5.05.2013

Worpswede 2013 - Biennale Sztuki i Filmu. Część VII: Waniek


Z polskich wydarzeń sobotnich, z których wiele się powtarzało z poprzedniego dnia, z tym, że miały miejsce w innych obiektach, chciałbym wspomnieć o – jak to nazwali nasi Gospodarze – cyklu „Projektor i pędzel“ i „Wprowadzeniu do krajobrazu i mitologii Karkonoszy: mit Ducha Gór”. Referat ten wygłosił Henryk Waniek w Music Hall. Ustaliliśmy z Henrykiem, że – pomimo tego, że zna niemiecki – mówić będzie po polsku, a ja go będę „wielokrotnie przekładał”.
Słów kilka może o Henryku: jego dokonania dość szczegółowo opisuje choćby Wikipedia, więc przepisywał nie będę. A ponieważ w preambule każdego „biennalnego” wpisu zastrzegam, że to teksty subiektywne – podzielę się swoimi wrażeniami ze spotkania z Henrykiem.
Henryk Waniek na wystawie prac artystów współczesnych w Worpswede
Pierwsze nasze tête-à-tête miało miejsce... o rany! grubo ponad 5 lat temu. Występował Henryk jako prelegent podczas III. Międzynarodowej Konferencji Hauptmannowskiej w Szklarskiej Porębie. Ja zaś (z miłym Emilem Mendykiem) służyłem jako maszynka do tłumaczenia kabinowego, zresztą w tak tragicznych warunkach technicznych, że dzisiaj po prostu wstałbym i wyszedł (vide foto w linkowanym tekście). Henryk wygłosił bardzo ciekawy tekst, w którym wyraził bliski mi sposób myślenia o Gerharcie Hauptmannie. I w zasadzie – poza uściskiem dłoni i kilkoma zdawkowymi słowami – na tym nasza znajomość się zakończyła. 
Później o Henryku słyszałem wielokrotnie: od Przemka Wiatera, od Jaro Szczyżowskiego i innych znajomych. Słyszałem zachwyty nad postacią, nad dokonaniami publicystycznymi i malarskimi, nad uczestnictwem w żywej legendzie Zamku Wieczornego...
Wreszcie w Worpswede nadarzyła się okazja, by zawrzeć z Henrykiem znajomość osobistą. I bez wazelinowania stwierdzam, żem pod wielkim urokiem się znalazł. Przegadaliśmy długi wieczór w Przemkowym pokoju w hotelu Worpsweder Tor, kilkakrotnie kontaktowaliśmy się w trakcie różnych imprez podczas Biennale, aż wreszcie w sobotę 27.05. zasiedliśmy we dwóch przy małym stoliczku na scenie Music Hall, by przemówić do średnio licznie zgromadzonej publiczności: znaczy – przemawiał Henryk, ja tylko tłumaczyłem. Przyznaję, że tremę miałem wielką: bo oto mówić miał Ten, Który Słowem Maluje, ba: treść jego referatu miała być całkowicie inna, niż treść wystąpienia, stanowiącego część katalogu „Między Odrą a Wisłą” (który to tekst przetłumaczyłem i znałem). Henryk miał na życzenie gospodarzy mówić o karkonoskim Duchu Gór, o Rübezahlu. W duchu dziękowałem (p)opatrzności, że od wielu lat interesowałem się tą tematyką, że napisałem i przetłumaczyłem sporo przedmiotowych tekstów. Ale... na scenę wchodziłem z duszą na ramieniu.
Z Henrykiem na scenie w Music Hall Worpswede
Po pierwszych słowach Henryka ze zdumieniem stwierdziłem, że i on nie jest z granitu: wahał się,  zastanawiał nad zdaniami, robił pauzy, co było dla mnie niezwykle korzystne, bo dawało czas na umysłowe mielenie w zbiorze wyrazów niemieckich, którym się posługuję i wybieraniu tych najbardziej odpowiednich. Po 2-3 minutach jednak znalazł Henryk odpowiednią fabułę, ale nie zapominał o tym, że siedzący obok translator niemechaniczny również musi wtrącać swoje grosze... Zaś w tle, za nami, na ekranie widzowie oglądać mogli wyświetlany zestaw rycin, przedstawiających Rübezahla, Pana Jana, Ducha Gór, czy Liczyrzepy – to tylko część nazw, jakie nadawano temu bóstwu.

Wykład trwał około 20 minut (tak sądzę: gdy tłumaczę, nie umiem ocenić upływającego czasu), a na koniec rozzuchwaliłem się do tego stopnia, że pozwoliłem sobie wypomnieć Henrykowi, że nie powiedział nic o jeszcze jednym imieniu Ducha Gór, o czeskim pojęciu Krakonoš. Henryk domknął swoją opowieść i mogliśmy zejść ze sceny. 
"Henryku, nie wspomniałeś o Krakonošu..."
Po prelekcji Henryka Wańka organizatorzy zaplanowali emisję filmu „Caspar David Friedrich – Grenzen der Zeit“. Z pewnością ciekawego, jednak ja postanowiłem zrezygnować z oglądania, obawiając się, że każą mi jeszcze tłumaczyć ten film na żywo...


Pozwolę sobie zamieścić tutaj tekst Henryka Wańka z katalogu „Miedzy Odrą a Wisłą”. Po polsku.

Panowie, damy i duchy z Künstlerkolonie Schreiberhau
Wszystkie kulturowe, geograficzne, dziejowe, osobiste i towarzyskie względy, o których wiemy, mogą ostatecznie wyjaśniać genezę oryginalnego tworu, który powstał i zakorzenił się w tym mało znanym, skromnym zakątku górskim. Ale poza urodą miejsca i czystością jego natury jest pewien wzgląd, bez którego wszystkie te okoliczności i marzenia pozostałyby bez wyrazu. Mam na myśli jak najdosłowniej rozumiany spiritus loci, znany okolicznej ludności, przez nią utrwalony i powtarzany. Nie chodzi o czczy folklor, typowy dla tego rejonu, gdzie na podłożu tutejszego klimatu, geologii oraz przyrody, krzyżują się różne kultury, języki, grupy etniczne, wyznania, tworząc swego rodzaju duchowość. Te wspólne dla całego regionu śląskiego, polsko-niemieckie warunki, wzmocnione przez wpływy czeskie, morawskie i łużyckie, już od stuleci miały swój wyraz nie tylko w tradycji ustnej, ale – co ważniejsze – również w literaturze. Dla braci Hauptmannów, rodowitych Ślązaków i pionierów szklarskoporębskiej kolonii, ten środowiskowy koloryt nie był nowością. Od dziecka częstowani opowieściami o lokalnych tajemnicach i demonach, z Rübezahlem na czele, posiadali już ukształtowaną wrażliwość na symbole śląskiego pandemonium. Ale w życiu i twórczości każdego z nich wrażliwość ta pełniła odmienne funkcje i rozmaicie wyrażała ich stosunek do śląskiego dziedzictwa duchowego.                                                                                                                                            
Porównując temperament, operatywność artystyczną, a wreszcie postawę życiową obu braci, z łatwością zobaczymy te różnice. Starszy Carl, dysponujący mniejszymi zasobami i mniej dynamiczny w życiu społecznym, nie kreował się na opatrznościowego męża literatury. I w tym leży pewnie przyczyna jego mniejszych sukcesów na tym polu. Wybranemu przez siebie, stosunkowo skromnemu domostwu w Mittelschreiberhau był wierny do końca życia, które – i chyba skutecznie – usiłował wtopić w potoczność miejscowych ludzi. A oni w odpowiedzi darzyli go sympatią i zaufaniem. W ich oczach osobliwość jego zawodu i osobiste zwyczaje sprawiły, że nazywali go „Carl Rübezahl”. Jego twórczość pisarska czerpała tematy z życia górskiego ludu oraz z jego sposobu przeżywania natury. Bez ryzyka można powiedzieć, że swymi niewieloma powieściami (Mathilde, Einhart der Lächer czy Ismael Friedmann) oraz lirycznymi poematami, służącymi jako teksty pieśni Anne Teichmüller, Carl Hauptmann jest dobrą ilustracją zintegrowania się z miejscowym środowiskiem.                                                                                                                                        
W podobnych okolicznościach, choć całkiem odmiennie, realizowało się życie i twórczość młodszego, Gerharta Hauptmanna. Niepowodzenia edukacyjne i rozterki, co do wyboru zawodu, czy drogi życiowej, były tym, co później wzmocniło ambicję oraz pisarski impet, gdy tylko jego pierwsze utwory, a szczególnie Vor Sonnenaufgang spotkały się z żywym i skandalizującym przyjęciem.                                  
Olśnienie Szklarską Porębą miało inny i nie aż tak bezpośredni, jak w przypadku Carla, wpływ na twórczość literacką Gerharta. Przede wszystkim, jego pisarstwo było od początku zorientowane na teatr, a teatr – szczególnie w tamtych czasach – był trybuną życia społecznego w szerokim wymiarze; publiczną areną burżuazji. Jeśli idzie o tematy literackie, młodszy z Hauptmannów specjalizował się w problemach socjalnych – ubóstwo, nierówność, alkoholizm, krzywda społeczna itp., co odpowiadało estetyce ówczesnego naturalizmu. Jego sztuki teatralne, opowiadania i powieści często miały za tło geografię Śląska i chętnie wplatał w nie elementy regionalnego dialektu, ale ich przedmiotem były problemy dość powszechnie występujące w całej Europie. W każdym razie, w jego przypadku trudno mówić o urzeczeniu ludową duchowością Śląska. Wyjątkiem będą tylko niewykorzystane notatki i szkice do planowanej trylogii Walenzauber, do której przystępował wielokrotnie (od 1898, a po roku 1908 miała to być tetralogia), ale której ostatecznie nie zrealizował. Pewne fragmenty zostały włączone do innych utworów (Hanneles Himmelfahrt, Und Pippa tanzt!) i stanowią ich najbardziej natchnione epizody. Ten projekt zapowiadał się jako swoisty obraz mitologii oraz historiozofii Śląska w regionie Riesengebirge. Bo jeśli idzie o powieść, pisaną starannie w latach 1901-1910: Der Narr in Christo Emmanuel Quint, choć mieści się ona w realiach Śląska i dotyczy kwestii religijnych, to jest to przede wszystkim zbiorowy portret ludzi społecznie upośledzonych. Zaryzykuję pogląd, że Gerhart Hauptmann, który osobiście uważał się za pioniera Kolonii Artystów w Schreiberhau, wcale tak głęboko nie wczytał się w pismo tutejszego krajobrazu. A już na pewno lepiej i pewniej czuł się w Agnetendorf, gdzie zafundował sobie wielkopańską rezydencję.                                                                    
Jeszcze inaczej objawiła się skarbnica podań, wierzeń i symboli ludowych oczom innych członków Kolonii Artystycznej, którzy stopniowo przemieszczali się tutaj z podberlińskiego Friedrichshagen. Dla tych przybyszów odkrywanie i zagłębianie się w lokalny koloryt było doświadczeniem jakże innym od teoretycznych sporów w knajpach wielkiego miasta.                                                                                                                
Na pierwszym miejscu wymienię Wilhelma Bölsche, założyciela i pierwszą gwiazdę Friedrichshagener Dichterkreis, człowieka znakomicie wykształconego, płodnego pisarza, mającego w swoim dorobku także poważne dzieła naukowe. Co więcej, słusznie uważa się go za reformatora życia społecznego, co potwierdzają jego dwa wielkie dzieła (Das Liebesleben in der Natur, 1898 oraz Hinter der Weltstadt. Friedrichshagener Gedanken zur ästhetischen Kultur, 1901). Zawarte tam postulaty Bölsche, zawsze dbały o zgodność myśli z czynem, zrealizował przeprowadzając się do Szklarskiej Poręby, gdzie w 1903 roku najpierw nabył skromny, wiejski dom, a w roku 1916 definitywnie zlikwidował swe nieruchomości we Friedrichshagen, i aż do swej samobójczej śmierci w 1939 roku mieszkał wyłącznie w Schreiberhau. Odtąd uważał Śląsk za swą ojczyznę z wyboru i coraz częściej wplatał w treść swoich pism wszystko to, co lokalne.                                                                                                                     
Cenną dla powstającej Kolonii Artystów postacią był Bruno Wille, który jednak związku ze Szklarską Porębą nie zrealizował tak radykalnie jak Bölsche, choć może nawet szerzej niż on otworzył się na tutejszy folklor i ludową mitologię. Ten filozof, pisarz i poeta wielkiego formatu, inicjator wielu instytucji edukacyjnych i kulturalnych w Berlinie (Freie Volksbühne, Freie Volksuniversität), licznych organizacji i kongresów, piórem i czynem wiele uczynił dla rosnącej renomy samej miejscowości jak i zgromadzenia artystycznego. Był swoistym geniuszem owocnej współpracy, tkniętym ideami socjalistycznymi w ich dostojnym, humanistycznym znaczeniu. Był osobowością zbyt ruchliwą i dynamiczną by uwięzić się bez reszty w Schreiberhau, ale rozkwit tutejszej kolonii zawdzięcza mu znacznie więcej niż komukolwiek innemu. Zawsze pełen dobrych pomysłów, wsparł Hermanna Hendricha w projekcie zbudowania słynnej Sagenhalle. Niemniej jego rozległa działalność wymagała podtrzymywania kontaktów i obecności w Berlinie.                                                                    
Jeszcze inaczej było z Henry Mackayem, który co prawda już w roku 1902 nabył dom w Siebenhäuser 180 i nazwał go Haus zur Freiheit, ale odnoszę wrażenie, że głównie było to jego schronienie przed ciekawością berlińskiej policji, śledzącej go pilnie z powodu jego anarchistycznej aktywności. Tu wtrącę, bo ta sprawa będzie powracać, że większość – jeśli nie wszyscy – z uczestników Friedrichshagener Dichterkreis wyznawali poglądy socjalistyczne, a w przypadkach skrajnych nawet anarcho-syndykalistyczne. Choć Henry Mackay między 1903 a 1914 rokiem spędzał w Szklarskiej Porębie wiele czasu, to jego aktywność odbiegała daleko od kręgu spraw lokalnych. Nie pozostawił więc żadnych widomych śladów tego urzeczenia, które u innych wywoływał górski krajobraz.                                                                                               
Jak wyglądało to u innych pisarzy, których usiłowano pozyskać dla powstającej kolonii? Chciałbym, nie siląc się na szczególny porządek – chronologiczny czy hierarchiczny – przedstawić osoby, które wizytowały Schreiberhau, by rozważyć możliwość osiedlenia się, a przynajmniej dokonać wizji lokalnej. Były to pobyty rozmaitej długości, najczęściej w cieplejszych porach roku. Uwzględnię też osoby, przybywające tutaj jako goście, ze względów towarzyskich czy koleżeńskich. Dodam, że jest to przedsięwzięcie trudne, choćby z powodu przerwania ciągłości lokalnej pamięci w roku 1945, co też odbiło się na stanie dokumentacji archiwalnej, niełatwej dziś do zrekonstruowania.                                                                                                                
Było kilka osób, którym Wilhelm Bölsche szczególnie perswadował zamieszkanie w Schreiberhau. Należeli do nich bracia Heinrich i Julius Hartowie, których cenił wysoko za warsztat pisarski i umysłowość. Jeden z ich pobytów przyniósł doznania, po których Julius stworzył przejmujący panfilozoficzny traktat Träume der Mittsommernacht. Również dla Heinricha, przybywającego tu w latach 1902-1905 były to chwile znaczące. Lecz jego aspiracje koncentrowały się na projektach reformy życia miejskiego. Nie zdecydowali się na więcej niż tylko okresy wytchnienia w zawrotnym życiu berlińskim. Dobre i to. Podobnie było z Peterem Hille, zmarłym w 1904 roku w Berlinie. Pełen temperamentu pisarz miałby wiele powodów, by zdecydować się na życie w Szklarskiej Porębie. Jako bardzo czynny socjaldemokrata był prześladowany przez policję. W latach 1895-96 musiał ukrywać się w różnych miejscach Niemiec, zanim wrócił do Berlina, żyjąc w ubóstwie i chorując na gruźlicę. Jego przyjaciel pisarz Karl Henckell ukrywał go i utrzymywał w Zurichu. Mimo, że tego pragnął, warunki finansowe nie pozwoliły mu tylko na niedługie pobyty (1901-1902) w Schreiberhau. Wolfgang Kirchbach, piewca reformy społeczno-obyczajowej, działający na rzecz ruchu Wandervögeln, z kolei zbyt przywiązany był do atmosfery Berlina, choć tam właśnie jego książki piętnowano jako „społecznie niebezpieczne”. Zresztą również zmarł wcześnie w wieku 49 lat.                                                                          
W Szklarskiej Porębie przebywało wiele innych osób, które w czasie rozwoju Kolonii Artystycznej przyjeżdżały tu, by zbadać swą materialną i psychiczną gotowość do wyboru życia hinter der Weltstadt¬, jak zatytułował swój programowy tekst Wilhelm Bölsche. Tak mogło być z Bernhardem Kampffmeyer, który wraz z bratem Paulem  byli właścicielami domu w Friedrichshagen, gdzie mieszkał W. Bölsche  z żoną Adele. Poza działalnością publicystyczną i polityczną (anarchizm) poświęcał się też projektom budowlanym, a szczególnie idei miasta-ogrodu. Z listów Kampffmeyera można wnioskować, że w Schreiberhau zajmował się również poradami architektonicznymi, a nawet projektowaniem budowli. W latach 1903-1906 ważyła się również decyzja okazyjnego nabycia domu w szklarskoporębskiej Siebenhäuser przez Curta Grottewitza (wł. Max Curt Pfütze), socjalisty i pioniera idei ekologicznych. Ale pomysł nie zyskał aprobaty jego żony. Max Dauthendey, który wizytował Schreiberhau w roku 1911, wystawił entuzjastyczne świadectwo pisarskie temu, co zobaczył, ale był duchem nieustannych dalekich podróży i prawdopodobieństwo jego ustatkowania się w tym górskim zakątku w ogóle nie wchodziło w grę.                                 
Ta garstka osób, które w znaczeniu dosłownym nie zamieszkała w Schreiberhau, w stopniu mniejszym lub większym uważała się jednak za cząstkę Kolonii Artystycznej, podobnie jak niegdyś, choć fizycznie żyli w pewnej odległości, uważano ich za członków kręgu pisarskiego Friedrichshagen.                                                                            
Uwzględnię też osoby, dla których wizyta w świecie u podnóża Gór Izerskich była wydarzeniem odświętnym i pamiętnym. Ich liczba jest pewnie zawrotna, więc wybieram tylko przypadki wymagające szczególnej uwagi. Otto Modersohn, jeden ze współzałożycieli Künstlerkolonie w Worpswede ze swą świeżo upieczoną małżonką, umieścili Schreiberhau na trasie swej podróży poślubnej, zostawiając malarskie i pisemne odbicie tej wizyty. Istnieje ślad w listach i literackiej spuściźnie Lou von Salome-Andreas wskazujący, że ze swoim nieformalnym mężem (Friedrichem Pinelesem - "Zemek") w sierpniu 1903 podczas pobytu w Karkonoszach odwiedziła Schreiberhau. Mowa jest tylko o spotkaniu z Carlem Hauptmannem, którego darzyła sympatią w czasach Friedrichshagen. Co do innych spotkań – nie wiadomo, jakkolwiek w tym samym czasie był tu obecny i Bölsche i Henry Mackay. W roku 1911 przez pewien czas bawiła w Agnetendorf Klara Westhoff, która zaczęła tam pracę nad portretem Gerharta Hauptmanna (nieukończonym) i sądząc po liście do swego męża, wykorzystała okazję również na wizytę w Schreiberhau. Małżonkiem Klary był częsty bywalec Worpswede, poeta Rainer Maria Rilke. W styczniu 1906 spotkał się w Berlinie z Gerhartem Hauptmannem na premierze Und Pippa tanzt! Przy tej okazji Hauptmann mógł zachęcać go do odwiedzin w Wiesenstein. I mogło się to zdarzyć podczas podróży powrotnej z Pragi do Berlina (po pogrzebie ojca Rilkego) z Klarą, przy tej okazji rzeźbiarka mogła przedstawić swą propozycję portretową. Późną jesienią 1907 jedzie Rilke z odczytem do Wrocławia. Czy to nie wtedy korzysta z zaproszenia Gerharta Hauptmanna, aby zawitać do Agnetendorf lub Schreiberhau, co krótko zapisał w notatkach. Następna wizyta, tym razem w towarzystwie Lou Salome, mogła mieć miejsce latem roku 1913, już po tym jak Hauptmann otrzymał nagrodę Nobla. W sierpniu tego roku Rilke przebywał w Krummhübel u doktora Paula Ziegelrotha, przyrodolecznika. Mając wiele wolnego czasu dał się namówić na wycieczki do Agnetendorf oraz Schreiberhau (21 sierpnia 1913).                                                                    
Ten wykaz osób można przedłużać w nieskończoność, ale rozmiary tej opowieści zmuszają do redukcji, zatem całkowicie pomijam osoby z innych dziedzin twórczości niż pisarstwo, na przykład wielką liczbę malarzy, rzeźbiarzy, tkaczy, architektów czy kompozytorów. Starałem się też zamknąć tę historię w ramach 1890-1914, pomijając jej późniejszą i równie bogatą reprezentację. Wszystko jednak mam przed sobą i chętnie do tej sprawy powrócę...                                                                                                       

3.05.2013

Worpswede 2013 - Biennale Sztuki i Filmu. Część VI: Klopsy

Szanowni Czytelnicy!
Relacja z przebiegu "właściwego Biennale" jest fragmentaryczna, wybiórcza, maksymalnie subiektywna i krytyczna. Wszelkie zawarte tu opinie są osobistymi opiniami autora niniejszego bloga i niekoniecznie są w pełni rzetelne, za to szczere aż do bólu. Głównie: do bólu lędźwiowej części kręgosłupa autora, bólu prześladującego go podczas niemal całego Biennale. Nie ukrywam, że dolegliwość ta niewątpliwie miała wpływ na "ogląd" oraz na moją drażliwość. Wszystkich tych, których udało mi się obrazić – proszę przy ferowaniu wyroku o wzięcie pod uwagę mojego stanu zdrowia. To tyle, Wysoki Sądzie.


W piątek (26.IV) zaczną się schody, tego byliśmy pewni. Trzykrotnie tego dnia wystąpić miała pani Agata Saraczyńska z wrocławskiej Gazety Wyborczej: w dwóch panelach dyskusyjnych oraz z referatem na temat sztuki współczesnej w Polsce, który miał być z kolei wprowadzeniem do filmu „Sztuka współczesna w Polsce”. Niestety, 24.IV. Agata jadąc rowerem (jej ulubiony środek lokomocji, latem i zimą) bulwarami wrocławskimi tak nieszczęśliwie wyrżnęła się na plamie oleju, że złamała rękę. Jej przyjazd stał się niemożliwy. Natomiast rzeczonego filmu po prostu nie mieliśmy. [Punkt] Z kochanym Waldkiem Odorowskim obgadaliśmy, że to on w kilku prostych, żołnierskich słowach opowie o tryndach w sztuce polskiej, a ja postaram się to przełożyć na język niemiecki. Na dłuższą rozmowę z Waldkiem czasu nie było, bo musiałem biec na inne tłumaczenie. Przemek miał rozwijać się w Museum am Modersohn-Haus na temat kolonii artystycznej w Szklarskiej Porębie. I uczynił to po niemiecku: ja w tle asystowałem jeno, awaryjnie podrzucając jakieś słówko, które drowi Wiaterowi umknęło i służąc jako żywy, ruchomy wskaźnik. Przemek mówił o elemencie znajdującym się na tablicy, ja cwałowałem tamże i paluchem wskazywałem rzeczony element. Dość dobre, a przede wszystkim skuteczne ćwiczenie lędźwiowego odcinka kręgosłupa. Równocześnie w innym miejscu, w Worpsweder Kunsthalle, odprawiane były czary nad filmem. Po niemiecku i w zasadzie dla Niemców. W każdym razie organizatorzy nie śmieli zaproponować mi rozdwojenia się. I dobrze: u Sigrun Kaufmann było bardziej rodzinnie, swojsko, ciepło...


Po Przemkowym wykładzie zapuściliśmy film, który uprzednio, jeszcze w Polsce, opatrzyłem napisami. Film wprawdzie bez tekstu mówionego, ale ukazującego obrazki z gór, które naszym niemal depresyjnie położonym (o ukształtowaniu terenu mówię!) Gospodarzom nic by nie mówiły. Jednak pani Henkel wymyśliła sobie, że napisy te trzeba widzom czytać na głos. Bittschön, Mme Henkel! 

Po ponownym przejrzeniu programu doszedłem do wniosku, że do godziny 15.00 mam wolne: film Gustava Klimta mnie nie interesował, a poza tym należało zjeść jakiś posiłek. Zasiedliśmy więc z Przemkiem w pobliskiej restauracji i posililiśmy się pokarmem mszalnym, czysto wegetariańskim. Nieoczekiwanie zjawia się pani Henkel i głosem Emila Karewicza nakazuje mi udanie się do Modersohna w celach translatorskich. Zagotowało się we mnie, ale: ruki pa szwam i napieram te... 50 metrów. Jest panel, jest zabawa, jest Waldek, któremu mam tłumaczyć. Zasiadłem więc za nim i szepczę mu czule do ucha. Banały mu szepczę, bo banały padają przy stoliku panelowym. Rzecze do mnie Waldek, bym sobie darował, bo takie pierdoły to on z ruchu warg prelegentów odczytuje, nawet nie znając niemieckiego. No, to się wyniosłem z powrotem do jadłodajni, by dokończyć konsumpcję. I tu doszło do pierwszego konfliktu na linii Pryll – Wiater. Ale odpuśćmy sobie tę część: nie jest zbyt przyjemna.

W jadłodajni przy kieliszku wina. Klopsy zaczęły się później.

O 15.00 w galerii „Altes Rathaus” swoją wystawę otwierała Bożka Danielska. Na otwarciu zjawili się wszyscy polscy artyści współcześni (żadnego starego mistrza nie przywieźliśmy, nie szło wykopać...), a ponadto wściekła Celina Muza oraz Angela Henkel o wyrazie twarzy Waldemara Pawlaka. Okazało się że będzie moderacja, że przemówi Henkel, następnie Bożka, a później Celina będzie luzacko rozmawiać z naszymi wystawiającymi w Altes Rathaus artystami. A ja mam raz tłumaczyć, a raz nie tłumaczyć – przy czym kryteriów, kiedy tak, a kiedy nie – nie uzyskałem. Wściekłość Celiny powodowała była tym, że za występ poprzedniego wieczoru w Music Hall dostała o-pe-er porządny od któregoś z bossów festiwalowych. Oskarżycielskim tonem rzuciła, że „ktoś musiał na nią donieść,” jednoznacznie patrząc na mnie. „Czystym jak łza,” rzekłem – bo przecież poprzedniego wieczoru PRZED Music Hall nawiązywałem kontakty interpersonalne z naszymi gospodarzami! A poza tym: „zwis i powiew”.


W każdym razie wystawa „Współczesnych” w „Altes Rathaus” otwarła się z naprawdę nieznaczną moją pomocą. Relacja wkrótce na blogu Bożki.

O 16:30 był drugi występ Bożki: w galerii ART99, gdzie wisiały (stały) 3 wystawy indywidualne: Koneckich, Mielęckich i Szumskich. Zmuszeni byliśmy skorzystać z podstawionych samochodów, by zdążyć na czas, bo to najbardziej odległe od centrum miejsce wystawiennicze. Również w ART99 zaczęło się od przemówień sztywniackich: Stefan burmistrz Schwenke, właścicielka ART99 (tu na szczęście zastosowałem spychowkę i przemówienie mocno nie na temat tłumaczyła Celina), na koniec zaś Bożka. Widać zmęczona już była, bo uparła się, by Szanownym Zebranym objaśnić położenie wsi Popielówek z dokładnością do kilku metrów. Wspólnymi siłami objaśnialiśmy...

Klops czekał za ścianą, w quasi-teatrze „Alte Mölkerei”, gdzie za chwilę miał odbyć się referat Agaty Saraczyńskiej (nieobecna, usprawiedliwiona!) oraz pokaz filmu nieobecnego, nieusprawiedliwionego. Elegancko poszło: Waldek Odorowski wszedł na scenę, ja za nim. Wygłosił kilkuminutowy tekst z głowy (w tym wypadku dodatek „czyli z niczego” zupełnie nie znajduje zastosowania), elegancko robiąc tak potrzebne tłumaczowi pauzy. Następnie Julita Dembowska poprosiła o wyświetlenie filmu i sama wygłosiła referat o sztuce zakopiańskiej. Obojgu nam poszło jak z płatka: Julita bez tremy, sama na scenie; ja siedząc tuż przed nią na widowni z mikrofonem nadawałem znaki przestankowe i tłumaczyłem. Luzik!

Tłumaczyć Waldka Odorowskiego to wielka przyjemność...
...a tłumaczyć Julitę  - to przeżycie intelektualno-estetyczne.
W zasadzie był to ostatni akt polski tego dnia. W Music Hall miał odbyć się highlight biennalny, a w zasadzie dwa highlighty: widowisko muzyczno-poetyckie „Rilke” oraz Hommage sławnego aktora niemieckiego Armina Muellera-Stahla z wręczeniem mu nagrody. I tu wielki klops przydarzył się stronie niemieckiej: pan Mueller-Stahl trafił do szpitala, reżyser filmu o nim w ogóle się w Worpswede nie zjawił, sam „Rilke” wieczoru uratować nie mógł. Jako że te wydarzenia były biletowane (a cena biletów mogła przyprawić o zawrót głowy nie tylko Polaków, ale i Niemców) oraz stanowiły największy magnes Biennale, podniosły się niemieckie głosy, żądające zwrotu pieniędzy za wstępy. Nie bardzo się interesowałem tą sprawą, bo to Wielki Klops Niemiecki był. Nasze klopsiki w sosie własnym (Agata Saraczyńska i brak filmu) wydawały się jednak przy tej sporej aferze nieledwie lekko spieprzoną przystaweczką.


Dzień dobiegł końca. Podsumowałem go ponadnormatywną dawką przepisanych mi leków (za nie zapłacić musiałem 29,00 €), bo dawka przepisana przez lekarza nie zadziałała. Nie szło usnąć. A przecież przed nami była jeszcze ciężka sobota... O niej napiszę również. W kolejnej części serialu „Biennale”.

Worpswede 2013 - Biennale Sztuki i Filmu. Część V: ...and action!

Szanowni Czytelnicy!
Relacja z przebiegu "właściwego Biennale" jest fragmentaryczna, wybiórcza, maksymalnie subiektywna i krytyczna. Wszelkie zawarte tu opinie są osobistymi opiniami autora niniejszego bloga i niekoniecznie są w pełni rzetelne, za to szczere aż do bólu. Głównie: do bólu lędźwiowej części kręgosłupa autora, bólu prześladującego go podczas niemal całego Biennale.
Nie ukrywam, że dolegliwość ta niewątpliwie miała wpływ na "ogląd" oraz na moją drażliwość. Wszystkich tych, których udało mi się obrazić – proszę przy ferowaniu wyroku o wzięcie pod uwagę mojego stanu zdrowia. To tyle, Wysoki Sądzie.
®Dieter Röseler
Ab ovo zatem..., a w zasadzie ab preovo: Dla nas, reprezentacji polskiej, Biennale rozpoczęło się... Pre-Openingiem wystawy „Sztuka historyczna z Polski:  Między Odrą a Wisłą – fenomen kolonii artystycznych“ oraz bankietem otwarcia dla wyselekcjonowanych Gości z Polski i Niemiec. Były przemówienia: Haase, Schwenke, Kaufmann... i przy tym ostatnim chciałbym się zatrzymać [Punkt]. Opowiedziała Sigrun historią autobiograficzną o podróży przez DDR do Polski, podróży nie całkiem legalnej, a jednak – w jej wspomnieniach – niezwykłej, cudownej, serdecznej. O ludziach z Polski, których wówczas spotkała, o ich gościnności w warunkach komunistycznej mizerii. O otwartych dla dwojga niemieckich podróżników domach, o prezentach, które zostały im wręczone... Była to opowieść pełna niekłamanej sympatii dla naszego narodu; sympatii, której ja osobiście dzisiaj zupełnie nie podzielam (proszę mi jednak nie imputować, jakobym kochał Niemców). "Gdy dowiedziałam się, że przyjeżdżają polskie wystawy", mówiła Sigrun Kaufmann, "od razu wiedziałam, że jedna z nich MUSI odbyć się w moim muzeum, w Museum am Modersohnhaus".
Przemawia Sigrun Kaufmann, właścicielka Museum am Modersohn-Haus. Moja mina nie wyraża znudzenia: ja po prostu byłem przerażony długością wielokrotnie złożonych zdań, wypowiadanych bez najmniejszej przerwy. I wymyśliłem: gdy kończył się fragment zdania mówiłem spokojnie i głośno: "Sigrun, mach' doch Punkt!". Podziałało. Reszta tłumaczenia poszła jak po maśle.


I tak się też stało: gdy w listopadzie 2012 r. byliśmy z Przemkiem Wiaterem w Worpswede, obiekt przy domu Otto Modersohna od razu wpadł nam..., znaczy: wpadł Przemkowi w oko. By sparafrazować powiedzenie Hauptmanna: Hier wär gut Bilder zeigen (oryginalne zdanie Gerharta Hauptmanna z Buch der Leidenschaft brzmi: Hier wäre gut Hütten bauen).

Po przemówieniu kochanej Sigrun nastąpił One-Man-Show doktora Przemysława Wiatera: miejsca miał dużo, biegał, rękoma wymachiwał, a przede wszystkim – mówił. I to w narzeczu zrozumiałym dla tubylców, więc uznałem, że tłumaczyć tego narzecza na polski nie będę: przecież "nasi" doskonale obracają się w temacie niemieckiej kolonii artystycznej w Schreiberhau oraz polskich kolonii artystycznych okresu przełomu XIX i XX w. – a właśnie tego dotyczy wystawa, i o tym nawijał Przemek. Z sensem.

Urozmaiceniem (oraz usprawiedliwieniem dla "członu filmowego" w nazwie Biennale) był pokaz znanego i świetnego krótkometrażowego filmu animowanego Tomka Bagińskiego "Historia Polski". Gdym podsłuchiwał później rozmowy niemieckiego audytorium, usłyszałem znamienne "Wygląda to tak, jakby historia Polski składała się głównie wojen i bitew, przeważnie przegrywanych...". Jak dla mnie – cenna i celna uwaga.
Silna grupa polska wędruje do Music Hall, pani kierownik Danielska przodem - jak się należy. Worpswede (a przynajmniej jego centrum) to niewielka wioska. Wszędzie można wygodnie dotrzeć piechotą.
Na godzinę 19.00 przenieśliśmy się do niedalekiej Music Hall, potężnego pubu muzycznego, ulokowanego w ogromnej, starej stodole. Tam odbyło się Właściwe Otwarcie Kunst- und Filmbiennale Worpswede 2013. Dostałem wolne od organizatorów: tłumaczeniem (a w zasadzie moderacją) zajęła się niejaka Celina Muza, Polkoniemka z Berlina. Nie wypada mi oceniać jej występu scenicznego u boku profesora Haase. A negatywnych szeptanek niemieckich słuchaczy i widzów na ten temat przytaczać się nie godzi. Tak więc spuśćmy zasłonę milczenia na ten temat. Ja ów czas wykorzystałem na nawiązywanie kontaktów z naszymi niemieckimi gospodarzami. Tak poznałem autora umieszczonego po preambule do niniejszego tekstu zdjęcia mojej facjaty, Dietera Röselera, faceta niezwykłego. Obsługiwał on zresztą całą imprezę jako artysta-fotograf, a zdjęcia nieźle robi. Głównie robi je w fotoszopie a posteriori. Stąd pogłębiona brzydota mojego pyska: najpierw kazał mi stroić miny różne, a później zmiksował całość i wyszło... jak wyszło. Mi się podoba okrutnie, moja Połowinka kazała fotę wyrzucić. Nie ma mowy: to pierwsze artystyczne foto, jakie kiedykolwiek mi zrobiono. Widać na inny artyzm nie zasłużyłem.
Rozmowę z reżyserem Lechem Majewskim (w środku) prowadził profesor Haase, całość moderowała Celina Muza
Po wspomnianym już Właściwym Otwarciu nastąpiła prezentacja filmu Lecha Majewskiego "Młyn i krzyż", zwieńczona rozmową z reżyserem. Również tę część programu obsługiwała Celina, więc ja moje znajomości pozaformalne pogłębiałem. Z bardzo przyjemnym skutkiem...
Po lewej jedna z "pogłębianych" znajomości (dziś mam wrażenie, że nawet przyjaźni): Deborah Lippold, właścicielka najlepszego hotelu w Worpswede: "Eichenhof". Zajmująca osobowość, o przeciekawym życiorysie; kolekcjonerka i mecenaska sztuki. 
Późny wieczór zakończyliśmy w trójkę: niezwykły Henryk Waniek, Przemek Wiater i ja, zajmując strategiczne pozycje w hotelowym pokoju Przemka. To była świetne, pasjonujące przeżycie, a Henryk okazał się rozmówcą arcyciekawym. Przemek też, ale z nim znamy się jak  nie przymierzając  łyse konie...

Dodam tylko, że przed południem udałem się byłem do lekarza. Dzięki Klaudii Krohn nie zapłaciłem za interwencję ambulatoryjną ani grosza, koszty pokrył Stefan Schwenke z kasy gminy. Einen herzlichen Dank, lieber Stefan! Dzięki 4 zastrzykom (3 w pośladki, 1 w kręgosłup, ten ostatni bardziej bolesny, niż "wypadnięty" dysk) udało mi się niemal bezboleśnie przetrwać dzień i kolejną noc. A następnego przedpołudnia... Ale o tym w kolejnej, VI części "Münchhausenowskich Opowieści o Worpswede".

Worpswede 2013 - Biennale Sztuki i Filmu. Część IV: Politicum

W przeddzień rozpoczęcia Biennale podpisane zostały dwie Umowy o Współpracy Kulturalnej: pomiędzy Worpswede a Kazimierzem Dolnym oraz Szklarską Porębą. Wszystkie trzy miejscowości są członkami Europejskiego Stowarzyszenia Miast-Kolonii Artystycznych euroArt, co już samo w sobie stanowi o pewnym współdziałaniu. Podpisane umowy obligują do niego jeszcze mocniej, a w rozmowach podczas uroczystej kolacji, wydanej przez burmistrza Stefana Schwenke  w najzacniejszym hotelu w Worpswede, w Eichenhof, padały liczne, konkretne propozycje, w jaki sposób ów dokument biurokratyczny wypełnić treścią artystyczną i kulturalną. 
Burmistrz Grzegorz, ten ze Szklarskiej Poręby, właśnie stwierdza, że podsunięto mu dokument burmistrza Grzegorza. Tego z Kazimierza. Drobną fopę szybko naprawiano. 

Burmistrzów trzech
(Od lewej: Grzegorz Sokoliński - Szklarska Poręba; Stefan Schwenke - Worpswede; Grzegorz Dunia - Kazimierz Dolny).
Dla mnie uroczystość była translatorskim chrztem bojowym w Worpswede: najpierw, w ramach rozgrzewki, w sposób szeptany tłumaczyłem obu polskim burmistrzom przemówienia niemieckie; następnie – już konsekutywnie i na niemiecki – ich przemówienia. Wyszło nieźle, jak sądzę, choć przy każdym ruchu czułem coraz silniejszy ból, związany z owym nieszczęsnym krążkiem międzykręgowym (patrz: CZĘŚĆ I opowieści o Worpswede).

Treść umowy (w języku polskim) w wersji dla Szklarskiej Poręby dostępna jest TUTAJ. Obie wersje polskie oraz niemiecka są w części zasadniczej jednobrzmiące. 

Addendum: Po uroczystości powyższej, jeszcze w trakcie trwania kolacji, Grzegorz Sokoliński ciemną, wietrzną nocą ("Wer reitet so spät durch Nacht und Wind?") wyruszył w drogę powrotną do Polski, do stolicy Mazowsza (oraz niejako przy okazji – także całej Rzeczpospolitej). Następnego dnia bowiem miało miejsce niezwykle istotne dla Szklarskiej Poręby wydarzeniepodpisanie listu intencyjnego, którego sygnatariuszami są Ministra Sportu i Turystyki Joanna Mucha, Marszałek Województwa Dolnośląskiego Rafał Jurkowlaniec oraz Burmistrz Szklarskiej Poręby Grzegorz Sokoliński. Dowody są na zdjęciach w linkowanym wyżej artykule.

2.05.2013

Worpswede 2013 - Biennale Sztuki i Filmu. Część III: Dobrodzieje

Bez pieniędzy Biennale by nie było. Z pewnością jednak "niemieckich" pieniędzy nie starczyłoby na nasze prezentacje. Poza tym  o czym później – właściwie odbyły się dwie różne imprezy pod wspólnym tytułem: część niemiecka oparta głównie o film i jego peryferie, oraz część polska wykorzystująca sztuki piękne, w tym głównie malarstwo, rysunek, rzeźbę, ceramikę etc. 

Poniżej więc logotypy naszych dobrodziejów (sponsorów, instytucji wspomagających), dzięki którym udało się zrealizować polską część Biennale.




Z pewnym wahaniem zamieszczam także TEN logotyp Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze (z logotypem dolnośląskiego UM): niewątpliwie muzeum miało swój znaczący udział (choćby osobowy) w organizacji Biennale, jest także instytucją kultury Samorządu Województwa Dolnośląskiego, ale Urząd Marszałkowski potraktował nas "per noga" i wypiął się na nas, okazując niezwykle głębokie poważanie. Najgłębsze z możliwych. Nawet nie otrzymaliśmy odpowiedzi na naszą prośbę o patronat. To się nazywa polityka bardzo niekulturalna...

Oto, jak Zarząd Województwa Dolnośląskiego dba o propagowanie rodzimej sztuki, kultury i artystów za granicą: takie działania uważa się za "niecelowe". Nie chce mi się "grzebać" w gównie, które Zarząd uważa za gówno celowe, bo czasu mojego szkoda na tych szkodników. Gratuluję dobrego samopoczucia!



Worpswede 2013 - Biennale Sztuki i Filmu. Część II: Ludzie

Przy bezpośredniej organizacji takiego przedsięwzięcia pracuje (z obu stron) wielce pokaźna liczba ludzi. Jeszcze większą rzeszę tworzą Ci Bez Których Siły Oddziaływania Nic By Z Tego Nie Wyszło.
Ze strony niemieckiej niewątpliwie należy tu wymienić pana profesora Jürgena Haase i jego Wilhelm-Fraenger-Institut w Berlinie. To on był pomysłodawcą przedsięwzięcia, wprawdzie pierwotnie w odmiennym kształcie, niż końcowy uzyskany efekt, ale bez niego i bez podziwu godnej aktywności jego małżonki, pani Angeli Henkel urzeczywistnić by się Biennale nie dało.
Prof. Jürgen Haase
Angela Henkel
Ogromną pracę wykonał kierownik projektu Tom Aures, zajmujący się w zasadzie całością "czarnej roboty" w tle i trzymający krótko młodszych i równie sprawnych pomocników: studentów, wolontariuszy, pomocników.
Tom Aures
Biennale nie odbyłoby się bez wsparcia burmistrza Worpswede, Stefana Schwenke, który przekonać musiał licznych przeciwników w Radzie Gminy tego w takiej formie skonstruowanego przedsięwzięcia, w tym swojego zastępcę Jochena Semkena. Zresztą tego ostatniego nie przekonał: Jochen bardzo krytycznie wypowiadał się o niemieckiej części Biennale do końca jego trwania. Nie tylko on. Ale o tym napiszę w Podsumowaniu. 
Burmistrz gminy Worpswede Stefan Schwenke
Ogromną pracę wykonała pani Klaudia Krohn, pełnomocniczka ds. kultury. Nie sposób nie wspomnieć o Sonii Toeppe, konserwatorce dzieł sztuki, która przez bite 2 dni pisała protokoły odbioru naszych obrazów i innych wytworów artystycznych. 
Z pewnością pominąłem tu wiele osób (Martin Ulrich, Du verzeihst doch!), ale nie jest moim zadaniem tworzenie książki telefonicznej ze zdjęciami. Bowiem jest jeszcze jedna grupa, o której zapomnieć nie wolno: Właściciele lub Administratorzy muzeów i galerii sztuki w Worpswede. To oni udostępnili pomieszczenia, spełnili ostre (czasami absurdalne) warunki ekspozycyjne naszych muzeów, przyjęli nasze eksponaty z troską, a nas samych z niezwykłą serdecznością.
Szacunek i chapeau bas!

A przecież to dopiero niemiecka część wyliczanki. Po stronie polskiej zacząłbym od pana doktora Marka Prawdy, jeszcze w ubiegłym roku Ambasadora RP w Berlinie (obecnie Stałego Przedstawiciela RP w Brukseli), bez którego wydatnej pomocy, zagrzewania nas do "walki", starań zakulisowych – najpewniej w ogóle nie podjęlibyśmy się tego zadania, a z pewnością nie w tak rozległym zakresie.
Ambasada RP w Berlinie: tu spotkaliśmy się na śniadaniu z panem drem Markiem Prawdą
O ekipie Domu Carla i Gerharta Hauptmannów (i o moim udziale w projekcie) wspominałem w poprzednim wpisie. A przecież pomagała nam bardzo wydatnie także Teresa Kępowicz, autorka projektu wystawy o starych koloniach artystycznych, projektantka graficzna plansz, katalogów i ulotek. 
Nie sposób zapomnieć o ludziach z kolonii artystycznych w Zakopanem i Kazimierzu. Wspomagali nas w przygotowaniach, brali udział w samym Biennale: pani Julita Dembowska (Z), państwo Odorowscy (K). 

Pominąłem najpewniej wiele nazwisk, nie wymieniłem Grześka Sokolińskiego i Grześka Duni, burmistrzów Szklarskiej Poręby i Kazimierza Dolnego; radnych obu miast: nie wszystkich poznałem, nie ze wszystkimi byłem w kontakcie. Ale wszystkim serdecznie dziękuję!

Zastanawiałem się, czy wymieniać z imienia i nazwiska ewidentnych przeszkadzaczy. Znalazły się bowiem i takie osoby: bezinteresownie, w myśl zasady: "Po co robić coś, gdy można nic nie robić?", torpedujące nasze działania. I postanowiłem je pominąć, zachowując jednak ich nazwiska w zakamarkach mojej pamiętliwej mózgownicy. Co się odwlecze, to nie uciecze...

Zapraszam Bożkę Danielską i Przemka Wiatera do wpisywania w komentarzach nazwisk tych pomagających nam przy projekcie osób,  które w głównej części się nie pojawiły. Bo moja pamięć do nazwisk jest mi piętą achillesową. 

Worpswede 2013 - Biennale Sztuki i Filmu. Część I: Przygotowania


Wszystko zaczęło się jakoś w lutym, czy marcu 2012 roku. Do Szklarskiej Poręby zawitała „Para Mieszana” z prasłowiańskiego (?) Berlina i roztoczyła przed zgromadzonymi w Domu Carla i Gerharta Hauptmannów słuchaczami perspektywę Wielkiego Wydarzenia. Głównie filmowego, ale „kątem” dałoby się pokazać polską sztukę współczesną, a może nawet i polską sztukę z przełomu XIX i XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem ówczesnej polskiej (sic!) twórczości w kolonii artystycznej Schreiberhau. Tłumaczyłem te (i pozostałe) słowa, głowiąc się, co szanowne berliństwo ma na myśli – ale przecież nie mnie się nad tym zastanawiać: w spotkaniu udział brały prawdziwe tuzy artystyczno-kolonijne. 

Minęło kilka tygodni i sprawa zaczęła się lekko krystalizować: jednak poza filmami dotyczącymi sztuki przełomu wieków berliństwo zdecydowało się mocniej zaakcentować sztukę polską kolonii artystycznych tego okresu, a ponieważ jakoś trudno było znaleźć tę polskość wśród artystów z ówczesnego Schreiberhau (jeden bardzo niemiecki, choć z polsko brzmiącym nazwiskiem, Franek von Jackowski wiosny nie czyni, a poza tym on nastał już po przełomie wieków), to do udziału w Wielkim Wydarzeniu postanowiono zaprosić „kolonistów” z Zakopanego, Bronowic i Kazimierza Dolnego: tych bywszych, jak i tych obecnych.

Ten upór kolonijny jest zrozumiały, gdy okaże się, że Wielkie Wydarzenie odbywać się będzie w Worpswede. A to Worpswede to – by się nie rozpisywać – najbardziej znana kolonia artystyczna w Niemczech, przynajmniej obecnie (zainteresowanym i niemieckojęzycznym polecam książkę "Rückzug ins Paradies: die Künstlerkolonien Worpswede, Ahrenshoop, Schwaan", wydaną w roku 2001). 

Z polskiej strony projekt poprowadzić miał zespół w składzie Bożena Danielska i Przemek Wiater, mnie zwerbowano do czynności translatorskich, na co z chęcią (przynajmniej początkowo) przystałem. Dwoje pracowników merytorycznych Domu Carla i Gerharta Hauptmannów w Szklarskiej Porębie miało za zadanie opracować program "polskiej" części Wielkiego Wydarzenia, nawiązać kontakty z koloniami w Zakopanem, Bronowicach, wykorzystać istniejące z kolonią w Kazimierzu dolnym, a ponadto: zająć się zdobywaniem środków finansowych (głównie dotacji fundacyjnych, ministerialnych, komunalnych, samorządowych...), logistyką, wyborem prac (tzw. "starych mistrzów" i współcześnie tworzących artystów), stroną merytoryczną wystaw i dziesiątką innych spraw wokółwielkowydarzeniowych

O kłodach rzucanym im pod nogi, przeciwieństwach losu, oporze materii martwej i żywej pisać nie będę: niechaj pozostanie to złym, zacierającym się wspomnieniem. O tym, że wbrew pierwotnym ustaleniom co do mojej roli w projekcie (w ostatnich latach wszystko jest projektem), zostałem wmieszany w robotę, której się ani nie spodziewałem, ani nie chciałem  też nie będę się rozpisywał. Przeskoczę po prostu trzy kwartały i opowiem o wydarzeniach roku 2013. Z jednym wyjątkiem: w listopadzie 2012 roku pojechałem z Przemkiem Wiaterem do Worpswede z dwojga powodów. Po pierwsze, by przeprowadzić wizję lokalną miejsc wystawienniczych naszych, polskich prac; po drugie, by sfinalizować rozmowy ze Stefanem Schwenke, burmistrzem gminy Worpswede (i wiceprezydentem Europejskiej Federacji Kolonii Artystycznych euroArt) na temat podpisania Umów o Współpracy Kulturalnej pomiędzy Worpswede a Szklarską Porębą i Kazimierzem Dolnym podczas Kunst- und Filmbiennale Worpswede 2013. To zadanie pana radnego Przemysława Wiatera, ale  bez najmniejszej przesady – dumny jestem, że w tych przygotowaniach miałem swój niewielki udział. 

Wracajmy do roku  bieżącego. Gdy po wielu bojach telefonicznych, mailowych i osobistych (zawsze werbalnych) okazało się, że nasze wnioski o dofinansowanie zostaną rozpatrzone pozytywnie, Bożena i Przemek (choć głównie Bożena) wzięli się do roboty. Dwa duże katalogi polsko-niemieckie, plansze towarzyszące wystawom z licznymi zdjęciami i informacjami na temat poszczególnych kolonii artystycznych (po niemiecku), referaty polskich specjalistów od sztuk pięknych (oczywiście również w tłumaczeniu na niemiecki), scenariusze wystaw współczesnej i "starej", zdobywanie filmów (do których należało dodać niemieckojęzyczne napisy)... To tylko część roboty, którą zespół wykonał w ciągu niespełna 2 miesięcy poprzedzających rozpoczęcie Biennale. Nie wspominam o korespondencji elektronicznej (naliczyłem ponad 3,5 tysiąca maili od i do niemieckich kolegów, zajmujących się organizacją Wielkiego Wydarzenia), którą w ogromnej większości tłumaczyłem na polski lub na niemiecki. 

Ostatni mail od pani Angeli Henkel z 23.04.2013 brzmiał:
Anbei der aktualisierte Ablauf der einzelnen Tage zu Ihrer Kenntnis.Hier ist der Letztstand der Gäste und Übersetzer integriertiert, wie von Ihnen übermittelt.Mit besten Grüßen für eine angenehme Anreise,Herzlichst Angela Henkel Programmdirektion
Załączam zaktualizowany program poszczególnych dni do Państwa wiadomości. Zawiera on ostateczną listę gości i tłumaczy, zgodnie z Państwa danymi. Z życzeniami spokojnej podróży, serdeczności - Angela Henkel Dyrektor Programowy.
Następnego dnia, krótko po 7.00 rano wyruszyliśmy samochodem do Worpswede, oddalonego o 670 km od Szklarskiej Poręby. Wszystko przebiegało świetnie, aż do chwili, gdy zdawało się  że dla mnie Biennale skończyło się, zanim się zaczęło. W którymś momencie, gdzieś tak w połowie trasy, poczułem nagle znajome i przerażające mnie chrupnięcie w lędźwiowej części kręgosłupa i natychmiast zdałem sobie sprawę, że oto pierdyknął mi dysk. Nihil novi: to schorzenie niemal chroniczne u mnie, ale ból za każdym razem jest okrutny. A przede mną 5 dni nieustannych tłumaczeń, z reguły na stojąco; wędrowania od wystawy do wystawy; od wernisażu do wernisażu; od galerii do galerii. Przyznaję bez bicia: humor straciłem całkowicie, autentycznie chciało mi się płakać. I choć to nie może być usprawiedliwieniem, to jednak niewątpliwie dolegliwości te wpłynęły na moje samopoczucie, a przez to także na mój stosunek do otaczającego świata i ludzi. O tym jednak przy innej okazji.



3.02.2013

Zapamiętać się w historii. Wystawa w Muzeum Karkonoskim.


Hugo Seydel spogląda - jak sądzę - z dumą na dzisiejsze muzeum. Jego Muzeum.

Muzea regionalne, jak wiemy z doświadczenia, przyciągają rzesze zwiedzających, poznają oni swoją ojczyznę, uczą się jej historii i miłości do niej. Postrzegają przedmioty, obok których normalnie przechodziliby obojętnie, w zupełnie nowym świetle. Rozbudzana jest w nich więc i pogłębiana miłość do regionu i do ojczyzny.
Hugo Seydel
[“Wspomnienia tajnego radcy prawnego doktora h. c. Seydela w Jeleniej Górze z jego działalności
w Towarzystwie Karkonoskim”. Jelenia Góra 2008 r., wyd.: Muzeum Karkonoskie
przy współpracy Muzeum Śląskiego w Görlitz. Tłumaczenie: Tomasz Pryll]

Czym jest historia? Echem przeszłości odbitym przez przyszłość. Odblaskiem przyszłości rzuconym w przeszłość.
V. M. Hugo


Dość pilnie, choć ukryty za monitorem komputera domowego, obserwowałem powstawanie dzieła zbiorowego, które wreszcie z końcem stycznia 2013 roku pokazane zostało światu: oto po wielu miesiącach prac otwarta została w Muzeum Karkonoskim wystawa stała o dość enigmatycznym tytule „Z historii Jeleniej Góry i regionu”. Huczności odbyły się pierwszego dnia lutego, gdy na zaproszenie Gabrieli Zawiły progi muzeum przekroczyły dziesiątki (setek nie było chyba?) par nóg obutych a to w pantofle wysoce VIP-owskie, a to w trapery mocno turystyczne, a to w półbuty, jakie zwykli wzuwać ludzie zainteresowani kulturą i historią. Były przemówienia, podziękowania i wyliczanki Tych-Bez-Których-Nic-Nigdy, było też masę hand-shake’ów. Do dzisiaj zastanawiałem się, czy umyć prawicę własną, która honor miała spocząć w dłoniach trzech byłych i obecnych prezydentów miasta naszego, dwóch radnych obecnej i jednego nieobecnej kadencji, przedstawicieli prężnie (ale nie tak, jak za czasów Seydela) działającego Riesengebirgsverein z Görlitz oraz tamtejszego Muzeum Śląskiego; obecnej pani dyrektor „muzea” oraz jej poprzednika, licznych (różnie funkcjonujących) funkcyjnych urzędników starostwa, urzędu miejskiego i przedstawicieli władz miast sąsiednich. Do sobotniego wieczora dłoni nie obmywałem zbyt intensywnie.

Jednak dzisiaj – gdy na zwiedzanie wystawy zaprosili nas (znaczy: wszystkich chętnych, zainteresowanych i ciekawych) opiekunowie poszczególnych działów Wielkiej Wystawy, by poopowiadać o trudach jej przygotowania... – tak więc dzisiaj rano prawicę jednak umyłem, licząc się z nowymi, nie mniej istotnymi uściskami.
Sporo przed 11.00 byliśmy z Połowinką na muzealnym podwórcu, zaraz też wkroczyliśmy na „salony”. Osób w hallu było kilkanaście, pośród nich – co bardzo cieszy – spora grupka blacharzy czerwonomundurowych z Andrzejem Mateusiakiem, który sokolim okiem obserwował, kto z obecnych kursantów łaskaw był zjawić się na wystawie - dla Przewodników Sudeckich ważnej niezwykle. Zresztą liczba chętnych na niedzielne zwiedzanie zaskoczyła chyba samych organizatorów: kiepski jestem z szacunków tłumu, ale zawsze umiałem oszacować „pogłowie” oprowadzanej przez siebie grupy turystycznej: tu, moi Państwo, były lekko licząc ze trzy 40-osobowe grupy razem wzięte...
Wstępem oprowadzanie rozpoczęła pani Kasia Kułakowska, Główna Zawiadowczyni prac przygotowawczych, a równocześnie współopiekunka części wystawy poświęconej sztuce i rzemiośle w wiekach od XVIII do XX. Po niej rozwinął się Tomek Miszczyk, mówiąc o archeologicznych eksponatach, ich przedstawieniu, pochodzeniu i znaczeniu dla historii miasta. Było też o naszym jeleniogórskim mieczu nimbem owianym. Pięknie i zajmująco mówił Tomek, aż przeszedł do kolejnego pomieszczenia, w którym całe wsłuchane towarzystwo zwiedzające zmieścić się prawa nie miało. Zrezygnowałem i ja w tym momencie, poszedłem pozwiedzać na własną rękę (i odpowiedzialność). I zakurzyć poszedłem też.
Kolejnym fabularyzatorem był Robert Rzeszowski (panią Kasię Kułakowską pominąłem, ale nie było sposobu, by dopchać się w okolice Patrycjum!). Mówił cicho, bardzo cicho... to też metoda na zdobycie uwagi zwiedzających, ale na mój gust Robert przedobrzył. W kolejnej sali czekała już Kasia Szafrańska, by oczarować widzów woalem, lnem, narzędziem tym, czy owym; konstrukcją (chaty karkonoskiej) i strukturą (materii utkanej).
Poza protokołem udało mi się porozmawiać z Elą Ratajczak i Katarzyną Kułakowską. Przyznały, że nie wszystko szło jak po maśle, że jak miecz Bolka Damoklesa wisiał na wszystkimi nieprzekraczalny termin otwarcia wystawy. I powtórzyły obie panie to, co mówił każdy z kolejnych opowiadających: „Za mało miejsca!”. Ot, dać muzealnikowi mały palec... Przed rozbudową muzeum miejsca (o ile pamiętam) było jeszcze mniej: archeologia Tomka mieściła się na stryszku Patrycjum (cała!), etnografia siedziała kątem w chacie, Robert miewał jakieś ustronne gabloty. Oczyma duszy widzę, jak lwice i lwy muzealne wydzierały sobie w fazie planowania wystawy każdy milimetr kwadratowy ściany, podłogi, każdy kubik gabloty... To musiały być piękne operatywki!
A jednak (to nie zarzut, to po prostu przemyślenie) zabrakło istotnej ekspozycji: zabrakło malarstwa. Ja wiem, że jest mała galeria, że nie wszystko zaległo w magazynach – ale trochę szkoda, że galeryjka malusia i na uboczu. Mam wrażenie, że mój pogląd podziela także pani Ewa Soltan, z którą również miałem przyjemność zamienić dzisiaj kilka słów.
Zapytają Państwo o wystawę? Jest... imponująca! Nie mówię tego na wyrost, bo też Jelenia Góra na Paryż (ani na Wrocław) nie wyrośnie w tym stuleciu. Ale na naszym rodzimym gruncie takiej wystawy jeszcze nie było. I wrażenia tego nie zmienią złe języki, ani też honorowe wyznania nielicznych przecież potknięć (których usunięcie nie stanowi problemu, więc nie warto o nich nawet wspominać). Natomiast OPISYWANIE wystawy na blogu, słowem własnym, mija się moim zdaniem ze zdrowym rozsądkiem. Poniżej kilka zdjęć, które niechby stały się impulsem do zwiedzenia ekspozycji osobiście: nie po to nasi Muzealnicy dobyli i w sposób niebywale plastyczny uwypuklili najcenniejsze ich zdaniem zabytki historii, by ich trud niszczyć drętwym, niezbyt wprawnym opisem. To, moi drodzy Państwo, trzeba „własnymi oczyma” konsumować! A jeśli nawet nie byłoby żadnego z kustoszy – są media, multimedia i paramedia, komputery rozpisane na tekst i głosy (wielojęzyczne), obrazki obrazków, przedmiotów i wydarzeń. Szczegółowy opis znajdą Państwo również we wspaniałym trójjęzycznym katalogu. Natomiast samą wystawę trzeba przeżywać, chłonąć i podziwiać osobiście, maksymalnie samotrzeć. Bo cztery osoby to już tłum – przynajmniej w przypadku tej wystawy, która niesie ze sobą taką moc wiedzy i informacji, że zwiedzanie wnet zamieni się w kontemplację.
Całej wspaniałej załodze Muzeum Karkonoskiego ze szczerego serca dziękuję za to, co dane mi było oglądać, czego wolno mi było wysłuchać; za trud w przygotowanie wystawy włożony. To nie koniec moich wizyt, moich zwiedzań tej wystawy: tu się chce wracać!

Chata w chacie - karkonoskie domostwo wiejskie zadaszone
Tomek Miszczyk (tyłem) i "zbiór Katarzyn Muzealnych" - Kasia Kułakowska i Kasia Szafrańska.
Jest też Kolumna i Jawor. 
Tłum słuchaczy, ale były także panie oglądające pilnie. 
Kasia udowodniła (nie ona pierwsza),  że historia i dawne bogactwo Jeleniej Góry z lnem i lnianymi wytworami nierozerwalnie jest związane

Czepiec dwuczęściowy lniany, datowany na rok 1816
To tylko część gości podczas dzisiejszego "Dnia Otwartego" 
Młodzież młodsza w mig rozgryzła tajniki multimedialnych ekranów interaktywnych

Patrycjum "po nowemu
Cirilla dell'Antoniego amorki w drewnie wykonane  - należą do moich ulubionych "fantów"

Do bloga marsz!

Prawdą jest, że się pod względem blogowym zaniedbałem strasznie. Usprawiedliwień mógłbym napisać wiele, pewnie wszystkie byłby bardziej lub mniej "utrzymane w formule języka dyplomatycznego", czyli - byłyby po prostu nieszczere. 
Dwa powody nadmienię jednak, zupełnie niedyplomatyczne; przeciwnie - zupełnie szczere:
Po primo więc: zajmujemy się w zespole mikrym, ale jakże miłym, dość skutecznym (choć ostatnie ciosy, jakie na nas spadły mogą temu akurat twierdzeniu zadać kłam), no i przede wszystkim: gronie niezwykle kompetentnym pewnym zakrojonym szeroko (aż po Wisłę) projektem, który w kwietniu 2013 albo wybuchnie wspaniałą feerią barw, albo... spali na panewce (także w sposób wielce kolorowy). O tym więcej ani słowa, przyjdzie czas - będzie wpis. Teraz idę w zaparte - by tylko nie zapeszyć!
Po drugie (oczywiście też primo!): znalazłem się trochę w sytuacji jak z tego oto dowcipu. Otóż rodzina szczęśliwa dochowała się syna, lat 6; niestety niemowy. Lekarze, terapie, zachęty i groźby nie spowodowały u dziecka zmiany: od maleńkości cisza i milczenie. I oto pewnej niedzieli podczas obiadu, po dwóch pierwszych zaczerpniętych łyżkach zupy zupełnie zaskakująco dziecię rzekło: "Mamusiu, czy może mama podać mi sól?". Szok był tak wielki, że sztućce powypadały rodzicom z rąk, na twarzach odmalowała się radość przemieszana z zaskoczeniem bezgranicznym, aż w końcu ojciec wykrztusił: "Ja.. Jasiu, to ty... mówisz?! Dziecko, czego żeś się nie odzywało do tej pory?!". Jaś zaś ze stoickim spokojem: "Do tej pory wszystko było w porządku, to co miałem gadać...?". 
I jak ten Jaś czuję się w mojej Jeleniej Górze, w mojej podkarkonoskiej (podgórokaczawskiej) małej ojczyźnie. Pory roku mijają, złota polska jesień była, śnieg był, zniknął i znów się pojawił. Kultura wysoka obniżyła poziom, kultura niska zanikła prawie całkowicie. W polityce trynd niezmienny: rękami i działaniami (i brakiem jakichkolwiek realnych działań) swoich lokalnych polityków Platforma Obywatelska masakruje się sama, a PiS i inne michałki para-polityczne gonią w piętkę smoleńską; niedowład władz lokalnych, rozgrywki  personalne i szczerzenie się do obiektywów przestały mnie interesować. 
To co miałem się odzywać? Przecież wszystko jest uporządkowane! Niezmiennie. 

A jednak wracam. Bo coś bardzo miłego zaistniało w Muzeum Karkonoskim. Coś - odważę się to tak określić - wielkiego, gdy wziąć pod uwagę miarę naszego miasta, ograniczenia ekonomiczne, brak dostatecznych środków ze strony (za słowo przepraszam:) Organu Założycielskiego. I miło mi się zrobiło, gdym zobaczył w piątek, 1.02.2013 r., historię naszego miasta, naszego regionu, zaprezentowaną z dużym rozmachem w salach rzeczonego muzeum. To był dzień Wielkiego Otwarcia, dlatego "zobaczyłem" bliższe jest prawdy, niż "zwiedziłem". Na zwiedzanie opiekunowie poszczególnych działów zaprosili lud wiedzy spragniony w niedzielę, czyli dzisiaj. Byłem, a jakże - i o tym w kolejnym wpisie. A Państwu powiem jeszcze, że na wystawę udać się będę musiał po raz trzeci: gdy nie będzie już tłumów (a takie były i w piątek, i w niedzielę), gdy rzecz lekko okrzepnie, gdy wreszcie przeczytam grubaśny katalog wystawie towarzyszący. 

Flagi

free counters