15.04.2009

Bożenka zaprasza do Domu Carla (i Gerharta) Hauptmannów

Wprawdzie nic nie wiem o Artyście i Jego sztuce (Bożenka lakonicznie dość - pewnie w ramach oszczędności, które nakazem złych czasów są - informuje o wernisażu), ale polegam na artystycznym znawstwie pani Kierownik Najpiękniejszego Domu Muzealnego w Karkonoszach i propaguję anonsowane (późno...!) przez Nią wydarzenie. Post scriptum: Bożenka rzuciła jednak ze dwie (ale pełniutkie, że hej!) garście informacji, a moja "znajomość" opisana poniżej okazała się ze wszech miar trafna. Jeno pokolenia mi się nieco pomerdały. Mimo opisywanych w Jej informacji fatalnych warunków dojazdu do Domu Carla (i Gerahrta) Hauptmanna - warto się przedrzeć... Bo do TEGO Domu zawsze jest warto przyjechać! Znany mi jest inny pan Stefan Dybowski (na zdjęciu poniżej - pierwszy z prawej), były minister kultury i sztuki w rządzie Józefa Cyrankiewicza w latach 1947-52, jednak nie przypuszczam, by ów ludowiec do dzisiaj "mieszał" w sztuce (bo w kulturze nigdy za wiele nie namieszał...).

9.04.2009

Dr J.K.E. Hoser o rdzennych mieszkańcach Karkonoszy

Czytam właśnie pewną książkę o rozbudowanym tytule:
"Góry Olbrzymie w statystyczno-topograficznym i ilustrowanym przeglądzie, z uwagami objaśniającymi i instrukcją, w jaki sposób w górach tych najlepiej podróżować"
autorstwa doktora Johanna Karla Eduarda Hosera, medyka cesarsko-królewskiego, osobistego lekarza Jego Królewskiej Wysokości, księcia Karola (Wiedeń, Baden, Triest, 1804 r.). W niej zaś taki oto opis rdzennych mieszkańców naszych okolic (tu we fragmentach jedynie):
Pośród niezwykłości Gór Olbrzymich największą chyba są ich mieszkańcy; w swojej wspaniałej różnorodności oraz pod względem cech indywidualnych stanowią ogromne pole do obserwacji. Ich wychowanie, sposób zarobkowania, panujące pośród nich stosunki społeczne, ich polityczne przekonania stanowią aspekty, które dają obserwatorowi ciekawy i pouczający materiał.
Wychowanie mieszkańców Gór Olbrzymich
Fizyczne wychowanie mieszkańców Karkonoszy było jeszcze przed ćwierćwieczem w dużej mierze dziełem natury, a w niektórych przypadkach również dziełem dobrego przykładu i nawyków. Obecnie jednak zmieniło się to i dotyczy wyłącznie poszczególnych przypadków. Utworzone instytuty edukacyjne wiele zmieniły w ludnych dolinach sudeckich. Synowie są obecnie z reguły lepiej wykształceni, niż ojcowie, często w wielu sprawach lekceważą zdanie starszego pokolenia. Coraz częściej w góry przybywają ludzie wykształceni, dzięki instytucjom kultury oraz rzemiosłu, dzięki zmysłowi handlowemu i szukaniu zysków zmieniły się sposoby zarobkowania, a tym samym zmienił się czysty, nieskażony charakter ludzkiej natury, a przedstawicieli starszej tradycji spotkać można jeszcze wyłącznie w najwyżej położonych wsiach. Lud tutejszy być może pozyskał nowe umiejętności, a także brzęczącą monetę, utracił jednak naturalność i niewinność. Codzienne życie mieszkańca Gór Olbrzymich dowodzi, jak niewiele potrzeba człowiekowi do szczęścia. W prosty sposób wyraża on i zaspokaja swoje potrzeby i dzięki temu bliski jest ideałowi „szczęśliwego człowieka”, który Rousseau tak bardzo chciałby narzucić całej ludzkości, a który – jeżeli w ogóle istnieje – możliwy jest wyłącznie u ludów pasterskich górskich regionów któregoś z krajów. Nigdzie indziej w takim stopniu, jak tutaj, dzieciństwo jest nieomal dokładnym, acz pomniejszonym odbiciem późniejszego dorosłego życia. Od urodzenia przywiązany do ziemi pięknej raczej, niż łagodnej, człowiek nie może mieć tutaj nadziei, że zbierze plony tam, gdzie nie posiał. Już dziecięce zabawy noszą znamiona późniejszego mozołu i wysiłku. Nieustannie będzie musiał toczyć walkę z surowym klimatem – cała postawa „małego człowieka” nacechowana jest od samego początku gotowością do walki ze swoimi największymi wrogami: wodą i zimnem. Odporność i cierpliwość wobec wybryków aury to dwie podstawowe umiejętności, jakie przekazywane są w fizycznym wychowaniu dzieci. Można by rzec, że mieszkańcowi Gór Olbrzymich nie dane jest przeżywanie prawdziwego czasu chłopięcego, że nie zna on owego szczęśliwego okresu, zwanego beztroskim dzieciństwem. A jednak rzadko kto jest tak szczęśliwy, jak on: przy swoich ograniczonych perspektywach i niewielkich potrzebach, przy jego jedynie częściowym rozwoju intelektualnym – dorosłe życie stanowi niejako przedłużenie dzieciństwa. [...] Charakterystyczna prostota mieszkającego w wyższych górach mieszkańca Sudetów objawia się w szczególności poprzez sposób zarabiana na życie, ubierania się i konstruowania domów. Na powszechne i nieomal codzienne posiłki składają się – obok chleba, mleka sera i odrobiny masła – kapusta kiszona, rzepa i ziemniaki; o wiele rzadziej, a pośród mieszkańców wyższych partii nieomal wcale, występują w jadłospisie warzywa strąkowe, groch, czy proso. Kartofle spożywane są najczęściej z solą, rzadziej okraszone masłem. Popularną potrawą jest tzw. Sauerkübel, przygotowywany z kwaśnej maślanki, mąki lub zakwaszonego ciasta, masła i soli; natomiast w dolinach – chleb, pieczony z wysuszonymi, startymi na proszek kwaśnymi jabłkami. W najbardziej odświętne dni bogatsi mieszkańcy boud pozwalają sobie na luksus spożywania kleiku ugotowanego z mąki lub kaszy manny na mleku, zwanego przez nich papką lub – jeżeli posypana zostanie tartym piernikiem i upieczona w piecu na blasze wysmarowanej masłem lub tłustą, kwaśną śmietana - „Fliesel”. Mięso u tych ubogich górali pojawia się na stole nie częściej, niż raz w roku, przeważnie tylko w Boże Narodzenie. Jedynie tak niezwykłe wydarzenia, jak wesele, stanowią dość ważny powód, by gospodarz przyjął gości mięsem z zarzniętej świeżo kozy lub kupiona z tej okazji wołowiną. Nie ma większej różnicy między śniadaniem, obiadem i kolacją, poza tą, że w porze obiadowej je się chleb, który zwykle jest zbyt drogi dla tych mieszkańców gór, którzy nie mogą go sami wypiekać, stąd nie stanowi on pożywienia codziennego. Górale gaszą pragnienie wodą źródlaną, która płynie – zimna i czysta, niczym płynny kryształ – obok jego domostwa; czasami wypije szklanicę maślanki lub odtłuszczonego mleka. Ubiór mieszkańców Sudetów nie różni się zbytnio od ubioru ich sąsiadów ze Śląska czy z Czech. Sukienny płaszcz, sięgający zazwyczaj do połowy uda, rzadziej do kolan, w kolorze granatowym, rzadziej zielonym lub szarym, kamizelka z takiegoż materiału, skórzane, krótkie spodnie w kolorze czarnym lub brudnożółtym – ani za wąskie, ani za szerokie – w sam raz, by były wygodne; niebieskie, szare lub białe pończochy z wełny, buty i prosty, trójkątny kapelusz filcowy – to typowy ubiór męski do prac pod gołym niebem i w zimnej porze roku. W domu lub w letnim upale miejscowi chodzą boso, bez płaszcza i kamizelki. Jeżeli w swoich sprawach wybiera się taki w góry, wspomaga się długim, prostym, długim na pięć czeskich stóp i grubym na półtora cala kijem świerkowym, ozuwając stopu w obuwie o grubej podeszwie, nabijanej ćwiekami. Podczas gołoledzi używa raków, a na świeżym śniegu okuć śniegowych. Kobiety noszą szarą lub kolorową spódnicę, sięgającą od bioder nieomal do pięt z materiału wełnianego i gorset z tkaniny, którego przednia część, rodzaj honorowego pancerza, sztywna i płaska, zakrywa biust – jego obyczajowe znaczenie z pewnością nie rekompensuje fizycznych szkód, jakie wyrządza. Koszula o rękawach sięgających połowy ramienia, spinana jest pod szyją szpilką, a szyja i dekolt zakrywa chusta z drukowanego płótna lnianego. Panny chodzą zazwyczaj z gołą głową, zaplatając włosy w kilka warkoczy, które tworzą na czubku głowy rodzaj gniazda, a najgrubszy z nich spływa z głowy na plecy. Mężatki noszą czepce z białego lub zadrukowanego płótna lnianego; często zarówno mężatki, jak i dziewczęta zakładają na głowę do prac domowych ze względu na higienę farbowaną lniana lub bawełniana chustę. Strój uzupełniają buty i wełniane pończochy, a także „jakla”, zazwyczaj z czarnego lub kolorowego materiału o kilku fałdach. Czerń to w ogóle obowiązujący kolor dla tej płci.
Przeciekawa to lektura, chociaż przebija z niej wyczuwalne, jednak nie obraźliwe poczucie wyższości Wiedeńczyka nad prostym ludem górali karkonoskich...

4.04.2009

Śnieżka - rozbiórka budynku obserwatorium

Już od 5 dni trwa rozbiórka górnego dysku obserwatorium na Śnieżce. Do 15 maja szczyt zupełnie zmieni swe oblicze. Pozostaje pytanie: co dalej... Mimo, że obserwatorium meteorologiczne na Śnieżce przetrwało ponad 35 zim, które przynosiły gigantyczne ilości śniegu i wichury, to jednak uległo zawaleniu dopiero w tym sezonie, który pod względem pogody nie wyróżnia się niczym szczególnym. Budynek o kosmicznym kształcie doświadczył 9 marca 1990 roku huraganowego wiatru o prędkości 346 kilometrów na godzinę. Natomiast 14 i 15 marca 2005 roku musiał wytrzymać pod naporem pokrywy śnieżnej osiągającej wysokość 247 centymetrów. Tej zimy huraganowy wiatr pojawiał się rzadziej niż zwykle, w dodatku nie przekraczał 200 kilometrów na godzinę, a pokrywa śnieżna osiągała maksymalną wysokość 104 centymetrów. Za tydzień minie miesiąc od czasu uszkodzenia budynku. Przez ten czas meteorolodzy przenosili się z budynków po stronie polskiej na stronę czeską, ratowali sprzęt pomiarowy i próbowali zachować ciągłość zbierania danych o pogodzie. Obecnie bazą meteorologów jest jeden z budynków położony po czeskiej stronie szczytu Śnieżki. Co godzinę dokonują oni odczytu stanu atmosfery z urządzeń znajdujących się kilkadziesiąt metrów od uszkodzonego budynku obserwatorium. Tak też będzie wyglądać ich praca przez następne tygodnie, jak nie miesiące, do czasu aż budynek przestanie być zagrożony zawaleniem. Jak wynika z najnowszego komunikatu prasowego IMGW, rozbiórka górnego dysku obserwatorium, którego część urwała się i opadła na środkowy dysk, rozpoczęła się we wtorek (31.03). Zajmuje się nią wrocławska firma alpinistyczna. W środę (1.04) zostały zdemontowane wszystkie urządzenia znajdujące się w pokoju obserwatorów w dolnej części dysku górnego. Zarówno urządzenia (retransmitery, komputery) oraz wyposażenie (piece akumulacyjne, biurka, krzesła, szafy) i anteny mocowane na barierkach tarasu (który uległ osunięciu) bezpiecznie przetransportowano do dysku środkowego i zabezpieczono. W czwartek (2.04) usunięto część podłogi pokoju obserwatorów, zagrażającej bezpieczeństwu ekipy remontowej, oraz podesty na tarasie widokowym i barierki tarasu. Alpiniści za pomocą przymocowanych do budynku lin spuszczają zabezpieczone przedmioty na ziemię. Rozbiórka zakończy się do 15 maja i do tego czasu górny dysk całkowicie zniknie. Części budynku trafią najpewniej za pomocą śmigłowca do Karpacza, gdzie zostaną poddane drobiazgowej analizie. IMGW zapowiada także szybkie podpisanie umowy z firmą, która przeprowadzi pełną ekspertyzę budowlaną pozostałych dysków obserwatorium. Pojawiają się głosy, że szczęśliwie katastrofa budowlana nie nastąpiła jesienią, ponieważ wtedy rozbiórkę trzeba byłoby prowadzić w samym środku zimy w skrajnych warunkach pogodowych. Natomiast obecnie warunki poprawiają się, ponieważ robi się coraz cieplej, a niebo od kilku dni jest pogodne. To jednak również stwarza pewne zagrożenia, gdyż roztapiający się śnieg może doprowadzić do kolejnych uszkodzeń. Polskie szlaki prowadzące na szczyt Śnieżki nadal są zamknięte, jednak sprzyjająca pogoda przyciąga ludzi, którzy na własne oczy chcą zobaczyć jak znika ikona Śnieżki. Na szczycie pomiary meteorologiczne prowadzone są od blisko 200 lat. Pierwsi ludzie weszli na szczyt około 1577 roku, a pierwsi Polacy 100 lat później. Pierwszy budynek obserwatorium powstał w 1900 roku i utrzymał się przez następne blisko 90 lat, kiedy został rozebrany. W międzyczasie w latach 70. ubiegłego wieku wybudowano nowoczesne obserwatorium, które właśnie teraz przeżywa kryzys. Nie można nie wspomnieć o sąsiadującej z obserwatorium kaplicy Świętego Wawrzyńca, która mimo iż powstała 300 lat temu, nadal stoi. Zdania na temat przyszłość obserwatorium są podzielone. Jedni chcą odbudowania górnego dysku, inni rozebrania całego obserwatorium i wybudowania na jego miejscu nowego, znacznie solidniejszego. Decyzja, co dalej zrobić, zostanie podjęta po przeprowadzeniu analizy pozostałych dysków obserwatorium, co nastąpi najpewniej do połowy tego roku.
Tekst za portalem Twoja Pogoda

Na moje 49 urodziny

(Uwaga! Wpis z elementami wulgarnymi!)
Ostatni raz w moim życiu obchodziłem wczoraj urodziny "przed pięćdziesiątką". Obchodziłem je z daleka... Trochę bawiłem się w "księgowego", usiłując tworzyć wstępny bilans (wychodzi na zero - a przecież wiadomo od dawna, że "bilans musi wyjść na zero!"), a trochę się powkurzałem na rzeczywistość. I przypomniał mi się niezwykle adekwatny do owego wkurzenia wiersz niejakiego Tuwima, Juliana Tuwima, słynącego raczej z twórczości dziecięcej (jakże się mylicie!). Niechaj się stanie ten trafny utworek mottem wczorajszego dnia i hasłem przewodnim dalszej mojej życiowej peregrynacji...
Absztyfikanci Grubej Berty I katowickie węglokopy, I borysławskie naftowierty, I lodzermensche, bycze chłopy. Warszawskie bubki, żygolaki Z szajką wytwornych pind na kupę, Rębajły, franty, zabijaki, Całujcie mnie wszyscy w dupę. Izraelitcy doktorkowie, Widnia, żydowskiej Mekki, flance, Co w Bochni, Stryju i Krakowie Szerzycie kulturalną francę ! Którzy chlipiecie z “Naje Fraje” Swą intelektualną zupę, Mądrale, oczytane faje, Całujcie mnie wszyscy w dupę. Item aryjskie rzeczoznawce, Wypierdy germańskiego ducha (Gdy swoją krew i waszą sprawdzę, Werzcie mi, jedna będzie jucha), Karne pętaki i szturmowcy, Zuchy z Makabi czy z Owupe, I rekordziści, i sportowcy, Całujcie mnie wszyscy w dupę. Socjały nudne i ponure, Pedeki, neokatoliki, Podskakiwacze pod kulturę, Czciciele radia i fizyki, Uczone małpy, ścisłowiedy, Co oglądacie świat przez lupę I wszystko wiecie: co, jak, kiedy, Całujcie mnie wszyscy w dupę. Item ów belfer szkoły żeńskiej, Co dużo chciałby, a nie może, Item profesor Cy… wileński (Pan wie już za co, profesorze !) I ty za młodu nie dorżnięta Megiero, co masz taki tupet, Że szczujesz na mnie swe szczenięta; Całujcie mnie wszyscy w dupę. Item Syjontki palestyńskie, Haluce, co lejecie tkliwie Starozakonne łzy kretyńskie, Że “szumią jodły w Tel-Avivie”, I wszechsłowiańscy marzyciele, Zebrani w malowniczą trupę Z byle mistycznym kpem na czele, Całujcie mnie wszyscy w dupę. I ty fortuny skurwysynu, Gówniarzu uperfumowany, Co splendor oraz spleen Londynu Nosisz na gębie zakazanej, I ty, co mieszkasz dziś w pałacu, A srać chodziłeś pod chałupę, Ty, wypasiony na Ikacu, Całujcie mnie wszyscy w dupę. Item ględziarze i bajdury, Ciągnący z nieba grubą rętę, O, łapiduchy z Jasnej Góry, Z Góry Kalwarii parchy święte, I ty, księżuniu, co kutasa Zawiązanego masz na supeł, Żeby ci czasem nie pohasał, Całujcie mnie wszyscy w dupę. I wy, o których zapomniałem, Lub pominąłem was przez litość, Albo dlatego, że się bałem, Albo, że taka was obfitość, I ty, cenzorze, co za wiersz ten Zapewne skarzesz mnie na ciupę, Iżem się stał świntuchów hersztem, Całujcie mnie wszyscy w dupę !…

2.04.2009

Carl Ernst Morgenstern w Górach Izerskich

"Było to gdzieś ze 20 lat temu. Po raz kolejny siedzieliśmy w zacisznym kąciku warsztatu artystycznego na Wilczej Porębie i gadaliśmy. Podziwiano nowe obrazy i szkice Mistrza. Bez wyjątku wszystkie inspirowane były motywami z Karkonoszy. Nieśmiało odważyłem się zadać pytanie, dlaczego Mistrz zupełnie pomija Góry Izerskie: 'Nie macie tam nic godnego uwagi, muszę malować wasz dom zdrojowy?'. Nie, nie musiał, zapytałem jednak, czy był kiedykolwiek tam, u nas. Zaprzeczył, a ja miałem teraz ułatwione zadanie, mówiąc, że nie należy osądzać czegoś, czego się nie zna. Dwa tygodnie później zjawił się u mnie jako gość z całym dobytkiem malarskim – a więc ze stalugami i kuferkiem z przyborami, szybko rozpoczął malowanie. A to rozkładał się koło zamku Gryf, a to na sposób artystyczny chwytał nastrój panujący na torfowiskach izerskich. Buchberg (Bukovec) i odludna dolina Małej Izery stały się motywami licznych studiów. Gdy wracał z Haindorf (Hejnice), ze Stolpichschlucht (wąwóz Štolpišské silnice) i z pałacu Wallensteina w Friedland (Frỳdlant), witał mnie słowami: 'Pan winien był zostać malarzem – pan widzi obrazami!'. Podpowiedziałem mu odpowiednie miejsca na artystyczne ujęcie trzech punktów; natomiast kwestia, czy świat wiele na tym stracił, że nie zostałem malarzem – niechaj pozostanie bez odpowiedzi. […] Wieczory owych dni należą do najmilszych, jakie przeżyłem w moim domu. Siedzieliśmy razem, blisko siebie, rozpostarte na stole leżały artystyczne efekty minionego dnia okraszane niejednym przaśnym żartem pana profesora, który nota bene nie darzył owego tytułu – jak to wyraził „szczególną estymą”. Dziesięć z owych szkiców ukazało się później w formie zbioru widokówek z Gór Izerskich, co zostało dzisiaj, w naszych szybkich czasach nieomal zapomniane. Spędziliśmy również niejedną przemiłą chwilę u Morgensterna. Jego ostatnim odwiedzinom w Górach Izerskich towarzyszyły niemal tragiczne okoliczności. Pewnego dnia wezwany zostałem do Domu Zdrojowego do pewnego pana, który koniecznie chciał się ze mną widzieć, co w zasadzie nie było niczym niezwykłym. Gdy wspinałem się schodami na tarasy, zobaczyłem siedzącego tam, jakby zapadniętego w siebie starego człowieka o blado-woskowej twarzy: Morgensterna. 'No, jak ten mnie od razu rozpoznał, to nie może być ze mną jeszcze tak źle!', powiedział do opiekującej się nim siostrzenicy, a do mnie rzekł: 'Teraz to pan musi przyjść do mnie, ja już do pana nie dam rady dojść'. Źle zrastające się złamanie kości nogi, jakiego doznał w 79 roku życia, przykuło go do fotela, wkrótce potem, w wieku 80 lat ostatecznie zawiesił na kołku paletę malarską i pędzel. W naszych lasach ponownie goreje świecącymi barwami jesień, którą Morgenstern tak często portretował swą wprawną ręką. Z grona uczestników spotkań z czasów, gdy obrazy te powstawały, pozostałem jeszcze tylko ja. Samotnie siedzę czasem nad lśniącą szklanicą – obrazy uśmiechają się do mnie ze ścian, a ja marzę o tamtych chwilach".
Dr Siebelt
(Tekst z "Wanderer im Riesengebirge", listopad 1928 r.)
Carl Ernst Morgenstern (ur. 1847 r. w Monachium; zm. w 1928 r. Wolfshau/Wilcza Poręba)
Malarz, pejzażysta, grafik. W 1884 r. objął we wrocławskiej Szkole Sztuki nowo utworzoną klasę Malarstwa Krajobrazowego, w 1888 r. zorganizował tamże Klasę Grafiki. W 1887 r. otrzymał tytuł profesora. Wykształcił wielu pejzażystów, m.in. E. Burkerta, S. Haertela, A. Nickischa, H. Tüpke, H. Oberländera, G. Wichmanna. W 1915 r. przeszedł na emeryturę i osiedlił się na stałe w Wilczej Porębie w Karpaczu. Swój dom w testamencie przeznaczył na potrzeby śląskich artystów.
Pejzaż wiejski - C. E. Morgenstern
Doktor Josef Siebelt - naczelny lekarz uzdrowiska Bad Flinsberg (Świeradów Zdrój)

1.04.2009

Uderz w stół przyciskiem (do papieru), a odezwie się Wyrocznia

Wpis całkowicie nie primaaprilisowy
Motto:
Doigrałem się! Przepadłem w środowisku znawców szkła artystycznego oraz muzealników! Wkrótce spodziewam się zakazu wstępu do Muzeum Karkonoskiego oraz jego rozsianych po całym Dolnym Śląsku 3 filii! A także do wszelkich hut szkła, łącznie ze znajdującą się w stanie upadłości Hutą „Krosno”. Nie będę już mógł napić się piwa z „Piesiem”, Wiater odsunie się ode mnie, jak od trędowatego, pan Henryk Łubkowski nie wpuści na teren „Huty Leśnej”. Wszystko za sprawą tego, że ŚMIAŁEM przedstawić we wpisie „Josephinenhütte - secesja, Art Déco, modernizm” opinię inną (acz nie swoją), niźli obowiązująca u de-facto-dyrektor Muzeum Karkonoskiego, pani doktor Stefanii Żelasko (pani G. Zawiła zapewne - jak wnioskuję ze słów JEDYNEJ SŁUSZNEJ Wyroczni w stopniu doktora i jej gróźb niekaralnych - bo pierwszokwietniowych - pełni tę funkcję jedynie de iure)... Ale po kolei: Odebrałem telefon, który był najwyraźniej skutkiem wspomnianego wyżej wpisu, od samej Pani Doktor, która oburzona była, że śmiałem zamieścić we fragmentach tekst pana Marka Kordasiewicza. Oto takim „nieodpowiedzialnym zachowaniem” mieszam Szanownym (i pleni titulo) Czytelnikom w głowach, promuję ignorantów i nieuków, sam przy tym nie mając pojęcia o materii, w której się wypowiadam. „Żadna Huta Józefiny!”, brzmiało w słuchawce; „to wymysł człowieka, który niemieckiego nie zna!”. „Taki [pan - dopisek mój] Kordasiewicz nie będzie kwestionował atrybucji, jakie przedstawiłam [w swojej pierwszej książce]”. I argument przedostatni – widać bardzo istotny dla mojej rozmówczyni - „Środowisko naukowe nie kwestionuje wyników moich badań […] zbieram wyłącznie pozytywne opinie”. Na koniec rozmowy zaś sugestia, bym dokonał kolejnego, tym razem „praworządnego” wpisu na ten temat, gdyż w przeciwnym razie - UWAGA! - Muzeum Karkonoskie „zastanowi się nad tym, czy będę otrzymywał dalsze zlecenia [tłumaczeń]” (to ostatni argument mojej rozmówczyni). Wpis niniejszym czynię – zgodnie z sugestią, lecz nie na skutek gróźb pani doktor. Nie jestem w stanie ocenić, gdzie istotnie leży racja. Natomiast wiem, że Muzeum Karkonoskie i jego Dział Szkła Artystycznego (spersonifikowany przez panią doktor Ż). nie ma monopolu na prawdę, tak, jak nie ma jej Radio Maryja w kwestiach wiary i polityki. A z pewnością – póki jeszcze w tym kraju nie rządzi Radio Maryja wespół z JEDYNIE SŁUSZNĄ Wyrocznią Muzealną w stopniu doktora – nie będę cenzurował własnego bloga. Szanuję dokonania pani doktor Żelasko, podziwiam jej wiedzę i z wielkim zainteresowaniem czytam jej publikacje. Jednak wbrew temu, co sama sądzi – nie jest jedynym autorytetem w „szklanych sprawach” - ani w Polsce, ani w Europie. I nie jedynym „doktorem od szkła” na Dolnym Śląsku (wspomnę tu ku przeciwwadze raz jeszcze choćby pana doktora Mariusza Ł.). Nie jest nim również pan Kordasiewicz, facet jednak przynajmniej potrafi wyartykułować swoje odmienne zdanie w sposób dość przekonujący, a przynajmniej chwytliwy. Czego życzę również pani doktor Żelasko. A jeśli chodzi o kwestię – jak to wyraziła szanowna pani doktor Ż.: „już teraz zastanawiają się [kto??? Nazwiska, adresy, marki samochodów!], czy nie uciąć ci zleceń z muzeum”, to pragnę wyjaśnić, że da się bez nich żyć. Przecież nie są to granty z Ministerstwa Kultury (oraz Dziedzictwa Narodowego)…
Ech, Szklana Pogoda...
Linki skojarzone tematycznie: 1. O to poszło... 2. Wyrocznia dyrektorem...? 3. Direktorin des „Schlesischen Museums Jelina Gora“ (niemiecki) 4. Ważna publikacja - artykuł (niemiecki, plik PDF)

31.03.2009

Mgły na Górze Szybowcowej

Chwilowo zabrakło mi pozytywnych tematów... świat mi zszarzał i spowszedniał. Ubrałem się więc skoro świt i poszedłem z Frodą szukać ukojenia pośród mgieł. I bardzo szybko zacząłem żałować, że dysponuję tak kiepskim sprzętem fotograficznym - poranek ostatniego dnia marca przyniósł bowiem widowisko niezwykłe. Wdrapałem się z tek okazji na Górę Szybowcową, jednak prawdziwe piękno tych "pejzaży horyzontalnych" pozostanie w mojej głowie... Zamarzył mi się Nikon D3x z porządną optyką, ale wydać ponad 30 tysięcy na aparat fotograficzny po to tylko, by publikować na blogu...?! Mizerny jakościowo plon fotograficzny mojego porannego spaceru poniżej.
Krótko przed godziną siódmą - zza zagajnika i spośród mgieł wytacza się gwiazda
Froda dojrzała stado saren - mój obiektyw ich niestety nie dojrzał
U podnóża Szubienicznej, czyli Szybowcowej (godzina siódma dwadzieścia)
W połowie podejścia pod Szybowcową - owe białe plamki na horyzoncie to Śnieżne Kotły
Pas startowy - czyli Highway to Heaven
Raz jeszcze próba ze Śnieżnymi Kotłami - to trzeba jednak oglądać "naocznie"
Froda na granicy stref zimy i wiosny
Godzina ósma pięćdziesiąt - po porannej mgle radiacyjnej ani śladu; po szadzi również
Przerąbane...
(O)Lśnienie
Do domu wróciłem o dziesiątej. Pełen barw i z pozytywnym (by nie rzec "pozytywistycznym") nastawieniem do życia...

30.03.2009

Opłata licencyjna dla Gazety Wybiórczej

Piszę tego bloga w dużej mierze dla siebie, ale także po to, by zachować pewne materiały, które z komputera po jakimś czasie znikają (dezaktualizują się, jak chociażby relatywnie świeża sprawa 'talerzy' na Śnieżce). Po liczbie odwiedzających i analizie tzw. "słów kluczowych" oraz adresów IP, które przewijają się na blogu wnioskuję, że jest pewne grono osób, które czasami zaglądają tutaj, być może również po to, aby zdobyć jakieś (potrzebne?) informacje. Staram się nie łamać praw autorskich, jeżeli korzystam z materiałów z innych stron internetowych, a jeśli widzę zastrzeżenia - zwracam się o zgodę do odpowiednich osób (autorów), co miało miejsce choćby w przypadku posta "Josephinenhütte - secesja, Art Déco, modernizm". Otrzymałem wówczas od pana Marka Kordasiewicza następującego maila:
Równie "porządnie" chciałem postąpić wobec Gazety Wyborczej. Zainteresował mnie artykuł (i poruszony w nim problem) " Zakończmy wojnę wrocławsko pruską". Zwróciłem się więc o umożliwienie nabycia licencji do opublikowania go na tym blogu. Odpowiedź, a szczególnie kwota, jakiej zażądała AGORA S.A., wprawiła mnie w osłupienie. No cóż - pewnie kryzys dopadł i "Wyborczą", jeżeli za swoje teksty żąda od niekomercyjnie piszących "blagierów" takich sum... Poniżej uprzejma, acz krótka korespondencja z AGORĄ...
Rezygnuję więc z "przedruku", kto zechce, znajdzie wspomniany artykuł na stronie internetowej Gazety Wyborczej.

29.03.2009

Różne oblicza niemieckiej turystyki grupowej (w Polsce)

Zdjęcia poniższe znalazłem w internecie, a osoba je publikująca (ze Stanów Zjednoczonych) napisała, że chętnie się nimi podzieli, co i ja niniejszym czynię. Gdy je oglądałem, miałem nieodparte wrażenie, że po zmianie podpisów (nawet nie wszystkich), "ubiorów", środków transportu, po uwspółcześnieniu tych fotografii - zdjęcia mogłyby pochodzić z niejednego wycieczkowego autokaru, którymi już po wojnie, przyjeżdżali do nas nasi zachodni sąsiedzi, ze szczególnym uwzględnieniem lat po 1990 r, a w których miałem okazję być przewodnikiem. Zastanawiam się, czy sarkazm tego wpisu nie będzie za daleko idący... Jeżeli takie będą komentarze - zdejmę ten wpis z bloga. A tak przy okazji - w tym roku, we wrześniu minie 70 lat od owej przedstawionej na zdjęciach "wycieczki"...
"W drodze na Wschód" - początek wycieczki
"Tuż przed granicą" - za moich czasów pilockich wystarczyła lista uczestników, ale podczas ówczesnej wycieczki podróżnych było z pewnością zbyt wielu.
"Nasz szef kompanii" - albo po prostu: pilot wycieczki
"Naprzód polskimi drogami" - bywały i współcześnie czasy, że niemieckie autokary jechały nieomal kolumną - czy to do Krakowa, czy Wrocławia
"Polska kuchnia" - ciesząca się niezmiennie uznaniem po dziś dzień, a także wszelkiego rodzaju trunki (ze szczególnym naciskiem na 'Żubrówkę')
"Przerwa w podróży pod Pińczowem" - tych przerw robi się sporo, a to ze względu na "okoliczności przyrody", a to przez wzgląd na fizjologię
"Żydzi pod Miechowem". Niezwykle chętnie niemieccy turyści odwiedzają krakowski Kazimierz z jego cmentarzem przy synagodze Remu (często nie kryjąc zdziwienia, że obiekty te się zachowały...)
"Fasowanie prowiantu" - odbywa się do dzisiaj: najpopularniejszą formą dożywiania się w trasie są przygotowywane z reguły przez kierowcę autokaru "bockwursty" i "filterkaffee" (parówki i kawa z ekspresu przelewowego)
"Pontonami przez Wisłę" - bez specjalnych atrakcji nie może się obyć, także dzisiaj, czy to spływ Dunajcem na tratwach, czy wycieczka płaskodennymi łodziami na Mazurach...
"Most na Sanie". Nie będę komentował, bo stan polskich mostów niewiele się poprawił od czasów przedstawionej na tych zdjęciach "wycieczki"
"Biłgoraj w gruzach" - historyczne ruiny są chętnie i często zwiedzane przez gości zza zachodniej granicy; koło Kętrzyna musi to być teren byłej "Wolfschanze" w Gierłoży, czy choćby stare zamki na Dolnym Śląsku, które przecież sami dobrowolnie doprowadzamy do całkowitej ruiny (vide Wleń)
"Zajmowanie kwater zimowych w Kruppe" - nie wiem, co to za miejscowość, natomiast istotnie zimą i latem do salonów fryzjerskich w Polsce przybywają tłumy Niemców, by za pół (a nawet ćwierć) ceny poddać się zabiegom pielęgnacyjnym
"Polskie drogi". Zbieżność z niezłym zresztą serialem przypadkowa. Natomiast zbieżność z obecnym stanem dróg w naszym kraju raczej zamierzona
"W drodze do domu" - każda wycieczka się kiedyś kończy, na szczęście nie każda w taki sposób, jak ta najdłuższa w XX wieku. Ciarki mnie czasem przechodzą, gdy słyszę od niektórych moich Gości serdeczne zapewnienie: "My tu jeszcze wrócimy...!"
Z góry przepraszam, jeśli takimi komentarzami obrażam czyjeś uczucia, ale powstrzymać się nie mogę. Zdjęć jest więcej (razem 30), nie wszystkie uważam za nadające się do publikowania, a z pewnością nie w takiej formie, jaką przyjąłem. "Tempora mutantur", ale czy naprawdę MY zmieniami się wraz z nimi...?

27.03.2009

Wielka powódź w Kowarach (czerwiec 1897 r.)

Deszcz lał strumieniami; była to nieprawdopodobnie parna noc. Musiało być koło północy, gdy rozległy się niezwykłe dźwięki. W domach w dolnej części miasta dawno już zgasły światła. Mieszkańcy spokojnie udali się na spoczynek. Usłyszałem wówczas coraz silniejszy szum przepływającej tuz obok budynku Jedlicy, przeplatany tępymi uderzeniami głazów, które porwała rzeka, miotając je o mury oporowe. Głębokie, niesamowite dźwięki brzmiały niczym wystrzały z armat! Mimo to nie czułem większego niepokoju, gdyż podobne sytuacje już się zdarzały i kończyły się przeważnie niewielkimi niedogodnościami, zalaniem piwnic i innymi drobnymi niewygodami. Koło godziny 1:00 (w nocy) rozległa się syrena alarmowa ochotniczej straży pożarnej, zagłuszana chwilami przez głośny szum Jedlicy. Jednak ulice i brzegi Jedlicy pozostały puste. Nawet w najbardziej zagrożonych domach ludzie spokojnie spali. Gdy poczęło świtać, ujrzano to, co do tej pory było jedynie słychać. Żółto-szare, spienione masy wody pędziły łożyskiem rzeki, niosąc belki, drzwi, deski, meble; miejscami wylewając z koryta, zalewając ulicę i chodnik – w tym momencie runął mały dom, znajdujący się po prawej stronie, i utonął w Jedlicy. Pozostała tylko niewielka reszta: jedna ściana szczytowa z powiewającymi na wietrze firankami i rozrzuconymi sprzętami gospodarstwa domowego. Ludzie uratowali się, skacząc przez okna. Kobieta starała się uratować pościele, lecz w tym momencie izba wraz z łóżkiem zsunęła się do wody, a ona sama ledwie się uratowała.
Szedłem dalej ulicą, brodząc w mule. Kamienny most, pierwszy w dolnej części miasta, pozostał nietknięty. Poza nim chyba tylko jeszcze dwa mosty – pozostałe, oraz kładki, czy to z kamienia, czy z drewna, czy z żelaza, po prostu zniknęły. W miejscu, gdzie odchodzi pierwsza ulica w kierunku dworca i Karpacza, woda rozmyła nawierzchnię i podmyła mur oporowy. Ścinano drzewa owocowe, by zatrzymać wodę, która swój najwyższy stan osiągnęła pomiędzy godziną czwartą a pół do piątej. Jakiż straszliwy obraz rozciągał się w tym właśnie miejscu! Wprawdzie Jedlica rwała i szalała jeszcze w swoim starym korycie, jednak wyżłobiła sobie drugą odnogę. Z wielką siłą woda uderzała w położony nad brzegiem domek drobnego handlarza, który w ostatniej chwili uszedł niebezpieczeństwu, porwała wreszcie dom, pozostawiając jedną niewielką izdebkę, wdarła się na Gartenstraße, uderzyła w szkołę dla Kowar Dolnych, porywając jeden z pokoi mieszkania nauczyciela, pochłonęła położony obok dom mistrza malarskiego oraz zniosła z powierzchni ziemi dom kupca Hentschela wraz z przydomowym ogródkiem, najładniejszym w mieście, całą dumą i radością 80-letniego właściciela. Od Rynku płynie szeroką strugą płytka woda, wypływająca ze ścieżki, prowadzącej do gospody „Pod Czarnym Koniem”, dokąd dostała się z położonych wyżej terenów. Jakiż straszliwy widok przedstawiają oficyny domów położonych tuż nad wodą! Zbudowano jest przeważnie tuż nad rzeką, niektóre sięgały ponad lustro wody. Zbliżając się ku nim, obok miejsc, gdzie wczoraj nieledwie stały małe, zadbane domki, spozieramy w otwarte resztki izb, warsztatów i magazynów. Tu wisi obraz, niewielki landszaft, na którym błękitne niebo kontrastuje z kolorytem mglistego dnia; tam wejrzeć można głęboko w najtajniejsze schowki w domu rzeźnika, widać też pozostałości po piekarni, po warsztacie blacharskim, którego cenne maszyny uniosła Jedlica. W oficynie pewnego destylatora znajdowała się stajnia dla koni i mieszkanie woźnicy. Stajnię, konie a także woźnicę porwała woda. Woźnica, August Trautmann spod Kostrzycy, wołał zapewne o pomoc, gdy szalejący nurt pociągnął go pod most Nepomucena; jednak czy ktoś byłby w stanie pomóc? Jego zwłoki znaleziono w Łomnicy. Zewsząd słychać było wołania o ratunek i wrzaski przerażenia, jednak nie było możliwości dotarcia do nieszczęśników, gdyż nikt nie był wstanie opuścić podmywanych przez wodę domów. Rozbijano drzwi i wybijano okna, by ratować ludzi i dobytek – jedno zniszczenie powodowało kolejne, aż wreszcie ujrzano bezmiar katastrofy, która w przeciągu niewielu godzin, często – w ciągu 10 minut, a czasami w mgnieniu oka nagle zniszczyła mienie i szczęście wielu rodzin. Obraz spustoszeń sięgał Podgórza. Tu i ówdzie porwane przez wodę domy, w górnej części miasta zerwane nawierzchnie ulic i wypłukane nowe koryto rzeki; jeszcze wyżej ku fabryce porcelany, której położona nad rzeką przybudówka została zniesiona, aż po kompletnie zdewastowaną leśniczówkę nad Podgórzem – wszędzie ten sam widok! Oberwanie chmury, które musiało przejść nad grzbietem, gdzieś powyżej Okraju, wraz z padającym od wielu dni deszczem spowodowały, że strumienie i rzeka wystąpiły z brzegów, tworząc sobie nowe koryta prowadzące wprost przez ludzkie domostwa i warsztaty. Według danych urzędowych magistratu zniszczonych zostało 14 budynków mieszkalnych i 15 innych budowli, 10 domów mieszkalnych i 5 innych budynków silnie uszkodzonych, 12 publicznych i 9 prywatnych mostów zerwanych, 3 kilometry dróg publicznych i ponad kilometr prywatnych rozmytych, 5 kilometrów publicznych i 10 kilometrów prywatnych ścieżek w znacznym stopniu uszkodzonych. Pół hektara pól, cztery hektary łąk i jeden hektar ziemi ogrodowej znalazły się pod warstwą piasku. Zerwanych zostało 800 do 900 metrów murów oporowych, na długości 2 km koryto Jedlicy wypełniał piasek i żwir. Całkowite szkody miasta wyniosły 497.536 marek. Sam właściciel fabryki porcelany ocenił swoje straty na ponad 105.000 marek. W kopalni „Bergfreiheit” poziom wody podniósł się o 66 metrów, co spowodowało zawalenie się licznych konstrukcji kopalnianych. Wydobycie wstrzymano na 3 miesiące.
Georg Friedlaender: "Aus den Tagen der Überschwemmung", Kowary, 1898 r.
zdjęcia ze strony Wratislaviae Amici

Flagi

free counters