiedle z "wielkiej płyty". 
Na wspomnianych w artykule obrzeżach blokowiska wybudowano szeregówki (ul. Małcużyńskiego) z zadbanymi mikro-ogródkami. Z niezabudowanych jeszcze łąk i nieużytków na granicy Jeleniej Góry i Jeżowa widać setki (no, może dziesiątki) nowych domów jednorodzinnych, niektóre z nich to prawdziwe perełki architektury. Domy zaatakowały zbocza Góry Szybowcowej, wspinając się po jej północno-zachodnim zboczu. Faktyczną granicę pomiędzy gminą Jeżów Sudecki a miastem Jelenia Góra tworzy linia wysokiego napięcia, uniemożliwiająca dalszą rozbudowę Zabobrza w kierunku sąsiedniej wsi. Natomiast wzdłuż drogi nr 365 (ul. Legnicka) w kierunku byłego "Zespołu Hotelowo-Gastronomicznego Juventur" (w ruinie) i Dziwiszowa znajdują się tereny, którymi już w 2007 r. interesowali się developerzy: to tu pierwotnie miała powstać Castorama (zlokalizowana ostatecznie nieomal w centrum miasta) lub market budowlany OBI. Teren ten nie jest objęty planem zagospodarowania przestrzennego terenu. Piękne to miejsce i wymarzone na zabudowę niską mieszkalną lub - co również przed tzw. kryzysem było tematem dywagacji - rozrywkowo-komercyjną (multikino, basen, hala sportowa itp.). 
Z mojego egoistycznego punktu widzenia wszystko mogłoby zostać tak, jak jest: przewspaniałe tereny u stóp Góry Szybowcowej, ze sporym kompleksem leśnym to zaplecze spacerowe, rowerowe, joggingowe, nordic-walkingowe i biegowo-narciarskie 30-tysięcznego Zabobrza. Kilkadziesiąt hektarów wykorzystywane jest rolniczo: w ubiegłym roku widok łanów zboża był szczególnie piękny.
Dobrze mieszka się na Zabobrzu, szczególnie w części, zwanej popularnie "Kiepurowem", chociaż oczywiście nie brakuje zwykłych dolegliwości, związanych ze specyfiką osiedla o takim charakterze.

28.01.2010

Droga nr 358 ze Szklarskiej do Świeradowa wyremontowana

Dobra wiadomość dla Świeradowa Zdroju i dla wszystkich turystów znudzonych monotonią Szklarskiej Poręby, szczególnie zimą. Oto otwarta została droga łącząca te dwa miasta (prowadząca przez słynny, acz przereklamowany Zakręt Śmierci), wyremontowana kosztem ok. 11 milionów złotych. Ponieważ jednak do każdej porcji miodu w naszym kraju przynależy spora dawka dziegciu, zacytuję wiadomość z Polskiego Radia Wrocław:
Problem w tym, że od miejsca gdzie kończy się wyremontowany odcinek, w okolicach Rozdroża Izerskiego, na kierowców czeka wielokilometrowa jazda po... lodzie i śniegu, które nie widziały piasku ani soli.
Dlaczego jeden odcinek jest dobrze odśnieżony, a drugi całkowicie oblodzony i niebezpieczny? Wicemarszałek Zbigniew Szczygieł mówi, że taki jest po prostu urok dróg wojewódzkich, które są utrzymywane w trzecim standardzie, czyli mogą być białe. Wicemarszałek zaleca ostrożną jazdę, ale już dyrektor Dolnośląskiej Służby Dróg i Kolei, Roman Głowaczewski przyznaje, że lodowa rynna na tej drodze, to prawdziwy problem, który zostanie rozwiązany, gdy tylko temperatura wzrośnie powyżej minus 5 stopni Celsjusza.
Tymczasem za kilka dni zaczynają się ferie zimowe i droga między Świeradowem a Szklarską Porębą może okazać się dla wielu kierowców niebezpieczną pułapką. Ryszard Brzozowski, wiceprezes spółki prowadzącej w Świeradowie wyciąg gondolowy wspólnie z burmistrzem Świeradowa zwracają się z apelem do władz wojewódzkich o poprawę bezpieczeństwa na niewyremontowanej części drogi 358.

Mimo wszystko cieszy, że ta piękna trasa doczekała się ulepszenia...

Urok starych zdjęć

Znalazłem w internetowych otchłaniach kilkanaście bardzo ciekawych i - z perspektywy czasu, jaki upłynął od ich zrobienia - zabawnych fotografii sławnych postaci ze świata kultury masowej. Z pewnością nie będą mieli Państwo żadnego problemu z odgadnięciem, kogo fotografie te przedstawiają...














30 spotkanie z cyklu Obserwatorium Karkonoskie

W ramach spotkań z cyklu "Obserwatorium Karkonoskie" (tak, to tu dokonaliśmy odkrycia karkonoskich Wierzcholców) w jeleniogórskim BWA odbędzie się dzisiaj kolejny miting pod tytułem "Szlaki kulturowe". Dla przypomnienia: UNICEF-owska definicja szlaku kulturowego brzmi: „lądowy, wodny lub mieszany typ szlaku, oznaczony fizycznie i scharakteryzowany przez posiadanie własnej historycznej dynamiki i funkcjonalności, ukazujący rozwój ludzkości jako wielowymiarową i ciągłą wymianę dóbr, idei, wiedzy i wartości w obrębie krajów i regionów jak również pomiędzy nimi, przez znaczne okresy czasu; powodującą wzajemną interakcję kultur w przestrzeni i czasie, którego odbiciem jest materialne lub niematerialne dziedzictwo”.
Niewątpliwie ciekawy to temat, jednak Andrzej Więckowski raczył (nie po raz pierwszy) dokonać pewnego rodzaju prowokacji wobec potencjalnych słuchaczy wykładu: do dyskusji panelowej zaprosił bowiem panią doktor Stefanię Żelasko i panią Gabrielę Zawiłę. Nie bardzo wiem, co postaci te mogą wnieść do zaproponowanego przez organizatorów tematu - nie umniejszając innych zasług obu Pań. Zabrakło mi tu zaproszenia dla Emila Mendyka, zaangażowanego w tworzenie i rozszerzanie Drogi św. Jakuba (vide: tu i tu), a więc praktyka i "pozytywnego oszołoma".  Teoretyczne dywagacje zaproszonych Pań, choć mogą zawierać pewne atuty rozrywkowe, raczej nie porwą słuchaczy. A może jednak się mylę...?





22.01.2010

Beschreibung und Geschichte von Warmbrunn...

czyli: "Opis i historia Cieplic i ich wód leczniczych", autorstwa Johanna G. Bergemanna. Kolejny tekst, który biorę "na warsztat" translatorski. Tym razem hobbystycznie - ale kto wie? Może znajdzie się wydawca również i na tę pozycję? Kryzys w końcu minie, a rządy RP (oraz instytucje samorządowe Dolnego Śląska) zrozumieją wreszcie, że nie powinno się za wszelką cenę wycinać szeroko pojętej Kultury poprzez zaciskanie pasa o jeszcze jedną dziurkę. Jeleniogórska kultura przecież i tak ma już talię anorektycznej osy... (w aspekcie finansowym).


20.01.2010

Jan Švankmajer


Bardzo podobają mi się pomysły "alchemika surrealizmu", czeskiego rzeźbiarza, poety, eseisty i reżysera filmowego. Jan Švankmajer urodził się w Pradze, w latach 1950-54 studiował na wydziale Sztuki Stosowanej w Pradze gdzie po raz pierwszy zetknął się z surrealizmem. Kontynuował naukę w Wyższej Szkole Rzemiosł Artystycznych gdzie studiował scenografię teatralną, potem przerzucił się na wydział lalkarstwa w Akademii Sztuk Dramatycznych (DAMU). W pierwszych latach po studiach pracował w teatrach lalkowych. Zaczynał od prowincjonalnego Liberca, ale już na początku lat 60. założył legendarny dziś zespół Teatr Masek w ramach praskiego Teatru Semafor. Po konflikcie z dyrekcją, Švankmajer i jego współpracownicy związali się z Teatrem Laterna Magika.
Pod koniec lat 60. Švankmajer zaczął coraz głębiej wchodzić w surrealizm. W Pradze od lat 30. XX wieku działała silna grupa surrealistyczna zasilana przez kolejne pokolenia artystów. Należała do niej również jego żona Eva, ceniona malarka, a przy okazji współpracowniczka męża. Sam artysta dołączył oficjalnie do Czeskiej Grupy Surrealistycznej po rozmowie z jej głównym teoretykiem Vratislawem Effenbergerem na początku lat 70., choć animacje w surrealistycznym duchu robił już kilka lat wcześniej.
Po 1968 w Czechach nastał jednak zły czas dla fantastów. Krótkometrażówki Švankmajera coraz częściej trafiły na półki, a w pierwszej połowie lat 70. praktycznie stracił możliwość kręcenia autorskich filmów. Przez niemal dekadę dorabiał realizując animowane czołówki do obrazów innych reżyserów (m.in. do kultowego "Wampira z Ferratu"). Za czasów komunizmu tworzył również książki, ręcznie robione w kilku egzemplarzach, bo żadne czeskie wydawnictwo nie ośmieliło się ich wówczas opublikować.




Linki:
Strona Autora (angielski)
Spis produkcji na YouTube

17.01.2010

Rocznica śmierci Tadeusza Stecia


Kilka dni temu (12 stycznia) minęła 17 rocznica śmierci "Przewodnika Przewodników", niezapomnianego Tadeusza Stecia. 


W Newsweeku ukazał się duży materiał na temat pana Tadeusza, który pozwolę sobie tu przytoczyć: 


Życiorys Tadeusza Stecia, słynnego przewodnika przewodników, pełen jest tajemnic i sensacji. Ale największą z nich jest to, że został zmyślony.

Rankiem 12 stycznia 1993 roku w Jeleniej Górze przy Orlej 3 zatrzymał się granatowy polonez. Kierowca wszedł do budynku i zapukał do drzwi z numerem 4. Nikt nie odpowiedział. Zdziwił się, bo był umówiony. Miał zabrać swojego znajomego do lekarza, bo starszy pan od kilku miesięcy skarżył się na kłopoty z sercem. Zapukał jeszcze raz. A gdy to nic nie dało, wybiegł na ulicę i z pobliskiej budki wezwał policję. Po kilkunastu minutach ślusarz wyważył drzwi. Wszędzie panował ogromny bałagan: porozrzucane ubrania, stosy kaset wideo i książek. W pokoju na podłodze leżał martwy człowiek. Miał na sobie brudny podkoszulek, kalesony, wełniane skarpety i damski szlafrok.

Wielka tajemnica

Tadeusz Steć, którego zwłoki znaleziono na podłodze, już za życia zyskał miano przewodnika przewodników. Napisał ponad 60 książek i setki artykułów. Organizował początki ratownictwa górskiego w Karkonoszach. Często można go było spotkać na szlakach, zawsze w czerwonym swetrze i berecie z antenką. Z czasem sam stał się elementem krajobrazu, a nawet symbolem Karkonoszy. Był chodzącą encyklopedią, a do tego gawędziarzem jakich mało. Turystom opowiadał niesamowite historie, w których rzekomo brał udział. Większość z nich wymyślał na poczekaniu. Po jego śmierci stały się legendami. Są powtarzane i publikowane jako fakty. Nam udało się ustalić, co w biografii słynnego przewodnika jest prawdą.

Jerzy Rostkowski, pisarz i poszukiwacz skarbów, nie ma wątpliwości, dlaczego zamordowano przewodnika. W 2006 roku opublikował książkę „Radomierzyce. Archiwa pachnące śmiercią”. Opisał w niej tajną ekspedycję z 1945 roku. W pałacu w Radomierzycach na Dolnym Śląsku żołnierze odnaleźli archiwum wywiadu pozostawione przez Niemców. Steć znał niemiecki i rzekomo był tłumaczem kierującego akcją oficera – Piotra Jaroszewicza, późniejszego premiera PRL. Według Rostkowskiego Jaroszewicza (został zamordowany w Warszawie 1 września 1992 roku) i jego kolegę zabili ci sami ludzie. W obu przypadkach wykluczono motyw rabunkowy. Sprawcy mieli zabijać, by odzyskać tajemnicze dokumenty.

Zmyślona historia

Prawdziwym źródłem informacji o dokumentach znalezionych rzekomo w Radomierzycach był Henryk Piecuch, emerytowany pułkownik Ludowego Wojska Polskiego, z długim stażem w Wojskach Ochrony Pogranicza (WOP), autor książek o tematyce szpiegowskiej i przyjaciel przewodnika. – Całą historię radomierzycką wymyśliłem – przyznaje nam dziś Piecuch. – Ale Tadkowi to odpowiadało, bo dzięki temu rosła jego legenda.

Dokumenty, do których dotarliśmy, potwierdzają słowa Piecucha. W kronice nowicjatu opactwa Benedyktynów w Tyńcu zapisano, że w maju 1945 roku Steć odwiedził klasztor. Miesiąc później, 3 czerwca, przybrał imię zakonne Dawid i pozostał w klasztorze. Nie mógł więc być w tym czasie w Radomierzycach. Jednak już po roku życie zakonne przestało mu odpowiadać.

Wyjechał do Trzcińska koło Jeleniej Góry. Jego matka dostała tam małe gospodarstwo rolne. Jeszcze przez jakiś czas chodził w habicie. Miejscowi zapamiętali, że kilka razy odprawił nawet nabożeństwo majowe. Włóczył się po okolicy, szukając zajęcia. To wtedy ruszył na pierwsze górskie wędrówki. W 1948 roku rozpoczął studia historyczne we Wrocławiu. Rzucił je już po pierwszym semestrze. Wreszcie zaczepił się w Dolnośląskiej Spółdzielni Turystycznej. Malował znaki na górskich szlakach turystycznych. A gdy nadarzyła się okazja, został kierownikiem schroniska Szwajcarka w Górach Sokolich, a później Domu Śląskiego na Równi pod Śnieżką.

Przewodnik

W 1949 roku ruszył Fundusz Wczasów Pracowniczych. Pojawili się pierwsi turyści, których nie miał kto oprowadzać. Brakowało map i książek. Właściwie były, ale po niemiecku. Steć dobrze znał ten język i potrafił zabłysnąć wiedzą niedostępną dla innych. Zaczął prowadzić wycieczki i pisał artykuły do gazet.

W 1952 roku ukazały się dwa przewodniki jego autorstwa: „Wycieczki i wczasy jednodniowe z Jeleniej Góry” oraz „Zamek Chojnik”. Od razu stały się bardzo popularne. Jego sensacyjne artykuły o historii Sudetów ukazywały się w „Słowie Polskim”, „Nowinach Jeleniogórskich”, „Wierchach” i „Turyście”.

– Był geniuszem – mówi Zbigniew Dygdałowicz, filmowiec dokumentalista. – Wspólnie z Henrykiem Szoką robił film o opactwie Cystersów w Krzeszowie. Powiedział, co mamy sfilmować. Któregoś dnia przyszedł do studia, aby przejrzeć zmontowane zdjęcia. Rzucił krótko: „No to nagrywamy dźwięk”. Jak, teraz? A gdzie notatki, jakiś tekst? Odpowiedział, że nie potrzebuje. Włączyłem zapis, a on przez 40 minut gadał do mikrofonu. Potem poprosił o kawę i nagraliśmy wersję niemiecką – dodaje Dygdałowicz.

– Władze bardzo go ceniły, choć był złośliwie krytyczny wobec partii – opowiada Zbigniew Kulik, dyrektor Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu. – Gdy w 1975 roku I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Jeleniej Górze został Stanisław Ciosek, podwładni zabrali go na wycieczkę w góry. Steć jak zwykle poprowadził grupę gości z komitetu. Nie miał pojęcia, kto jest wśród nich. Opowiedział anegdotę o nowym sekretarzu Ciosku, któremu powiedziano, że trafi do góry. On miał nadzieję, że chodzi o Komitet Centralny, a chodziło o góry, Karkonosze.

– Nie pamiętam, czy tak było, ale dowcip znam, bo sam miałem w zwyczaju go opowiadać – wyjaśnia Stanisław Ciosek. Ale zaprzecza, że protestował, by Steć poprowadził w góry Edwarda Gierka. – Gierka nigdy nie zabraliśmy w góry. Ale gdyby miał iść na Śnieżkę, to właśnie ze Steciem, bo to był najlepszy znawca Karkonoszy.

Kolejna mistyfikacja

Ciosek nie wierzy też w znajomość Stecia i Jaroszewicza. – Gdyby to była prawda, na pewno byśmy o tym wiedzieli – mówi. – Zwracano się do niego per „panie magistrze” – opowiada Ivo Łaborewicz, szef jeleniogórskiego archiwum. – Nie zabiegał o to, ale nie prostował, że nie skończył studiów.

Bardzo lubił też opowiadać o swojej pracy w Komisji Ustalania Nazw Miejscowości przy ministrze administracji publicznej. Jej celem było utworzenie polskich nazw na Ziemiach Odzyskanych. Ale nie ma żadnych dokumentów, które potwierdzałyby jego udział w pracach tej komisji.

Publikacje Stecia także budzą wątpliwości. Jeszcze w latach 80. przewodnik Marek Wikorejczyk zarzucił mu, że kopiował przedwojenne niemieckie teksty. Steć odpowiedział bez namysłu: „Pokaż mi jedno zdanie, które przepisałem dosłownie”. – Rzeczywiście niczego nie przepisał dosłownie – wyjaśnia dr Marek Staffa, znawca Sudetów i autor wielu książek poświęconych Karkonoszom. – Ale jak ktoś zna niemiecką literaturę, od razu zauważy podobieństwa.

Mimo ogromnej popularności Steć był raczej odludkiem. – Był homoseksualistą, wszyscy o tym wiedzieli, ale Tadeusz starał się z tym nie afiszować, choć często zmieniał partnerów – wyjaśnia Andrzej Jawor, przewodnik, goprowiec i dobry znajomy Stecia. Sporo mówiło się też o jego kontaktach z nieletnimi, a matki krzywo patrzyły na spotkania przewodnika z ich synami.

Jawor jednak kategorycznie zaprzecza: – Jako były milicjant z sekcji do spraw nieletnich musiałbym o tym wiedzieć – mówi. Przyznaje co prawda, że bywali u niego chłopcy z osiedla, ale jak twierdzi, Tadeusz opowiadał im tylko o górach. Nie potrafi jednak wyjaśnić, dlaczego jeden z nastolatków podczas takiej wizyty próbował udusić przewodnika. – Steć nie chciał tego zgłosić na milicji. Nie chciał kłopotów, bo w młodości miał już jakąś sprawę o molestowanie nieletniego – mówi.

Nikomu nie ufał

– I pewnie dlatego Tadeusz był taki ostrożny i nikomu nie ufał – dodaje Jawor. – Nie miał telefonu, a do domu wpuszczał tylko osoby, z którymi był umówiony. Niezapowiedziani goście całowali klamkę. Bał się też, że go okradną. Wszyscy bowiem wiedzieli, że Steć miał w mieszkaniu muzealny magazyn. Były tam rzadkie znaczki, złote monety, stare książki i ryciny. – Lubił błysnąć przed młodymi przewodnikami – wspomina Kulik. – Pamiętam, jak na kurs przewodnicki przyniósł starodruk z XV wieku.

W pierwszej chwili Kulik twierdzi, że mogła to być Biblia Gutenberga, ale szybko dodaje, że nie jest pewny. – Tuż po wojnie łatwo można było zdobyć starodruki. W okolicznych pałacach były wielkie biblioteki. Miejscowi palili w piecach takimi książkami. A on zbierał, kupował od nich za grosze – dodaje Kulik. Zamiłowanie Stecia do starych książek wspominała też Eugenia Triller, nieżyjąca już pierwsza powojenna archiwistka w Jeleniej Górze. – Powiedziała o nim: „Taki miły człowiek, sporo książek pożyczył i nigdy nie oddał” – opowiada Ivo Łaborewicz.

Prawdziwa sensacja

Morderstwo przewodnika stało się prawdziwą sensacją. Do jego wyjaśnienia powołano specjalną grupę operacyjną, która przesłuchała kilkaset osób. – Motyw rabunkowy został wykluczony – opowiada Janusz Woźniak, jeden z członków zespołu śledczego. – Z mieszkania zniknęły pieniądze, ale tylko te, które były na wierzchu. Spora suma w markach ukryta w słoiku pod szafą pozostała nietknięta.

Sprawca zostawił też zabytkowe księgi. Byliśmy zaskoczeni wielkością skarbu znalezionych w jego mieszkaniu. Na miejsce wezwaliśmy historyka sztuki, który widząc w przedpokoju starą księgę leżącą w szafce na buty, powiedział: „Boże, na to nie ma ceny, jak to można trzymać w domu?” – dodaje Woźniak. Był to inkunabuł z 1473 roku, prawdopodobnie pierwsza książka wydana drukiem w Polsce. Jej zdjęcia zachowały się w protokole z oględzin miejsca zbrodni. Były też starodruki z pieczęciami bibliotek i archiwów. Niektóre ze zbiorów biblioteki Szaff-gotschów (książąt niemieckich, niegdyś właścicieli ziem na Dolnym Śląsku).

Śledczy uznali więc, że kluczem do rozwiązania sprawy było życie seksualne przewodnika. Głównym podejrzanym stał się chłopak, seksualny partner Stecia. Szybko go odnaleziono. Podczas przesłuchania policjanci usłyszeli wstrząsającą historię. Stecia regularnie zapraszano do jeleniogórskich szkół, bo młodzież chętnie słuchała jego opowieści. Właśnie po takiej prelekcji zaciekawiony piętnastolatek przyjął zaproszenie starszego pana, który powiedział, że ma w domu ciekawe filmy wideo. I rzeczywiście miał, ale były to homoseksualne filmy pornograficzne. Po spotkaniu Steć wręczył mu 500 złotych i obiecał więcej za dyskrecję i kolejne odwiedziny. Ale ten młody człowiek nie był mordercą, miał mocne alibi.

Po kilku miesiącach dochodzenie utknęło w martwym punkcie. Sprawę pokazano w telewizyjnym programie „997” Michała Fajbusiewicza. Wtedy gdańscy policjanci zauważyli, że sposób działania sprawcy pasuje do młodego mężczyzny, którego właśnie zatrzymali. Był oskarżony o kilka podobnych napadów i zabójstw. Odwiedzał też Jelenią Górę. Przyznał się nawet do winy, a śledczym nie przeszkodziło to, że nie bardzo potrafił opisać miejsce zdarzenia. Sąd nie dał jednak wiary w materiał dowodowy oparty na wymuszonym przyznaniu się oskarżonego.

Archiwum X

Kilka miesięcy po śmierci przewodnika zmarła jego matka. Nie mając innych spadkobierców, cały majątek syna zapisała swojej opiekunce, siostrze PCK. Jednak prokuratura podważyła testament i po dwóch latach odzyskała klucze do mieszkania przy ulicy Orlej. To, co w nim jeszcze zostało, trafiło do Muzeum Karkonoskiego. Niestety, brakowało cennego starodruku. Resztę, czyli kilogram złotych pierścionków, zegarków i obrączek, 36 tysięcy marek niemieckich i blisko 500 mln starych złotych, przejął skarb państwa. Ale na nagrobek dla Stecia i jego matki musieli się złożyć przewodnicy i goprowcy.

Zakurzone akta sprawy morderstwa przewodnika od 1994 roku leżą na półce w sądowym archiwum. Mimo to na forach internetowych możemy przeczytać, że policyjny wydział „Archiwum X” już kilkakrotnie wznawiał śledztwo. Podobno ujawniono nawet nowe dowody łączące zabójstwa Stecia i Jaroszewicza. – To nieprawda – wyjaśnia prokurator Marcin Zarówny z pionu śledczego jeleniogórskiej prokuratury. – Dopiero zainteresowanie „Newsweeka” skłoniło mnie do zapoznania się z dokumentami. Jest w nich kilka szczegółów, które umknęły uwadze policjantów. Mamy też świadka, który zgłosił się niedawno. Ale na razie jest zbyt wcześnie, aby o tym mówić.

Choć zabójca przewodnika jest wciąż nieznany, wygląda na to, że największe marzenie Stecia spełniło się po jego śmierci – został bohaterem prawdziwej sensacyjnej historii.

Ivo Łaborewicz o Steciu w 'Słowniku Biograficznym'

16.01.2010

Jerzy Pokój pęknie z zazdrości! (Ściegnom rośnie konkurencja).


Do wiosny przyszłego roku w 60-tysięcznych Żorach na Śląsku powstanie Miasteczko Westernowe. W scenerii XIX-wiecznego amerykańskiego Dzikiego Zachodu znajdą się m.in. miejsca rozrywki i rekreacji, hotel i restauracje. Wartą ponad 21 mln zł inwestycję wspomogą unijne środki.
O tym, że przygotowywany od kilku lat projekt wkroczy wkrótce w fazę realizacji, poinformował Związek Subregionu Zachodniego woj. śląskiego, do którego należą Żory. Tamtejszy samorząd w styczniu rozstrzygnął przetarg na projekt budowlano-wykonawczy prac, które mają ruszyć wiosną.
Pomysłodawcy przedsięwzięcia chcą, by miasteczko stało się markowym regionalnym produktem turystycznym. Stąd m.in. unijne dofinansowanie ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Chodzi o przyciągniecie turystów do Żor, położonych przy popularnej drodze łączącej Katowice z Wisłą.
Głównym miejscem w miasteczku ma być około 150-metrowa ulica, z jednej strony zamknięta widokowo budynkiem saloonu, z drugiej żurawiem do czerpania wody i wodopojem. Przy ulicy staną drewniane, całoroczne obiekty handlowo-usługowe o westernowej architekturze.
W budynkach znajdą się m.in. hotel, restauracje, saloon, gdzie będzie można "potańczyć, wychylić szklaneczkę whisky czy pograć w kości", a także stodoła, gdzie będzie miejsce do ujeżdżania elektronicznego byka, smażenia kiełbasek czy nauki strzelania z łuku.
Atrakcją dla dzieci będzie Westernlandia - kraina zabaw z licznymi atrakcjami oraz kino, gdzie będą wyświetlane kreskówki, których akcja toczy się na Dzikim Zachodzie. Będzie również plac zabaw oraz mini ZOO. W miasteczku mają odbywać się m.in. festyny, konkursy, zawody, imprezy szkoleniowe i firmowe.
W westernowej scenerii będą także organizowane Targi Końskie, na które od lat do Żor przyjeżdżają hodowcy, głównie z południowej Polski. Otwarty zostanie sklep z akcesoriami do pielęgnacji koni i sprzętem jeździeckim. 
Dla porównania: Western-City w Ściegnach:


 

Szadź




Przejdźmy teraz do rzeczownika rodzaju żeńskiego szadź, występującego także w wariantywnej postaci sadź, przejętej do polszczyzny literackiej z gwar, a znaczącego tyle co "biały osad składający się z kryształków lodu, powstały wskutek zamarzania przechłodzonych kropelek mgły; szron" (w dopełniaczu, celowniku i miejscowniku szadzi, sadzi, w narzędniku szadzią, sadzią). Szadź w języku literackim to także "siwy nalot na liściach roślin".
Bo też i nasz wyraz pochodzi od staropolskiego przymiotnika szady - "siwy, pokryty siwizną" (por. np. w czeskim szedy - "szary, siwy, posiwiały; popielaty", w rosyjskim sedoj - "biały, siwy"). Czytamy np. w Biblii królowej Zofii z r. 1455: "Przeciwko szadym głowam powstani". Wyjściową zaś postacią formy szady był prasłowiański rdzeń ched (z półsamogłoską-jerem na końcu), który w językach zachodniosłowiańskich przeszedł w szad-, a we wschodnio- i południowosłowiańskich - w sed-. 

Profesor Jan Miodek



Ja po prostu uwielbiam to słowo...

15.01.2010

Pobieżny przegląd prasy. Temat: Jelenia Góra.

Minęło pół miesiąca Nowego Roku, roku podwyżek, wyborów samorządowych i wychodzenia z kryzysu (nota bene mam wrażenie, że Polska z kryzysu wychodzi nieprzerwanie od 1989 r., więc mamy w tym wprawę...). Czas więc na pierwszą "prasówkę" w 2010 roku: 

Gazeta Wrocławska zastanawia się, kto wystartuje w wyborach na nadburmistrza (zwanego prezydentem miasta) Jeleniej Góry. "Grzegorz Schetyna zapowiedział, że w lutym na zjeździe powiatowym zostanie przeprowadzona ocena pracy prezydenta. Wówczas zapadnie decyzja, kto będzie kandydatem PO. Nieoficjalnie jako najpoważniejszego kandydata wymienia się posła Marcina Zawiłę. Twierdzi on jednak, że gdyby teraz dostał propozycję kandydowania, nie przyjąłby jej. Szanse na nominację ma też wicemarszałek Jerzy Łużniak i przewodniczący rady miejskiej Hubert Papaj". Nasz obecny Obrębama najprawdopodobniej nie otrzyma rekomendacji Platformersów, więc flirtuje ostro z organizacją Miłosza Sajnoga 'Dolny Śląsk XXI'. Ten ostatni zresztą również zastanawia się nad kandydowaniem, co z zajmowanego obecnie fotela vice-prezydenckiego (pomimo całkowitego nieróbstwa) winno być łatwiejsze, niż w poprzednich wyborach, kiedy to Sajnog startował z pozycji bezrobotnego nieudacznika. Do walki szykują się także Ireneusz Łojek od PiS-uarów oraz dwie postaci z gatunku politycznych zombie: pani Malczuk oraz pan Kusiak. Jeżeli nie pojawią się inne nazwiska - swój własny czynny obowiązek wyborczy dostrzegał będę w absencji wyborczej...

Ta sama Gazeta pisze o znacznych podwyżkach, które dotkną mieszkańców grodu "pod jeleniem": "Oprócz gazu, którego cena średnio skoczy o cztery procent, trzeba będzie więcej zapłacić za ogrzewanie mieszkań. A to jedna z większych pozycji na comiesięcznych rachunkach. Nowa taryfa weszła w życie 1 stycznia i spowodowała średni wzrost cen zakupu ciepła o 8,8 procent" [...] "Wzrosły też stawki podatków od nieruchomości, środków transportu i opłata targowa. Zostały podniesione średnio o 3,5 procent. To oznacza, że jeśli ktoś płacił 400 zł rocznie podatku od nieruchomości, wyda o 14 zł więcej.
Wszystko wskazuje na to, że podrożeją też bilety MZK. Od stycznia wzrosły też opłaty za mieszkania komunalne i socjalne. Stawka bazowa w lokalach komunalnych może być podniesiona z 4,10 zł do prawie 6 zł, jeśli w mieszkaniu jest centralne ogrzewanie i ciepła woda. Może też być obniżona o 30 proc., jeśli nie ma łazienki czy gazu. W zasobach miejskich jest 6000 mieszkań komunalnych. W przypadku lokali socjalnych, stawka od stycznia wynosi 1,44 zł za m kwadratowy
". Dodajmy do tego prawie 9%  podwyżkę cen prądu na Dolnym Śląsku (najwyższa skala podwyżek w Polsce) - i już wiadomo, że zaległości wobec miasta i fiskusa będą rosły.


Z doniesień pozytywistycznych i wesołych wybrałem dwa: "- Chcemy wybudować w Jeleniej Górze pas, który pozwoli lądować statkom powietrznym, które przewiozą więcej niż cztery osoby, nie więcej jednak niż dwadzieścia osób.– mówi Jacek Musiał, dyrektor Aeroklubu Jeleniogórskiego. – Uruchomi to regionalny port lotniczy, który pozwoli tym wszystkim, którzy chcą odwiedzić Jelenią Górę z potrzeb biznesowych i turystycznych, by mogli przylecieć, wylądować na betonowym pasie i zostawić ten samolot, a następnie wsiąść na rower czy w samochód, zwiedzić nasze miasto i najbliższe okolice oraz załatwić ważne sprawy". Wcale nie tak dawno, bo jeszcze jakieś  70 lat temu Jelenia Góra miała regularne pasażerskie połączenia lotnicze z Berlinem (o kolejowych nie wspominam, bo żal... ściska). Trochę śmieszą mnie te marzenia o  "biznesmenach", którzy z samolotów będą dokonywać desantu na Jelenią Górę, ale poczekajmy - specjalną strefę ekonomiczną mamy, jej wielką (i jedyną) zaletą jest to, ze stoi nieomal pusta...
Natomiast druga notatka o przepięknym tytule "Jelenia Góra zainwestowała w czystą wodę" uświadamia nam, jakie zaniedbania przyniosły lata 1945-2000 w sprawach infrastruktury komunalnej. "Trzy roczne budżety miasta - tyle Jelenia Góra zainwestowała w czystą wodę. Unijny projekt 'Zaopatrzenie w wodę i oczyszczanie ścieków w Jeleniej Górze' kosztował 38, 4 mln euro [...] Efekty zrealizowanego projektu to przede wszystkim nowy Zakład Uzdatniania Wody Sosnówka o przepustowości 25 tys. m3 wody dziennie, który zaopatruje w czystą wodę mieszkańców aglomeracji jeleniogórskiej, a także zmodernizowana oczyszczalnia ścieków wraz z kompostownią osadów, która poprawi stan czystości wód rzeki Bóbr. W ramach projektu wybudowano też 8-kilometrową sieć wodociągową oraz około 28 kilometrów sieci kanalizacyjnej". Dodajmy do tego naprawdę ogromny projekt realizowany przez Związek Gmin Karkonoskich na terenie powiatu jeleniogórskiego - i oto Kotlina Jeleniogórska jawić nam się będzie jako najbardziej proekologiczne miejsce w Polsce. A takie miano słono kosztuje (mieszkańców).

Na koniec o zimie, śniegu i kłopotach: narzekań na służby komunalne sporo: a to nieodśnieżony Rynek, a to kłopoty z poruszaniem się po chodnikach, czy wreszcie - gdy odpowiednie służby zabiorą się za usuwanie śniegu - skargi na... usuwanie śniegu. "- Wjazd przez kilka dni był kompletnie zablokowany. Musiałam kupić łopatę i przerzucić hałdę śniegu, bo inaczej bym nie wyjechała samochodem - skarży się Katarzyna Kowalczyk, mieszkanka ul. Moniuszki. Obok jeździł traktorek z pługiem, ale odśnieżał tylko ulicę i chodnik, parkingiem nikt się nie zajął - dodaje zdenerwowana". 20 centymetrów śniegu - i problemy jak na Alasce... Pan prezydent Obrębajki przemówił "w temacie": "- Służby pracują z wielkim poświęceniem, praktycznie 24 godziny na dobę, efekty tego już widać. Owszem, w pewnym okresie intensywność opadów była tak duża, że nie sposób było wszystkiego na czas w odpowiednim zakresie sprzątnąć. Uważam, że w tej chwili miasto jest odpowiednio oczyszczone, na bieżąco kontrolujemy sytuację. [...] Jak powiedział, Jelenia Góra to jedno z nielicznych miast Dolnego Śląska, które zdecydowało się na wywożenie śniegu. - To działanie wychodzące naprzeciw mieszkańcom. Efekty tego już widać w śródmiejskiej części miasta – mówił". No proszę! A Wy, niewdzięczni Jeleniogórzanie tylko narzekać i narzekać... Poważnie jednak: w pewnym stopniu podzielam opinię doktora Obrebalskiego.  Nie da się całkowicie zapobiec efektowi "przysypanego miasta", a czego nie wywiozą służby (komunalne naturalnie), to stopnieje najpóźniej za 2 miesiące. I o co tu kruszyć kopie?

Flagi

free counters