31.05.2012

Mieć sztywny kręgosłup?

Rozpocznę cytatem:
"Bardzo często rwa kulszowa jest objawem, który mija samoistnie, nawet jeśli jest to bardzo dotkliwy ból pleców. Jednakże w niektórych przypadkach wymaga zastosowania odpowiedniej terapii. Spektrum metod jakie oferują specjaliści, dobra klinika kręgosłupa jest szerokie, od farmakologii, przez fizjoterapię po medycynę alternatywną. Najczęściej pierwsze kroki jeśli chodzi o leczenie kręgosłupa dotkniętego rwą kulszową, to zaradzenie przykrym i bardzo dotkliwym objawom, jakim są bóle kręgosłupa leczenie polega wówczas na podaniu odpowiednich leków przeciwbólowych oraz przeciwzapalnych, głównie z grupy opioidalnych". (Vertebralia)
No, to padłem. A w zasadzie: "siadłem", bowiem leżeć za bardzo nie mogę. Zresztą stać też nie, a chodzić mogę tylko "stopkami" (przynajmniej będę miał najdokładniejsze obmiary mieszkania, wyrażane w jednostce długości o nazwie stopa karkonoska). O zejściu ze schodów nie marzę (próbowałem, daremne żale, za to głośne jęki...). Ba: ekwilibrystyką niemal cyrkową jest próba przycupnięcia na kibelku!

Jednym słowem: chujnia z masłem. Z margaryną. Obojętnie z czym, ważne, żeby zawierało witaminę "B". Bo rzekomo Be czyni cuda.
Fakt, to nie pierwszy raz: ostatnio "złapało" mnie we wrześniu 2007 r. To niemal 5 lat temu, więc w zasadzie nie powinienem narzekać. A jednak: ta nieporadność, to całkowite "ubezwłasnowolnienie" i ten pojawiający się bez ostrzeżenia, przeszywający  ból (nawet wówczas, gdy przyjmę pozycję "bezbolesną", wygodną); wszystko to doprowadza mnie do białej gorączki. Poza wszystkim zaczynam rozumieć (i głęboko współczuję) chorym na zespół Tourette'a; niekontrolowane jęki, stęki, okrzyki rozbrzmiewają z moich ust nader często, a - jako rzekł poeta - "kurwy latają jak motyle".

Złapało mnie wczoraj: rankiem sięgnąłem do klamki okiennej, by wpuścić końcowo-majowe lato do mieszkania i... niczym radziecki pomnik z tą wyciągniętą ręką zastygłem. I już wiedziałem, co się święci... I - kurtka na wacie, skumbrie w tomacie - nie pomyliłem się (chociaż tyle mojej satysfakcji!): od tamtej chwili nie udało mi się złapać pionu (poziomu to ja nigdy najwyższego nie miałem), a pozycja (ta wygodna, bezbolesna), którą przyjmuję siedząc na krześle, musi przywodzić na myśl krzywą wieżę w pięknej pi... Pizie.

Jeszcze dzisiaj pocierpię sobie bezdoktorowo: nawcinam się witaminy B, starał się będę nie nadwyrężać "lędźwiowego odcinka kręgosłupa", łyknę kilka przeciwbólowców (ale nie opioidalnych!). Na szczęście najmniej "drażliwą" pozycją trwania jest pozycja siedząca - umożliwia mi to pracę nad wspaniałym tłumaczeniem, które wczoraj właśnie rozpocząć miałem. I rozpocząłem! 
.

No to się Państwu wypłakałem. A co tam, mój-ci ten blog...

29.05.2012

O wleńskim kościele św. Mikołaja kilka słów małych

Spędziłem wczorajsze popołudnie w miejscu cudownym: we Wleniu i jego najbliższych okolicach. Naszło mnie więc na napisanie czegoś o tym miasteczku, który na myśl przywodzi mi lekko zurbanizowaną baśń o śpiącej, przepięknej urody królewnie. I jestem całkowicie przekonany, że niebawem już zjawi się ów niezłomny (a przy tym bardzo bogaty) książę, by Wleń pokochać i wyrwać z niezbyt przyjemnego, a przede wszystkim o wiele już za długiego snu... Zbrodnią jest bowiem na ludzkości, by tak przewspaniałe miejsca w letargu pogrążone umykały postrzeganiu turystów, inwestorów i animatorów kultury. Jest pomysł: jest CZAS NA WLEŃ. Tym bardziej, ze już za 2 lata miasto z dumą obchodzić będzie 800-lecie nadania mu praw miejskich przez Henryka Brodatego. Zaglądajcie do Wlenia, sławcie jego urodę  i wszystko się ułoży jak pasjans stawiany ręką mistrza!
Dzisiaj napiszę o kościele parafialnym słów kilka, obiecuję, że o Wleniu będę pisał tutaj w najbliższym czasie wielokrotnie. Kilka zdjęć z "późnomajowego dnia wleńskiego" znajduje się tutaj. Przy okazji pozdrawiam serdecznie burmistrza, pana Bogdana Mościckiego: to on w dużym stopniu spowodował, że moje datujące się od lat zainteresowanie Wleniem i jego historią ostatnimi czasy niepomiernie wzrosło.
.
„…mieszkańcy młodego miasta z trudem wspinali się po stromych zboczach, by dotrzeć do kaplicy zamkowej, która w dodatku była już zbyt mała, by pomieścić tłum wiernych, więc w rok po lokacji miasta wyprosili sobie pozwolenie na wzniesienie kościoła, którego budowę rozpoczęli w roku 1215. W swoim dziele i w obliczu swojej niezamożności wspomagani byli przez Henryka (Brodatego) i Jadwigę. Wiarygodne przekazy mówią, że para książęca wzniosła na własny koszt proboszczówkę, do budowy której użyto ogromnych bloków skalnych zwożonych z okolicznych gór – a to przez wzgląd na występujące już wówczas podtopienia miasta przez Bóbr. Zaledwie po dwóch latach kościół został poświęcony świętemu Mikołajowi ratującemu ludzi w potrzebie przez biskupa Wawrzyńca, a było to w trzecią niedzielę po Zielonych Świątkach roku 1217 […]” (z: Chronik von Lähn und Burg Lähnhaus am Bober; Breslau 1863).
Tak wyglądać miał kościół wleński w pierwotnej swojej formie
W 1292 r. książę Bolko I nakazał rozbudowę kościoła parafialnego pw. św. Mikołaja we Wleniu, jak i samego miasta.

Kościół spłonął po raz pierwszy ok. roku 1440, w 1702 r. potężna powódź poważnie uszkodziła świątynię. Kolejny wielki pożar kościoła i plebanii miał miejsce w 1731 r.
Tablica nagrobna człowieka, który "stworzył" dzisiejszy kościół - szkoda, że odrobinę zapomniana
Obecny swój kształt wleński kościół parafialny zawdzięcza niezmordowanym staraniom pastora Josepha Tilgnera (30.X.1775 – 23.XI.1870), który 17 grudnia 1841 r. otrzymał tytuł dziekana. Znalazł on kościół św. Mikołaja w stanie opłakanym: rozpadające się mury, powybijane witraże, wyłamane drzwi. Dach nad prezbiterium groził w każdej chwili zawaleniem. Tilgner uratowanie i odbudowę wleńskiego kościoła uczynił swoim życiowym zadaniem. Wysiłek ten był jednak ponad możliwości finansowe ubogiej parafii i parafian, szczególnie, gdy po likwidacji (sekularyzacji) klasztoru w Lubomierzu, prawo patronackie do wleńskiego kościoła przejął rząd królewski, który postawił warunek, by wierni ponieśli trzecią część kosztów odbudowy świątyni. Tilgner w imieniu gminy podał rząd królewski do sądu i po trwającym siedem lat procesie uzyskał niezwykle satysfakcjonującą decyzję, zmuszającą rząd do poniesienia całkowitych kosztów prac budowlanych, pod warunkiem udziału w nich wiernych. Rząd przekazał niezwłocznie (w 1853 r.) 8.000 talarów na remont plebanii i budynków gospodarczych, a kolejne 17.000 talarów na remont i rozbudowę samej świątyni, która to kwota obejmowała wyłącznie prace budowlane i wykończeniowe, nie uwzględniając wyposażenia kościoła. Głównym architektem odbudowanej w stylu neogotyckim świątyni był mistrz Pawelt. Zachowana została stara wieża z bloków kamiennych, wzniesiona w 1241 r. i pamiętająca najstarsze powodzie i największe pożogi we Wleniu, otrzymując teraz zwieńczenie w postaci wspaniałego hełmu.
Najstarsza "oryginalna" część kościoła: wieża, pamiętająca czasy fundacji świątyni
Dawny kościół miał 61 ½ łokcia długości, 19 łokci szerokości i 18 ¼ łokcia wysokości w nawie (1 łokieć pruski = 0,6668 m lub 25½ cala). Obecny kościół jest nieporównywalnie potężniejszy.
Kościół św. Mikołaja dzisiaj (maj 2012)
1863 r., rok rozpoczęcia odbudowy i rozbudowy kościoła wleńskiego
Rzut oka do wnętrza (przez zamknięte drzwi)
...i jeszcze taka ciekawostka nietoperzowa
O Wleniu tutaj:

26.05.2012

Dolnośląskie pałace i zamki umierają w milczeniu

Raduję się każdym nowym osiągnięciem rewaloryzacyjno-architektonicznym na terenie bliskiej mojemu sercu Doliny Pałaców i Ogrodów (aka: Kotliny Jeleniogórskiej), w miarę swoich skromnych możliwości staram się te "zmartwychwstania" opisywać i dokumentować fotograficznie. Z tej wielkiej radości nie spoglądam dalej, niż koniec własnego nosa: mój "horyzont poznawczy" ograniczają pasma Rudaw Janowickich, Karkonoszy, Gór Izerskich i Kaczawskich...

Dzisiejszy wpis jest "przedrukiem" ze wspaniale prowadzonego bloga (na poziomie, o którym ja tutaj mogę tylko pomarzyć) pod tytułem "Śląskie Zabytki - blog o zabytkach i nie tylko". Autorowi (autorom?) tego bloga bardzo dziękuję za wielkie dokonania - i o wybaczenie proszę, że bez pytania pozwalam sobie na "copy & paste". Moich Czytelników zaś gorąco zachęcam do zaglądania pod zalinkowany adres: warto ze wszech miar!
.
Jak naprawdę wygląda sytuacja zamków, pałaców i dworów na Dolnym Śląsku.
.
Często podnoszą się głosy mówiące, że owszem, w regionie istnieje problem niszczejących zabytków, jednak jest coraz lepiej i coraz więcej się dzieje pozytywnego. Oczywiście, że tak. Trzeba przy tym jednak pamiętać, że ten kij ma dwa końce. Gdy jeden pałac podnosi się z gruzów w medialnym szumie, kilka innych bezpowrotnie ginie w ciszy. Wspaniałe obrazki z Doliny Pałaców koło Jeleniej Góry przesłaniają nam "dolnośląską tragedię", z którą zapoznał się nawet brytyjski następca tronu, a niewielu z nas ją zauważa. Poniżej zestawienie liczbowe pokazujące sytuację w wybranych powiatach. Określenie "po remoncie" oznacza obiekt w którym przeprowadzono renowację od początku do końca, a nie te w których trwa remont lub skończył się kilkanaście lat temu. Odejmując od ogólnej liczby obiekty wyremontowane i te w ruinie pozostają zabytki, które jeszcze się trzymają, ale ich stan jest daleki od doskonałości. 
  • powiat bolesławiecki - około 20 zamków i pałaców, z czego 8 w ruinie, po remoncie 2
  • powiat dzierżoniowski - około 36 zamków i pałaców, z czego 11 w ruinie, po remoncie 4 
  • powiat górowski - około 32 zamki i pałace, z czego 10 w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat głogowski - około 19 zamków i pałaców, z czego 5 w ruinie, po remoncie 2
  • powiat jaworski - około 39 zamków i pałaców, z czego 16 w ruinie, po remoncie 4 
  • powiat jeleniogórski - około 28 zamków i pałaców, z czego 7 w ruinie, po remoncie 12
  • powiat kamiennogórski - około 8 zamków i pałaców, z czego 2 w ruinie, po remoncie 1
  • powiat kłodzki - około 46 zamków i pałaców, z czego 24 w ruinie, po remoncie 3 
  • powiat legnicki - około 36 zamków i pałaców, z czego 8 w ruinie, po remoncie 4 
  • powiat lubański - około  25  zamków i pałaców, z czego  7  w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat lubiński - około 28 zamków i pałaców, z czego 16 w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat lwówecki - około 26 zamków i pałaców, z czego 14 w ruinie, po remoncie 3 
  • powiat polkowicki - około 30 zamków i pałaców, z czego 13 w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat średzki - około 39 zamków i pałaców, z czego 12 w ruinie, po remoncie 2
  • powiat strzeliński - około 42 zamki i pałace, z czego 15 w ruinie, po remoncie 3 
  • powiat świdnicki - około 62 zamki i pałace, z czego 22 w ruinie, po remoncie 5 
  • powiat wołowski - około 33 zamki i pałace, z czego 10 w ruinie, po remoncie 3 
  • powiat wrocławski - około 76 zamków i pałaców, z czego 24 w ruinie, po remoncie 11
  • powiat ząbkowicki - około 29 zamków i pałaców, z czego 13 w ruinie, po remoncie 1 
  • powiat zgorzelecki - około 24 zamki i pałace, z czego 6 w ruinie, po remoncie 2 
  • powiat złotoryjski - około 28 zamków i pałaców, z czego 12 w ruinie, po remoncie 3 
Brakuje powiatów: milickiego, oleśnickiego, oławskiego, trzebnickiego i wałbrzyskiego.
.
Rzut oka na zestawienie pokazuje że proporcje rozkładają się "sprawiedliwie" w każdym powiecie. Im więcej zabytków, tym więcej ruin i tylko ostatnia liczba - tych zadbanych - jest równa dla wszystkich. Pozytywnie wybija się tylko powiat jeleniogórski i wrocławski. Ten pierwszy to słynna "Dolina Pałaców", drugi ze względu na bliskość Wrocławia i ogromną liczbę obiektów zabytkowych. Negatywnie zaskakuje powiat kłodzki z 24 ruinami, lub lwówecki, gdzie zniszczonych obiektów jest więcej niż ocalałych. Oprócz śmiesznie niskiej liczby pałaców po renowacji zaskakuje na plus liczba ruin. Na pierwszy rzut oka, w naturze, wydaje się że jest ich więcej. Być może dlatego, że w zestawieniu nie zostały uwzględnione obiekty zdewastowane, nadające się jeszcze do użytkowania. Takich jest zdecydowana większość.
.
Liczbami nie da się pokazać jakości i wartości zabytków. Giną budowle bezcenne.

14.05.2012

"Echt" Likier Karkonoski

Likier "Stonsdorfer" (ten autentyczny, z gorzelni pana Christiana Gottlieba Koernera nosił predykat Echt, a więc: prawdziwy), produkowany od 1810 r. w Stonsdorfie (dzisiejszym Staniszowie), a po 1868 r. w Cunnersdorfie (dzisiaj okolice zajezdni autobusowej MZK, vis-a-vis, w pomieszczeniach obecnego Metalowca, a niegdysiejszej siedziby dyrekcji JPBM-u) szybko podbił serca podniebienia smakoszy. Między innymi właśnie ze względu na jego błyskawicznie rosnącą popularność i wielki popyt syn wynalazcy, Wilhelm Koerner zdecydował się na wyprowadzkę z gorzelni dzierżawionej od rodziny Reuß do (wówczas) podjeleniogórskich Kunic.


Po 1945 "Echt Stonsdorfer" podzielił los wypędzonych stąd mieszkańców: tułał się jakiś czas w Niemczech Zachodnich, by w 1957 r. "osiąść" w Harkheide koło Hamburga i tam wywalczyć sobie wysoką popularność pośród alkoholi tego typu...

Natura nie znosi pustki, natura rynku alkoholowego tym bardziej... I choć przez wiele lat "Echt Stonsdorfer" nie mógł doczekać się godnego następcy, a liczni - nazwijmy to - "detaliści" usiłowali dobrać odpowiednie zioła i leśne owoce, by na własne potrzeby "upędzić" choćby niewielką ilość karkonoskiego likieru, to trzeba było dopiero Współczesnego Laboranta, magistra chemii (najwyraźniej: chemii praktycznej), Przewodnika Sudeckiego i samozwańczego mnicha borowickiego, Tomka Łuszpińskiego, by nalewkową tradycję w sposób profesjonalny odtworzyć.

Na targach TOURTEC spotkaliśmy się z Tomkiem i dane było mi popróbować tego specjału (nie bez namowy Andrzeja Mateusiaka, który z zachwytem opowiadał... może nie tyle o SAMYM trunku, lecz o idei udanego, popularnego i potrzebnego PRODUKTU REGIONALNEGO. Zresztą miło było stuknąć się z Andrzejem malutkim naparsteczkiem napitku, nalewanego przez samego Mistrza Postlaboranckiego, Tomka Łuszpińskiego). 
Tomasz Łuszpiński
LIKIER KARKONOSKI - taką nazwę nosi "współczesny" Stonsdorfer. Jednak pisanie o jedzeniu, a tym bardziej o napitkach jest trudne: jakże ubrać w słowa to, co w sposób tajemniczy przekazują nam nasze kubki smakowe.
LIKIERU KARKONOSKIEGO należy po prostu i KONIECZNIE skosztować! 
Jeżeli łakną Państwo dalszych informacji, proszę zajrzeć na likierową stronę tego wspaniałego trunku, warto! I spróbować warto, tylko jednego nie warto: nie warto przedawkować. To dość ciężki, wytrawny wprawdzie, ale intensywny likier - przypuszczam, że mimo leczniczych właściwości (gdy dozowany z umiarem), może okazać się zabójczy, gdy zaaplikowany będzie w ilościach nadwymiarowych. To tak, jak z każdym lekarstwem...

25.04.2012

Breaking News: Monografia Fritza Heckerta autorstwa Stefanii Żelasko

.
Mail nadszedł dzisiaj, niespodziewanie. Krótki, lakoniczny, ale radosny:
.
Tomek, nie mogę uwierzyć. Możesz reklamę robić. Promocja książki 11 maja.
Do zobaczenia i dzięki. Stefania

.
O co kaman, zapytają Państwo? Niech mówią obrazki z załączonej do maila ulotki; a właściwie arkusza drukarskiego:




.
Kolejny już tom z cyklu szklarskiego autorstwa doktor Stefanii Żelasko lada dzień ukaże się na rynku, jak podejrzewam - na razie wyłącznie niemieckim. Chełpić się mogę tym, że dorzuciłem do publikacji jakąś tam cegiełkę, w postaci tłumaczenia kilku passusów na język niemiecki (lub dokonując korekty napisanych po niemiecku tekstów). 
Mam nadzieję, że promocja książki odbędzie się także w Muzeum Karkonoskim w Jeleniej Górze, choć po prawdzie - to dość zawiłe zagadnienie...
Krótki fragment z książki, wycinek z życiorysu Friedricha Wilhelma Heckerta - po polsku - pozwalam sobie zamieścić poniżej.

Do takich światłych i ambitnych menadżerów należał Fritz Heckert, założyciel w r. 1866, początkowo w Szklarskiej Porąbie, następnie w Piechowicach malarni i rafinerii wyrobów szklanych, którą spadkobiercy, wierni jego artystycznej idei rozbudowują i przekształcają z czasem w hutę z towarzyszącymi jej warsztatami zdobniczymi. W r. 1862, gdy po raz pierwszy przyjechał ze swoim teściem w Karkonosze, wynajmując pokój w słynnym pensjonacie Prenzelbaude w Michałowicach, z pewnością jako letni młody człowiek nie dysponował kapitałem. Należy wysunąć hipotezę, że na zakup pierwszej szlifierni pieniądze wyłożył majętny teść. Zaznaczyć trzeba, ze Fr. Heckert był bardzo przedsiębiorczy, umiał sobie zjednywać i pozyskiwać ludzi, dlatego też nie należy się dziwić, ze największa śląska firma spedycyjna von Loesch wyłożyła kapitał, udzielając mu pożyczki pod budowę późniejszej huty szkła.

Fr. Heckert rozpoczął działalność w środowisku o ustalonej już europejskiej renomie, w zakresie kreowania i zdobienia artystycznych wyrobów ze szkła.

Począwszy od średniowiecza, w oparciu o naturalne bogactwa, takie jak złoża kwarcu i lasy oraz woda, na tych terenach ciągle kwitła, trwała tutaj sztuka szklarska, istniała bogata tradycja, kontynuowana nieprzerwanie, pomimo burzliwych losów tej ziemi. Zmieniali sie władcy, nie zawsze sprzyjający tego typu działalności, ale mimo to dominowała ona w życiu artystycznym i ekonomicznym Kotliny Jeleniogórskiej.

23.04.2012

No, to co? Pomożecie?! Niech się zawiosni!

Froda ruszyła dzisiaj rano na poszukiwania tej prawdziwej wiosny. Poniżej to, co znalazła.




 

12.04.2012

Na 70. urodziny Mistrza Wielkiego Walońskiego, Szklarskoporębiańskiegoo


Juliusz Naumowicz  Człowiek-Instytucja. Nie, nie tylko w Szklarskiej Porębie: wygrzebane razem z pięknymi okazami mineralogicznymi tradycje walońskie rozprzestrzeniają się dzięki Niemu płomieniem żywym, ogarniając tę najpiękniejszą część Dolnego Śląska. Jego Stara Chata Walońska to jeden z cudów Szklarskiej Poręby (jest ich wiele, weźmy na przykład... ja wiem...? Przemka Wiatera? To nota bene Kanclerz in personam Sudeckiego Bractwa Walońskiego). Jula pasja to - pośród tęczy barw Szklarskiej Poręby - koloryt najwyrazistszy.
70 lat? Mistrzu! Walonia i jej Walończycy wieku nie liczą! Tobie lat nie przybywa, Ty w swej Postaci ślachetniejesz. Niczym wino przednie, niczym złoto najwyższej próby. 
Trwaj, Mistrzu; bądź nam Gwiazdą Przewodnią pośród siedmiu gwiazd. Bądź nam "Mente et Malleo".
.
"Rzeczpospolita" pogniewa się bardzo; mam nadzieję, że Katarzyna Giereło (dziś: z kreską i Klimaszewską) mniej - za to, że na siedemdziesiątkę przypomnę tutaj w roku 2012 pewien reportaż z roku 1999. Bo warto, mimo zastrzeżeń prawno-kopyrajtowych!
.
Kamieniotłuki

22.10.1999 - Katarzyna Giereło
Juliusz Naumowicz to miłośnik gór i minerałów, zwolennik legendy Rzepióra. Spełniony biznesmen nie potrzebuje, jak mówi, więcej pieniędzy dla siebie. Pomaga odmieńcom, podobnie jak on, zafascynowanym podaniami o Walonach - poszukiwaczach złota i drogich kamieni. 


Jeśli sami czegoś nie zrobimy, nie mamy prawa narzekać, że nic się nie dzieje - mówi Juliusz Naumowicz, zwany przez przyjaciół Julem. Sam jest przykładem prawdziwości tej maksymy. Ciągle ulepsza stworzone przez siebie Muzeum Ziemi w Szklarskiej Porębie. Tym razem wymyślił, by przed muzeum stanęła ogromna rzeźba Rzepióra - ducha Karkonoszy.
Kościsty starzec ze zwichrzoną brodą sięgającą do kolan zostanie wykonany z lipowego drewna przez miejscowego artystę Leszka Smagałę. 
Duch gór 
- Musi być wyobrażony ten duch gór. Gdy pytam dzieci przychodzące do mojego muzeum, jak wygląda duch Karkonoszy, żadne nie potrafi go opisać. Rzeźba ma przedstawiać postać półdziką, półnagą, z twarzą schowaną w kudłach. Słowem faceta, który właśnie wylazł spod ziemi odetchnąć pełną klatą - mówi Naumowicz.
Rzeźbiarz Smagała nie może utrzymać się tylko z tego, co stworzy, więc Naumowicz postanowił mu pomóc. Da mu pieniądze na otworzenie przy muzeum małej smażalni pstrągów. Smażalnia i zarybione jezioro tuż obok muzeum to nie jedyne jego pomysły. Planuje, że przy muzeum pojawią się szlifierze obrabiający kamienie szlachetne starymi metodami. Agaty, kwarce i inne minerały będą szlifowane za pomocą kamieni poruszanych przez wody przepływających nieopodal strumieni.
- Jeśli mogę pomóc człowiekowi, robię to. Chcę zebrać tych ludzi, którzy coś ciekawego robią, a nie bardzo sobie radzą z rzeczywistością. Ja już dosyć zarobiłem. Teraz muszę dzielić się z innymi. 
Tak wyglądali Walonowie.
Dziesięć lat temu Jul miał wypadek. Spadł z wysokości dziesięciu metrów. Szpital, a potem długa rehabilitacja niewiele pomogły. Wózek inwalidzki będzie mu towarzyszył do końca życia. Od czasu wypadku angażuje się w popularyzowanie wiedzy o okolicy, w której się urodził - Szklarskiej Porębie i Karkonoszach. Prócz działalności w muzeum, która pozwala mu zarabiać na życie, z archiwalnych zapisów i map odgrzebuje dawne legendy. Nie tylko o duchu gór, ale też o Walonach. 
Jul i Jan
Zaczęło się za sprawą Jana Sztaudyngera, słynnego twórcy fraszek, który mieszkał w Szklarskiej Porębie.
- Byłem wtedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej. To był rok 1952. Podczas zabawy w jaskini tuż obok mojego domu znalazłem wyjątkowo wypolerowany, tajemniczy, czarny kamień. Żeby się dowiedzieć, co to jest, zwróciłem się do mieszkającego po sąsiedzku Sztaudyngera.
Dom Jula to równocześnie muzeum minerałów.
Wyróżniał się intelektem, więc wszyscy się do niego zwracali nie tylko w sprawach sztuki czy literatury, ale też z codziennymi sprawami. Jedynie on był w stanie objaśnić, co znalazłem - wspomina Naumowicz.
Tym czarnym kamieniem był morion, czyli kwarc dymny. Powstał w tak zwanej żyle pegmatytowej, gdzie pod bardzo wysokim ciśnieniem bulgocze woda o temperaturze trzystu stopni Celsjusza. Najładniej ukształtowane i barwne odmiany kryształów i kwarców powstają w pegmatycie w wolnych przestrzeniach wypełnionych powietrzem. Takie dziury zwane są kawernami lub pustkami.
- Po dokładnym objaśnieniu, co znalazłem i jak to coś powstało, Sztaudynger opowiedział mi legendy o Rübezahlu, zwanym po polsku Rzepiórem, a po czesku Krkonoszem. Opowiedział mi też legendy o Walonach. Uświadomił mi, że w nie byle jakim miejscu na świecie się znalazłem. Ja zaś bardzo poważnie potraktowałem jego opowieści - mówi właściciel muzeum.
Od tego zaczęła się jego przygoda z kamieniami. Właził w każdą dziurę, by znaleźć coś niezwykłego. Często trafiał na resztki sztolni, na narzędzia górnicze robione jeszcze przez kowala.
Poszukiwanie minerałów nieraz mogło skończyć się tragicznie. - Gdy szukałem kwarców dymnych na świeżo zaoranym polu, jakiś pijany myśliwy na pobliskiej ambonie chciał mnie odstrzelić - opowiada Naumowicz. - Myślał, że jestem dzikiem ryjącym w kartoflisku. Na szczęście nie trafił. Gdy mnie sobie chwilę potem dokładnie obejrzał, całego w błocie i z jakimiś kamorami w ręku, bez słowa odszedł. Na odchodnym popukał się w czoło. Nie zdawał sobie sprawy, że jeden taki kwarc jest wart więcej niż jego fuzja. 
Wiara i magia 
Podczas tych włóczęg Jul natykał się czasami na tajemnicze znaki wyryte w skale. Zostawili je wspominani przez Sztaudyngera Walonowie. Ich tradycje i zwyczaje zostały prawie zupełnie zapomniane. Dziś Jul próbuje odtworzyć dzieje i zwyczaje zamkniętego klanu, którego obrzędy były mieszaniną magii, zaklęć i modlitw.
- To było bractwo, które na równi wierzyło w siłę Boga i mocy piekielnych - twierdzi Jul.
Pierwsza fala Walonów pochodziła z Francji i Belgii. Potem mianem "wolon" lub "wale" określano już wszystkich poszukiwaczy minerałów, bez względu na narodowość. Tworzyli oni Bractwo Siedmiu Gwiazd. Mówili o sobie siedmiogwiaździści. Niełatwo było do nich dołączyć. Ktoś, kto chciał zostać czeladnikiem w bractwie, musiał przejść próby ognia, ziemi, wody, żelaza i krwi. Próba ziemi polegała na zakopaniu po pachy nagiego kandydata w ziemi. Biedaczysko musiał się wydobyć bez niczyjej pomocy.
- Nie mogę ujawnić, na czym polegają inne próby, bo właśnie prowadzimy nabór kandydatów na czeladników. Sięgamy do legend, by odbudować tradycje - relacjonuje Naumowicz, który wskrzesza w Szklarskiej Porębie bractwo siedmiogwiaździstych. Robi to w swoim domu, w którym się urodził. Budynek pochodzący z dziewiętnastego wieku ma jeszcze starsze fundamenty, o czym przekonał się jego właściciel po powodzi dwa lata temu. Wtedy potok, który przepłynął przez środek chaty, odkrył fundamenty i stare śmietnisko z kamieniami półszlachetnymi. Odkrycie dobitnie potwierdziło, że kopacze byli tu obecni już przed kilkuset laty. Dlatego Jul nazwał swój dom "starą chatą walońską". Właśnie tam są przeprowadzane próby kandydatów do bractwa.
Na razie jest tylko dwóch czeladników. - Nie ma więcej, bo kandydaci są zbytnio strachliwi albo motywację mają nie taką jak trzeba. Nie można zakładać, że chce się zostać "walonem", żeby się dorobić. Takie założenie jest błędne - krytykuje Jul młodych adeptów.
Naumowicz postępuje zgodnie z dawnymi przykazaniami Walonów, którzy wszechstronnie sprawdzali czeladnika. Po wypróbowaniu jego dzielności, brano go do różnych prac - transportu, zanoszenia urobku, kopania rowów. Przez pierwszy rok nie dopuszczano go do poszukiwań. Musiał się sprawdzić w trudnych warunkach. Zachować milczenie, pobożność, skromność i solidarność. W praktyce szczególnie przydatna była ta ostatnia, ze względu na częste wypadki w górach i w sztolniach.
Jeśli wytrzymał wszystkie próby, stawał się pełnoprawnym kopaczem, zwanym kamieniotłukiem, kamieńczykiem lub skalnikiem. Od tego momentu wiódł samotniczy tryb życia. Taki skalnik zwykle był zabobonny jak żeglarz. Kobieta nie miała do niego dostępu, bo uważano ją za istotę nieczystą, demoniczną, mogącą sprowadzić nieszczęście. Kobieta nie mogła nawet towarzyszyć poszukiwaczom przy kopaniu szybów i płukaniu urobku w strumieniach. Do grona czeladników przyjmowano tylko kawalerów. 
Powróz z sadłem żmii
By wypadków było mniej, siedmiogwiaździści stosowali zaklęcia, modlitwy i obrzędy. Przez siedem dni przed wyprawą poszukiwawczą pościli. To wzmagało czujność. Zmysły się wyostrzały, człowiek stawał się zwinniejszy.
Na koniec postu w kaplicy, której resztki zachowały się na Orlej Skale w Szklarskiej Porębie, święcono wyposażenie potrzebne do prowadzenia poszukiwań, na przykład amulety i talizmany, które odstraszały złe moce, ale miały też zastosowanie praktyczne. Na przykład sznur konopny, jak podaje legenda, "na 21 łokciów długi", nasączony był żółcią szczupaka i sadłem żmii. Substancje te impregnowały go, więc nie butwiał i, ponoć, rzadziej się urywał.
Na wyprawę nie ruszano bez wirguły - różdżki z leszczyny, którą wycinano tylko raz w roku, w Wielki Piątek. Służyła za kierunkowskaz. Trzeba było też mieć Biblię oraz krzesiwo, miedziane wahadło, zestaw młotków, szpilek, klinów, czarny kij jaworowy z uchwytem z rogu kozła, kompas, lupę, nóż, "który nigdy nie dotykał chleba", kalendarium dni, "w których złe moce odstępują od skarbów i wolnymi je czynią", relikwie św. Wawrzyńca, patrona zielarzy i kamienników, dzwonek loretański, wodę i kredę poświęconą w Trzech Króli. Bez tych przedmiotów Walonowie nie szli do pracy. Zanim rozpoczęli poszukiwania, dla zabezpieczenia przed "złym" okadzali teren, który wybrali.
Siedmiogwiaździści prowadzili poszukiwania samotnie lub w kilkuosobowych grupach. Na czele stał wassermaister, który doskonale znał topografię, wiedział gdzie i na jakiej głębokości znajdują się złoża złota lub kamieni szlachetnych, znał tajemnice spiętrzania wody w złotonośnych potokach, co ułatwiało jego wydobycie.
Walonowie znalezione skarby w połowie przeznaczali na biednych i na Kościół. Sprawiedliwego podziału strzegła starszyzna. Pilnowała ona też, by siedmiogwiaździści dotrzymywali postu, prowadzili bogobojny tryb życia, byli wolni od rozpusty i szerzyli radość wśród braci..


Walonowie
Poszukiwacze złota i kamieni szlachetnych zwani Walonami przybyli w Sudety z Belgii i północnej Francji w XI wieku na zaproszenie Bolka Świdnickiego I. Zostali tu aż do wojny trzydziestoletniej w pierwszej połowie XVII wieku.
Pierwsze szczegółowe zapisy o bogactwach Karkonoszy sporządził w latach 1425 - 1456 Antoni de Medici. Na pergaminach umieścił szkice i opisy występujących tu kamieni półszlachetnych i wiadomości o złocie. Później J. Volkelt w podręczniku z 1771 roku pt. "Von den ehemaligen Goldbergewerken Schlesiens" pisał, że w 1675 roku Antonio Wahl z Wenecji w rzece Kamiennej przepływającej przez Piechowice i Jelenią Górę znajdował czarne kamienie wielkości kurzych jaj, które na trzy łuty węgierskie zawierały dwa łuty złota. Według tego samego podręcznika w rzece Bóbr było dużo żwiru, kwarcu i pirytu z domieszką złota. Szczere złoto miało występować w okolicach skałek zwanych "Szachownicą" w Przesiece oraz w okolicach Śnieżnych Kotłów koło Małego Stawu i na Hali Izerskiej w Złotych Jamach. Po Walonach ocalały nazwy miejsc i potoków: Złota Jama, Płuczka, Płucznik, Czarna Płuczka, Złotoucha, Złotówka, Złoty Widok oraz mistrzostwa w płukaniu złota.

10.04.2012

Poświętnie wspomnieniowo

Święta - jak święta: były, minęły. Nie chcę wdawać się tu w jakieś quasi-religijno-ateuszowskie rozważania powiem, ze lubię te dwa dni u progu wiosny; a że nie potrafię dzielić z Wiernymi radości z corocznego zmartwychwstawania w niczym piękna tych dni dla mnie nie umniejsza. 

Wczoraj, w ramach wielkanocnego spaceru udaliśmy się ku Górze. Szybowcowej. A tam ruch jak na jarmarku. A i knajpeczka nawet otwarta! Kogóż tam nie było: podobni nam spacerowicze z psami, modelarze prezentujący swoje latające machin(k)i, paralotniarz odrobinę nieszczęśliwy, pary bez lotni, całe rodziny... Kolorowo, wesoło, normalnie. I pogodowo przepięknie. 
Odnoszę wrażenie, ze potencjał Góry Szybowcowej pozostaje od ponad wieku zupełnie niewykorzystany...


Las nad Płoszczyną: między zimą a wiosną
Płoszczyna i Góry Kaczawskie
Powietrzna gonitwa zdalnie sterowana
Piloci naziemni
Nalot na Kotlinę Jeleniogórską
Samolot "Czerwonego Barona" w barwach wroga?
Start na parapencie - spod hangaru

Kurs na Jelenią Górę, jednak paralotniarz nie doleciał...

5.04.2012

Poprawianie drobnych błędów i przejęzyczeń powiatowych

Całkiem świeżo w pamięci mamy niezwykle "fachowe" tłumaczenie strony internetowej miasta Jelenia Góra, w którym pan Zawiła Marcin (P. T. Prezydent Prezydialny) został przemieniony w Complexa Martina, a podobnych śmiesznostek było całe mnóstwo. 

Przypadkiem natknąłem się na stronę naszego Starostwa Powiatowego, tę jej część, która skierowana jest do odbiorców niemieckojęzycznych. Łeb urywa twórczość swobodna oparta na kanwie gramatyki i ortografii języka niemieckiego, choć z językiem niemieckim niewiele mająca wspólnego. Opowiedziałem o tym Beacie Czystołowskiej z Muzycznego Radia, odezwał się Jacek Sałaputa, nagraliśmy moją krótką wypowiedź, którą skomentował pan Dzierzba Wiesław, dyrektor Wydziału Promocji, Turystyki i Sportu Starostwa Powiatowego. Wczoraj poszło na antenie.


Pokażę więc, czego się "czepnąłem": 
Na powyższym przykładzie widać oznaczenie błędów, które znalazłem na JEDNEJ stronie formatu a-4 (po przelaniu tekstu ze strony internetowej do Worda). Stron jest razem ponad cztery, każda aż błyszczy wspaniałością językową. No, dobra - zdarza się. Być może lepsze to, niż przekład strony internetowej w translatorze Google'a, prawda, panie prezydencie Martinie Complexie?

Jednak powaliło mnie, poraziło coś innego: oto do powyższego odniósł się wspomniany już Dzierzba Wiesław. I tu - zaskoczenie pełne, albowiem SzanPan Dyrektor wygłosił prawdy objawione (a mi nieznane) na tematy zarówno filologiczne, jak i związane z błędami na powyższej stronie. Cytuję: 
„Tak…, zwróciliśmy uwagę, ze były niektóre wyrazy rzeczywiście może trochę źle napisane. […]
Z uwagi na to, że strona ta była tłumaczona gdzieś około pięć lat temu, a więc… to... rzeczywiście ten język nie był tak tu popularny i w tamtym czasie nie mieliśmy aż tylu tłumaczy […]
Dodam tylko, że… naprawdę… jeśli chodzi o tłumaczenia to jest problematyczne, bo w zależności z jakiego regionu Niemiec jest, tak też to się tłumaczy […]
Drobne przejęzyczenia, czy tam… te błędy, to trzeba będzie oczywiście naprawić".

No to ja sobie pozwolę skomentować komentarz pana Naczelnika: 
  • Szanowny Panie! Ten tylko nie robi błędów, kto nic nie robi; ale przy takiej liczbie tych dyskwalifikujących tłumacza błędów na Państwa stronie internetowej bezpieczniej byłoby faktycznie nie robić nic!
  • Pięć lat temu, miły Panie, tłumaczy w Jeleniej Górze było pod dostatkiem, nie wiem czy nie więcej, niż obecnie. Zaznaczę: tłumaczy profesjonalnych, znających jezyk niemiecki. A sam język niemiecki był wówczas o wiele bardziej popularny w regionie, niż obecnie - za sprawą turystów niemieckojęzycznych  niezwykle licznie ściągających w te strony. Szczerze mówiąc; każdy kelner, barman, czy recepcjonista hotelowy, w którym turyści ci przebywali byłby w stanie stronę te przetłumaczyć lepiej, a z pewnością nie popełniając tylu błędów.
  • Rozwalił mnie Pan Naczelny..., oj Naczelnik, Wielki Znawca niemieckich regionalizmów, gwar i dialektów, stwierdzeniem, że teksty tłumaczy się w zależności od regionu Niemiec. Pomijając fakt, ze Jelenia Góra wraz z całym powiatem, a nawet z całym byłym województwem jeleniogórskim od z górą 60 lat leży w Polsce (czy Szanowny Pan Naczelnik przespał ostatnich sześć dekad?), a językiem tłumaczenia powinien być język literacki niemiecki (zwany z obca "Hochdeutsch", Panie Naczelniku), to zapewniam Pana, że ów Hochdeutsch nauczany jest we wszystkich szkołach każdego szczebla tak w Niemczech, jak i w Polsce. Co nie przeszkadza, że regionalnie mówi się regionalnymi dialektami (w Niemczech i w Polsce). Zonka Pan strzeliłeś, panie Woodchat Shrike (by pozostać w konwencji translatorskiej).
  • Wreszcie: "drobne przejęzyczenia", które trzeba będzie naprawić... Oby skutecznie, oby szybko - i oby takiej masy pomyłek w swojej własnej pracy dyrektorsko-wydziałowej nie zbywał Pan słowami "drobne błędy". Nie przystoi. Ładniej brzmi: "przepraszam, daliśmy ciała, już się bierzemy za promocje walorów turystycznych powiatu na poważnie...". Czego serdecznie Panu, Państwu i sobie życzę! I odrobiny pokory...

P.S.: "Pacze ja i oczom nie wierzę!" - wersja niemiecka strony została zamknięta (5.IV.2012), pojawił się na niej taki oto obrazek:
http://www.starostwo.jgora.pl/turystyka_de.html

Jest nadzieja, że "poprawianie niektórych źle napisanych wyrazów" zakończy się przed przejściem Naczelnika Woodchata Shrike'a na emeryturę. Zasłużoną!!!

(Informacja w Muzycznym Radiu ukazała się wczoraj, 4.IV.2012 r. w Raporcie Regionalnym o 15.30)


Drugi P. S.: Kto zechce sięgnąć do tekstu (wprawdzie niesformatowanego) zdjętego ze strony Starostwa - znajdzie go na WayBack Machine.

3.04.2012

Wrocław w budowlanym rauszu

.
Tort weselny bez śmietany. Pudło na kapelusz. Sylwetka Hali Stulecia we Wrocławiu już wówczas była obiektem ironicznych komentarzy. To zadziwiająca budowla, wzniesiona w 1913 r. hala wielofunkcyjna z odważnie zaprojektowaną samonośną kopuła o rozpiętości 65 m. W 1948 r. właśnie w niej Pablo Picasso i Max Frisch dyskutowali o tym, w jaki sposób świat może stać się lepszy, w 1997 r. czczono tu papieża Jana Pawła II.
Od czasu do czasu hala zapadała w letarg. Przewodnik miejski Arek Cencora wspomina, jak to za młodu modlił się, by w Hali Stulecia, która pomieścić może 10.000 ludzi, zjawiło się przynajmniej 15 osób. „Gdyby przyszła choćby jedna osoba mniej, nie obejrzelibyśmy zapowiadanego filmu rosyjskiego”. Kino programowe z czasów bloku wschodniego.

Kalendarz imprez jest wypełniony

Dzisiaj w Hali koncertuje Joe Cocker, a kalendarz imprez jest zapełniony. Nieotynkowany beton, który niegdyś szokował, od renowacji jest znów widoczny. Żadna farby, żadne zdobienia nie zakłócają surowej estetyki.

Kilka kroków wiedzie na tereny zielone. Zostawiamy przepełnioną manią wielkości Halę Stulecia za sobą, o zmierzchu fontanna w sadzawce rozbłyskuje różnymi kolorami, na jej tle pozuje do zdjęcia Młoda Para , a pod obrośniętymi zielona winoroślą arkadami współgrają światła i cienie.

Hala Stulecia to tylko jeden z wielu obiektów budowlanych, które przyciągają we Wrocławiu uwagę. „Wrocław” – tak brzmi polska nazwa dawnego „Breslau”. Po zakończeniu II WŚ miasto nad Odrą stało się polskie. Można również rzec: stało się polskie ponownie. Historia tego miasta studentów z jedenastoma uniwersytetami i 620.000 mieszkańców jest tyle długa, co różnorodna. Niewątpliwie jest to świetne miejsce dla przedsiębiorstw budowlanych. W najbliższych latach we Wrocławiu zainwestowanych zostanie 1,5 miliarda euro w duże projekty i ulepszenie infrastruktury.

Nowa hala koncertowa kosztować będzie 100 milionów euro

W czerwcu na nowo wybudowanym stadionie rozgrywane będą mecze o tytuł mistrza europy. Otoczony półprzezroczystą membraną owal pomieści 42.000 widzów. Następnej wiosny gotowa ma być nowa sala koncertowa Narodowego Forum Muzyki z 1800 miejscami: projekt wart 100 milionów euro, o wyjątkowej akustyce, przeznaczony dla publiczności z całej Europy – mówi naczelny dyrektor muzyczny Andrzej Kosendiak. Jeden z najbogatszych ludzi w Polsce, Leszek Czarnecki, stawia sobie w rodzinnym mieście pomnik: powstaje Sky Tower o 50 piętrach i 212 metrach wysokości, z luksusowymi apartamentami i sklepami. Widok z tarasu na dachu jest fantastyczny, stąd dojrzeć można nawet Karkonosze. Sam projekt tej wieży to nudna architektura inwestorska, jej otoczenie jest równie ponure. W przeciwieństwie do szykownej Starówki z kolorowymi, renesansowymi fasadami i gotyckimi kościołami, dzielnica wokół Sky Tower to postsocjalistyczna pustynia. Nadmiernie szerokie ulice przebiegają pośród zaniedbanych budynków z wielkiej płyty. 70 procent budynków wrocławskich zostało pod koniec II WŚ zniszczonych, całe dzielnice legły w gruzach.

We Wrocławiu, przeżywającym inwestycyjny boom w czasach industrializacji na początku XX w. panował głód mieszkaniowy. Słynni architekci tamtych czasów eksperymentowali z nowoczesnymi formami budynków mieszkalnych, niektóre z powstałych wówczas osiedli – jak choćby Ernsta Maya – podziwiać można do dzisiaj. Dwa lata po powstaniu osiedla Weißenhofsiedlung w Stuttgarcie, w 1929 r. nowa architektura zaprezentowana została we Wrocławiu: modelowe osiedle „Wuwa – Wohnung und Werkraum” (mieszkanie i praca) obejmuje 30 budynków mieszkalnych o płaskich dachach i kubistycznych formach.

Wrocław był bastionem klasycznego modernizmu

Modelowe osiedle Wuwa, laboratorium klasycznego modernizmu, to bardzo zielona okolica, położona na wschód od Hali Stulecia. Nie wszystkie budynki przetrwały minione 80 lat. Przede wszystkim jednak nie ma tu żadnego oznaczenia, żadnej tablicy informacyjnej dla dzisiejszego turysty. Na szczęście są tacy przewodnicy, jak Arek. Flagową budowlę Wuwy, dom dla samotnych Hansa Scharouna znaleźć można najłatwiej. Niczym rozciągnięta litera S trwa sobie w parku. Z historycznego eksperymentu mieszkalnego dla samotnych i par bezdzietnych utworzono obecnie hotel.
W centrum miasta obejrzeć można kolejne istotne obiekty czasów modernizmu: choćby dom handlowy Petersdorff autorstwa Ericha Mendelssohna: budynek przy ulicy Oławskiej do dzisiaj przykuwa uwagę swoimi zaokrąglonymi szklanymi narożami i długą linią szyb, emanując nawet po 80 latach elegancja i lekkością. Również dom handlowy Wertheima – również dzisiaj popularne miejsce zakupów o nazwie Renoma – świadczy o tym, że Wrocław był ostoją klasycznego modernizmu. […]
Do 1945 r. w mieście mieszkało 33.000 Polaków i pięciokrotnie więcej Niemców. Dwa lata później niemieccy mieszkańcy zostali wysiedleni, pozostało ich 17.000, ludność miasta składała się z przymusowo wysiedlonych Polaków ze Wschodu, którzy we Wrocławiu zaczynali swoje życie od początku.[…]
(Opuściłem dwa krótkie niezbyt istotne dla całości fragmenty oraz akapity końcowe, w których mowa jest o dojeździe do Wrocławia, noclegach, stronach internetowych wrocławskich etc.).
Tekst: Dorothee Schöpfer,  31.03.2012; opublikowany w Stuttgarter Zeitung.

Flagi

free counters