1.07.2012

Koko-Story with happy end

Koko przemieszkała u nas 8 dni. Ukradła nam po kawałku serca (Frodzie chyba również). Pozostawiła ślady trwałe i takie, które się zagoją: choćby zadrapania na rekach i nogach. Ożywiła nasz dom, wniosła doń kocia energię i sporą porcję kociego humoru. A w poniedziałek nadejdzie czas rozstania: Koko znad Strumienia Jelnia wyjeżdża do Wrocławia, do Pałacu Królewskiego. Tam będzie jej nowy dom, na stałe. Czyż nie jest to awans społeczny równy opisywanemu w bajce o Kopciuszku?!

Napisał ktoś na Fejsbuku, że nie jesteśmy w stanie uratować życia wszystkim bezdomnym (porzuconym) zwierzętom. To prawda. Ale prawdą jest, że dla każdego uratowanego, przygarniętego zwierzaka zaczyna się nowe życie. Taka... druga szansa. I mam wrażenie, że te zwierzaki to czują. I odwdzięczają się swoim ratownikom miłością, oddaniem, zabawą, radością... OK, być może opisuję coś, co chciałbym widzieć. A jednak...


Koko w pudełku sypialnianym





Koko - nieustraszona prowokatorka, w misce Frody.
Tu się śpi najlepiej
Modelka...
Przyjaciółki
Koko na Picasa

24.06.2012

Koko – kocię znalezione w lesie

Stało się. Znowu. Dwa lata temu był Kaziuk. A dzisiaj...:



Poszła moja Połowinka na spacer z Frodą, poszła do lasu, nad strumień…
Wróciły we trzy… Połowinka, Froda i… Koko. Kim jest ta ostatnia? Pięciotygodniowym kocięciem, które błąkało się koło Jelni. Ufne, z psami zaprzyjaźnione, do ludzi lgnące. Porzucone? Wywiezione do lasu? Zbiegłe z pobliskich działek? Nie wiemy.
Wiemy, że jest u nas, na przechowanie. Wiemy, że ma ok. 5 tygodni, waży 400 gram, że jest zdrowa, a na wszelki wypadek dostała od weta Adama środek na odrobaczanie (wraz z 4 saszetkami karmy Royal dla – to brzmi dumnie! – Young Femal Cat). Przez 2-3 dni będzie u nas na obserwacji, w końcu wygodnie jest mieć weterynarza vis-à-vis, i praktycznie.

U weterynarza w 4-łapach
Ale już teraz grzecznie, nienatarczywie, acz z desperacją pytam:
Czy może ktoś z Państwa zechciałby przygarnąć przemiłą Koko? U nas zostać nie może; nie te warunki lokalowe, no i sunia nasz, Froda… Wprawdzie przyjaźń rozkwitła „od pierwszego wejrzenia”, ale kilka poważnych obaw jest, w tym ta główna: o wywołanie u suki ciąży urojonej… Więc jeśli ktoś, to ja bardzo proszę! Bardzo pilnie!

A póki co, będę Państwa zanudzał codziennymi porcjami doniesień „z życia Koko”, ze zdjęciami oczywiście… 





23.06.2012

Diamenciki pośród traw

Wkurzenie pospolite (na świat cały i własne ułomności) wprawdzie mi nie minęło, ale wobec takich mikro-widoczków, jak te z dzisiejszego ranka, musiało odpuścić. Pięknie się lato zaczyna, gdy Lato się kończy...




Natomiast wczorajszy wieczór, aż po późny zmierzch, spędziłem na stokach Góry Szybowcowej, oglądając sobie przewspaniałe widoki, jakie niósł kończący się, najdłuższy dzień roku 2012. O wiele mi to milsze, niźli boje piłkarskie niemiecko-greckie (toczone nb. w rocznicę rozpoczęcia Przedsięwzięcia Barbarossa)



Oprócz Frody i mnie, na Szybowcowej sporo innych bywalców stałych, między innymi taki przemiły, spokojny zaskroniec.

22.06.2012

Wulgaria... (wpis dla dzieci powyżej lat osiemnastu)

Nie jestem ostatnimi tygodniami w nastroju. W dobrym nastroju. W zasadzie nie jestem w żadnym nastroju: jestem rozstrojony, jak pianino tapera w podrzędnym kinie prowincjonalnym. Złożyło się na to wiele czynników, tak osobistych, jak i zawodowych. A i otoczka cała świata zewnętrznego, z drażniącym mnie Euro2012, wkurwiającym Tuskiem i jego rządem picusiów-glancusiów, z Arłukowiczem w roli gnojka pierwszoplanowego; i z wzbudzającym chęć powtórki smoleńskiej Kaczyńskim i jego bandą wazelinowych przygłupów, nie nastrajają mnie optymistycznie.

I oto znajduję w sieci tekst rymowany pobieżnie (by nie rzec: kiepsko), ale wyrażający moje stany duchowe i fizyczne. Dziękuję Ci, Michał: trafiłeś do mnie przekazem, a przekaz ten mógłby być mój...; tyle, że nawet wierszy klecić mi się nie chce.


mam taki przekaz skondensowany
wieszczą odezwę z przytupem
gdy życie mnie zmusza przekazać coś światu
mówię, że chuj ci w dupę

po co czarować, owijać w bawełnę
barokiem na papier szczać z pióra
gdy prosto z mostu, że chuj ci w dupę
rozbrzmiewa jak uwertura?

może wulgarne, wieśniackie, lecz proszę
poprawcie mnie gdy nie mam racji
że chuj ci w dupę kończy rozmowę
i próbę argumentacji

więc... kiedy przyjdą podpalić mój dom
a wolność naszą okraszę mym trupem
w ostatnich słowach nim spadnie głowa
powiem, że chuj wam w dupę

gdy spojrzę przed siebie i ujrzę lawinę
a ja jak ten kamyk malutki
stanę i powiem, że chuj ci w dupę
to będzie mój przekaz krótki

chcesz? patrzaj w serce
weź szkiełko i oko
włóż sobie nawet pod lupę
jeśli potrzebne byś zrozumiała
powagę, że chuj ci w dupę

całuję w rączki, przepraszam i proszę
to może innym razem
dzisiaj wiem jedno, że chuj ci w dupę
jest mym jedynym przekazem

wiem, że są chwile, że czujesz coś więcej
i zbierasz ten myśli gąszcz w kupę
gdy przyjdziesz wyrzygać mi swoje racje
pamiętaj, że chuj ci w dupę

spokojnie, bez nerwów i z zimną krwią
chcę ci powiedzieć te słowa
że chuj ci w dupę a gdy nie pojmiesz
mogę przeczytać od nowa

co się zaś tyczy was mili państwo
myślę, że zrozumiecie
że chuj ci w dupę najlepszym lekarstwem
na całe zło na tym świecie

ps.
- jedźmy, chuj im w dupę.

8.06.2012

110 lat trasy kolejowej, zwanej niegdyś "Zackentalbahn"

Jakoś kolejowo się zrobiło: drugi z kolei wpis, dotyczący "Zackentalbahn" (ciągle jeszcze nie mogę się przyzwyczaić do  moim zdaniem nieprawidłowej  nazwy "Kolej Izerska"). Tym razem z okazji 110 rocznicy (za)istnienia tego szlaku, niegdyś intensywnie użytkowanego. Czy tak będzie również w przyszłości, gdy dobiegnie końca remont szlaku od Jeleniej Góry do Szklarskiej Poręby Górnej? Bardzo bym tego chciał...
Pracujemy, jako współorganizator, nad obchodami 110 lat Kolei Izerskiej. Głównym organizatorem jest miasto Szklarska Poręba, a ściślej Miejski Ośrodek Kultury Sportu i Aktywności Lokalnej. Pomysł na imprezę pojawił się bardzo niedawno i teraz kilkanaście zaangażowanych osób, w tym przedstawiciel strony czeskiej, działa intensywnie nad ułożeniem programu. Pomysłów jest sporo, jeden możemy zdradzić, już widać w terenie jego pierwszy ślad
Festyn ma się zacząć w piątek 6. lipca br. na terenie dworca PKP w Szklarskiej Porębie Górnej, a w niedzielę 8. lipca br. planujemy urządzić w Jakuszycach na stacji kolejowej uroczyste odsłonięcie kwarcowego obelisku z pamiątkową tablicą w metalu i śliczną lokomotywką retro odlaną ze szkła. Tablicę wykona Grzegorz Pawłowski ze Szklarskiej Poręby, a lokomotywkę dr Mariusz Łabiński z Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Impreza ma mieć charakter inicjacyjny, mamy nadzieję, że stanie się początkiem cyklicznych obchodów Święta Kolei Dolnośląskiej. Zaproszeni zostaną bardzo ważni ludzie z regionu, tak się składa, prawdziwi miłośnicy kolei żelaznej, a kolei retro w szczególności. 
Szczegóły imprezy  wkrótce. Na razie w galerii zdjęć możecie zobaczyć przygotowania głazu pod obelisk w Jakuszycach i logo całej imprezy, lokomotywkę retro.
.
Po owe szczegóły odsyłam na (nową) stronę Towarzystwa Izerskiego.


I jeszcze kilka ilustracji (podprowadzone z FB)




31.05.2012

Mieć sztywny kręgosłup?

Rozpocznę cytatem:
"Bardzo często rwa kulszowa jest objawem, który mija samoistnie, nawet jeśli jest to bardzo dotkliwy ból pleców. Jednakże w niektórych przypadkach wymaga zastosowania odpowiedniej terapii. Spektrum metod jakie oferują specjaliści, dobra klinika kręgosłupa jest szerokie, od farmakologii, przez fizjoterapię po medycynę alternatywną. Najczęściej pierwsze kroki jeśli chodzi o leczenie kręgosłupa dotkniętego rwą kulszową, to zaradzenie przykrym i bardzo dotkliwym objawom, jakim są bóle kręgosłupa leczenie polega wówczas na podaniu odpowiednich leków przeciwbólowych oraz przeciwzapalnych, głównie z grupy opioidalnych". (Vertebralia)
No, to padłem. A w zasadzie: "siadłem", bowiem leżeć za bardzo nie mogę. Zresztą stać też nie, a chodzić mogę tylko "stopkami" (przynajmniej będę miał najdokładniejsze obmiary mieszkania, wyrażane w jednostce długości o nazwie stopa karkonoska). O zejściu ze schodów nie marzę (próbowałem, daremne żale, za to głośne jęki...). Ba: ekwilibrystyką niemal cyrkową jest próba przycupnięcia na kibelku!

Jednym słowem: chujnia z masłem. Z margaryną. Obojętnie z czym, ważne, żeby zawierało witaminę "B". Bo rzekomo Be czyni cuda.
Fakt, to nie pierwszy raz: ostatnio "złapało" mnie we wrześniu 2007 r. To niemal 5 lat temu, więc w zasadzie nie powinienem narzekać. A jednak: ta nieporadność, to całkowite "ubezwłasnowolnienie" i ten pojawiający się bez ostrzeżenia, przeszywający  ból (nawet wówczas, gdy przyjmę pozycję "bezbolesną", wygodną); wszystko to doprowadza mnie do białej gorączki. Poza wszystkim zaczynam rozumieć (i głęboko współczuję) chorym na zespół Tourette'a; niekontrolowane jęki, stęki, okrzyki rozbrzmiewają z moich ust nader często, a - jako rzekł poeta - "kurwy latają jak motyle".

Złapało mnie wczoraj: rankiem sięgnąłem do klamki okiennej, by wpuścić końcowo-majowe lato do mieszkania i... niczym radziecki pomnik z tą wyciągniętą ręką zastygłem. I już wiedziałem, co się święci... I - kurtka na wacie, skumbrie w tomacie - nie pomyliłem się (chociaż tyle mojej satysfakcji!): od tamtej chwili nie udało mi się złapać pionu (poziomu to ja nigdy najwyższego nie miałem), a pozycja (ta wygodna, bezbolesna), którą przyjmuję siedząc na krześle, musi przywodzić na myśl krzywą wieżę w pięknej pi... Pizie.

Jeszcze dzisiaj pocierpię sobie bezdoktorowo: nawcinam się witaminy B, starał się będę nie nadwyrężać "lędźwiowego odcinka kręgosłupa", łyknę kilka przeciwbólowców (ale nie opioidalnych!). Na szczęście najmniej "drażliwą" pozycją trwania jest pozycja siedząca - umożliwia mi to pracę nad wspaniałym tłumaczeniem, które wczoraj właśnie rozpocząć miałem. I rozpocząłem! 
.

No to się Państwu wypłakałem. A co tam, mój-ci ten blog...

29.05.2012

O wleńskim kościele św. Mikołaja kilka słów małych

Spędziłem wczorajsze popołudnie w miejscu cudownym: we Wleniu i jego najbliższych okolicach. Naszło mnie więc na napisanie czegoś o tym miasteczku, który na myśl przywodzi mi lekko zurbanizowaną baśń o śpiącej, przepięknej urody królewnie. I jestem całkowicie przekonany, że niebawem już zjawi się ów niezłomny (a przy tym bardzo bogaty) książę, by Wleń pokochać i wyrwać z niezbyt przyjemnego, a przede wszystkim o wiele już za długiego snu... Zbrodnią jest bowiem na ludzkości, by tak przewspaniałe miejsca w letargu pogrążone umykały postrzeganiu turystów, inwestorów i animatorów kultury. Jest pomysł: jest CZAS NA WLEŃ. Tym bardziej, ze już za 2 lata miasto z dumą obchodzić będzie 800-lecie nadania mu praw miejskich przez Henryka Brodatego. Zaglądajcie do Wlenia, sławcie jego urodę  i wszystko się ułoży jak pasjans stawiany ręką mistrza!
Dzisiaj napiszę o kościele parafialnym słów kilka, obiecuję, że o Wleniu będę pisał tutaj w najbliższym czasie wielokrotnie. Kilka zdjęć z "późnomajowego dnia wleńskiego" znajduje się tutaj. Przy okazji pozdrawiam serdecznie burmistrza, pana Bogdana Mościckiego: to on w dużym stopniu spowodował, że moje datujące się od lat zainteresowanie Wleniem i jego historią ostatnimi czasy niepomiernie wzrosło.
.
„…mieszkańcy młodego miasta z trudem wspinali się po stromych zboczach, by dotrzeć do kaplicy zamkowej, która w dodatku była już zbyt mała, by pomieścić tłum wiernych, więc w rok po lokacji miasta wyprosili sobie pozwolenie na wzniesienie kościoła, którego budowę rozpoczęli w roku 1215. W swoim dziele i w obliczu swojej niezamożności wspomagani byli przez Henryka (Brodatego) i Jadwigę. Wiarygodne przekazy mówią, że para książęca wzniosła na własny koszt proboszczówkę, do budowy której użyto ogromnych bloków skalnych zwożonych z okolicznych gór – a to przez wzgląd na występujące już wówczas podtopienia miasta przez Bóbr. Zaledwie po dwóch latach kościół został poświęcony świętemu Mikołajowi ratującemu ludzi w potrzebie przez biskupa Wawrzyńca, a było to w trzecią niedzielę po Zielonych Świątkach roku 1217 […]” (z: Chronik von Lähn und Burg Lähnhaus am Bober; Breslau 1863).
Tak wyglądać miał kościół wleński w pierwotnej swojej formie
W 1292 r. książę Bolko I nakazał rozbudowę kościoła parafialnego pw. św. Mikołaja we Wleniu, jak i samego miasta.

Kościół spłonął po raz pierwszy ok. roku 1440, w 1702 r. potężna powódź poważnie uszkodziła świątynię. Kolejny wielki pożar kościoła i plebanii miał miejsce w 1731 r.
Tablica nagrobna człowieka, który "stworzył" dzisiejszy kościół - szkoda, że odrobinę zapomniana
Obecny swój kształt wleński kościół parafialny zawdzięcza niezmordowanym staraniom pastora Josepha Tilgnera (30.X.1775 – 23.XI.1870), który 17 grudnia 1841 r. otrzymał tytuł dziekana. Znalazł on kościół św. Mikołaja w stanie opłakanym: rozpadające się mury, powybijane witraże, wyłamane drzwi. Dach nad prezbiterium groził w każdej chwili zawaleniem. Tilgner uratowanie i odbudowę wleńskiego kościoła uczynił swoim życiowym zadaniem. Wysiłek ten był jednak ponad możliwości finansowe ubogiej parafii i parafian, szczególnie, gdy po likwidacji (sekularyzacji) klasztoru w Lubomierzu, prawo patronackie do wleńskiego kościoła przejął rząd królewski, który postawił warunek, by wierni ponieśli trzecią część kosztów odbudowy świątyni. Tilgner w imieniu gminy podał rząd królewski do sądu i po trwającym siedem lat procesie uzyskał niezwykle satysfakcjonującą decyzję, zmuszającą rząd do poniesienia całkowitych kosztów prac budowlanych, pod warunkiem udziału w nich wiernych. Rząd przekazał niezwłocznie (w 1853 r.) 8.000 talarów na remont plebanii i budynków gospodarczych, a kolejne 17.000 talarów na remont i rozbudowę samej świątyni, która to kwota obejmowała wyłącznie prace budowlane i wykończeniowe, nie uwzględniając wyposażenia kościoła. Głównym architektem odbudowanej w stylu neogotyckim świątyni był mistrz Pawelt. Zachowana została stara wieża z bloków kamiennych, wzniesiona w 1241 r. i pamiętająca najstarsze powodzie i największe pożogi we Wleniu, otrzymując teraz zwieńczenie w postaci wspaniałego hełmu.
Najstarsza "oryginalna" część kościoła: wieża, pamiętająca czasy fundacji świątyni
Dawny kościół miał 61 ½ łokcia długości, 19 łokci szerokości i 18 ¼ łokcia wysokości w nawie (1 łokieć pruski = 0,6668 m lub 25½ cala). Obecny kościół jest nieporównywalnie potężniejszy.
Kościół św. Mikołaja dzisiaj (maj 2012)
1863 r., rok rozpoczęcia odbudowy i rozbudowy kościoła wleńskiego
Rzut oka do wnętrza (przez zamknięte drzwi)
...i jeszcze taka ciekawostka nietoperzowa
O Wleniu tutaj:

26.05.2012

Dolnośląskie pałace i zamki umierają w milczeniu

Raduję się każdym nowym osiągnięciem rewaloryzacyjno-architektonicznym na terenie bliskiej mojemu sercu Doliny Pałaców i Ogrodów (aka: Kotliny Jeleniogórskiej), w miarę swoich skromnych możliwości staram się te "zmartwychwstania" opisywać i dokumentować fotograficznie. Z tej wielkiej radości nie spoglądam dalej, niż koniec własnego nosa: mój "horyzont poznawczy" ograniczają pasma Rudaw Janowickich, Karkonoszy, Gór Izerskich i Kaczawskich...

Dzisiejszy wpis jest "przedrukiem" ze wspaniale prowadzonego bloga (na poziomie, o którym ja tutaj mogę tylko pomarzyć) pod tytułem "Śląskie Zabytki - blog o zabytkach i nie tylko". Autorowi (autorom?) tego bloga bardzo dziękuję za wielkie dokonania - i o wybaczenie proszę, że bez pytania pozwalam sobie na "copy & paste". Moich Czytelników zaś gorąco zachęcam do zaglądania pod zalinkowany adres: warto ze wszech miar!
.
Jak naprawdę wygląda sytuacja zamków, pałaców i dworów na Dolnym Śląsku.
.
Często podnoszą się głosy mówiące, że owszem, w regionie istnieje problem niszczejących zabytków, jednak jest coraz lepiej i coraz więcej się dzieje pozytywnego. Oczywiście, że tak. Trzeba przy tym jednak pamiętać, że ten kij ma dwa końce. Gdy jeden pałac podnosi się z gruzów w medialnym szumie, kilka innych bezpowrotnie ginie w ciszy. Wspaniałe obrazki z Doliny Pałaców koło Jeleniej Góry przesłaniają nam "dolnośląską tragedię", z którą zapoznał się nawet brytyjski następca tronu, a niewielu z nas ją zauważa. Poniżej zestawienie liczbowe pokazujące sytuację w wybranych powiatach. Określenie "po remoncie" oznacza obiekt w którym przeprowadzono renowację od początku do końca, a nie te w których trwa remont lub skończył się kilkanaście lat temu. Odejmując od ogólnej liczby obiekty wyremontowane i te w ruinie pozostają zabytki, które jeszcze się trzymają, ale ich stan jest daleki od doskonałości. 
  • powiat bolesławiecki - około 20 zamków i pałaców, z czego 8 w ruinie, po remoncie 2
  • powiat dzierżoniowski - około 36 zamków i pałaców, z czego 11 w ruinie, po remoncie 4 
  • powiat górowski - około 32 zamki i pałace, z czego 10 w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat głogowski - około 19 zamków i pałaców, z czego 5 w ruinie, po remoncie 2
  • powiat jaworski - około 39 zamków i pałaców, z czego 16 w ruinie, po remoncie 4 
  • powiat jeleniogórski - około 28 zamków i pałaców, z czego 7 w ruinie, po remoncie 12
  • powiat kamiennogórski - około 8 zamków i pałaców, z czego 2 w ruinie, po remoncie 1
  • powiat kłodzki - około 46 zamków i pałaców, z czego 24 w ruinie, po remoncie 3 
  • powiat legnicki - około 36 zamków i pałaców, z czego 8 w ruinie, po remoncie 4 
  • powiat lubański - około  25  zamków i pałaców, z czego  7  w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat lubiński - około 28 zamków i pałaców, z czego 16 w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat lwówecki - około 26 zamków i pałaców, z czego 14 w ruinie, po remoncie 3 
  • powiat polkowicki - około 30 zamków i pałaców, z czego 13 w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat średzki - około 39 zamków i pałaców, z czego 12 w ruinie, po remoncie 2
  • powiat strzeliński - około 42 zamki i pałace, z czego 15 w ruinie, po remoncie 3 
  • powiat świdnicki - około 62 zamki i pałace, z czego 22 w ruinie, po remoncie 5 
  • powiat wołowski - około 33 zamki i pałace, z czego 10 w ruinie, po remoncie 3 
  • powiat wrocławski - około 76 zamków i pałaców, z czego 24 w ruinie, po remoncie 11
  • powiat ząbkowicki - około 29 zamków i pałaców, z czego 13 w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat zgorzelecki - około 24 zamki i pałace, z czego 6 w ruinie, po remoncie 2 
  • powiat złotoryjski - około 28 zamków i pałaców, z czego 12 w ruinie, po remoncie 3 
Brakuje powiatów: milickiego, oleśnickiego, oławskiego, trzebnickiego i wałbrzyskiego.
.
Rzut oka na zestawienie pokazuje że proporcje rozkładają się "sprawiedliwie" w każdym powiecie. Im więcej zabytków, tym więcej ruin i tylko ostatnia liczba - tych zadbanych - jest równa dla wszystkich. Pozytywnie wybija się tylko powiat jeleniogórski i wrocławski. Ten pierwszy to słynna "Dolina Pałaców", drugi ze względu na bliskość Wrocławia i ogromną liczbę obiektów zabytkowych. Negatywnie zaskakuje powiat kłodzki z 24 ruinami, lub lwówecki, gdzie zniszczonych obiektów jest więcej niż ocalałych. Oprócz śmiesznie niskiej liczby pałaców po renowacji zaskakuje na plus liczba ruin. Na pierwszy rzut oka, w naturze, wydaje się że jest ich więcej. Być może dlatego, że w zestawieniu nie zostały uwzględnione obiekty zdewastowane, nadające się jeszcze do użytkowania. Takich jest zdecydowana większość.
.
Liczbami nie da się pokazać jakości i wartości zabytków. Giną budowle bezcenne.

14.05.2012

"Echt" Likier Karkonoski

Likier "Stonsdorfer" (ten autentyczny, z gorzelni pana Christiana Gottlieba Koernera nosił predykat Echt, a więc: prawdziwy), produkowany od 1810 r. w Stonsdorfie (dzisiejszym Staniszowie), a po 1868 r. w Cunnersdorfie (dzisiaj okolice zajezdni autobusowej MZK, vis-a-vis, w pomieszczeniach obecnego Metalowca, a niegdysiejszej siedziby dyrekcji JPBM-u) szybko podbił serca podniebienia smakoszy. Między innymi właśnie ze względu na jego błyskawicznie rosnącą popularność i wielki popyt syn wynalazcy, Wilhelm Koerner zdecydował się na wyprowadzkę z gorzelni dzierżawionej od rodziny Reuß do (wówczas) podjeleniogórskich Kunic.


Po 1945 "Echt Stonsdorfer" podzielił los wypędzonych stąd mieszkańców: tułał się jakiś czas w Niemczech Zachodnich, by w 1957 r. "osiąść" w Harkheide koło Hamburga i tam wywalczyć sobie wysoką popularność pośród alkoholi tego typu...

Natura nie znosi pustki, natura rynku alkoholowego tym bardziej... I choć przez wiele lat "Echt Stonsdorfer" nie mógł doczekać się godnego następcy, a liczni - nazwijmy to - "detaliści" usiłowali dobrać odpowiednie zioła i leśne owoce, by na własne potrzeby "upędzić" choćby niewielką ilość karkonoskiego likieru, to trzeba było dopiero Współczesnego Laboranta, magistra chemii (najwyraźniej: chemii praktycznej), Przewodnika Sudeckiego i samozwańczego mnicha borowickiego, Tomka Łuszpińskiego, by nalewkową tradycję w sposób profesjonalny odtworzyć.

Na targach TOURTEC spotkaliśmy się z Tomkiem i dane było mi popróbować tego specjału (nie bez namowy Andrzeja Mateusiaka, który z zachwytem opowiadał... może nie tyle o SAMYM trunku, lecz o idei udanego, popularnego i potrzebnego PRODUKTU REGIONALNEGO. Zresztą miło było stuknąć się z Andrzejem malutkim naparsteczkiem napitku, nalewanego przez samego Mistrza Postlaboranckiego, Tomka Łuszpińskiego). 
Tomasz Łuszpiński
LIKIER KARKONOSKI - taką nazwę nosi "współczesny" Stonsdorfer. Jednak pisanie o jedzeniu, a tym bardziej o napitkach jest trudne: jakże ubrać w słowa to, co w sposób tajemniczy przekazują nam nasze kubki smakowe.
LIKIERU KARKONOSKIEGO należy po prostu i KONIECZNIE skosztować! 
Jeżeli łakną Państwo dalszych informacji, proszę zajrzeć na likierową stronę tego wspaniałego trunku, warto! I spróbować warto, tylko jednego nie warto: nie warto przedawkować. To dość ciężki, wytrawny wprawdzie, ale intensywny likier - przypuszczam, że mimo leczniczych właściwości (gdy dozowany z umiarem), może okazać się zabójczy, gdy zaaplikowany będzie w ilościach nadwymiarowych. To tak, jak z każdym lekarstwem...

Flagi

free counters