2.08.2012

Spacer po Helikonie jeleniogórskim

Zaproszenie na spacer krajoznawczy wystosował Tadek Siwek, prezes Towarzystwa Karkonoskiego. Pomysł był taki: zainteresować jak najszerszy krąg “cośmogących” w naszym mieście koncepcją ograniczonej rewitalizacji byłego założenia parkowo-krajobrazowego na wzgórzach Siodło (Rymarz) i Krzyżyna Góra, znanego pod nazwą Helikon. W zaproszeniu zaś: Trasę o średnim stopniu trudności od 1,5-2 godzin marszu poprowadzi pasjonat Jeleniogórskich Archiwaliów Pan Eugeniusz Gronostaj. W spotkaniu uczestniczyć naszym zdaniem powinny osoby od początku zainteresowane i wspierające odbudowę tradycyjnych walorów turystycznych Jeleniej Góry i Powiatu. […] Do wszystkich wysłaliśmy zawiadomienia. Celem wyprawy jest zapoznanie Włodarzy Jeleniej Góry z tradycjami uprawiania turystyki z oczekiwanym efektem w postaci przyciągnięcia ruchu turystycznego.

O Helikonie we wstępie do Kroniki miasta Jelenia Góra pisał J. D. Hensel: “Zarówno w mieście jak i na jego przedmieściach wybudowano wiele nowych domów z dobrym gustem; wokół miasta, na Hausbergu (dzisiejszym Wzgórzu Krzywoustego) i Helikonie powstały nowe urządzenia dla ogólnej, a nawet duchowej rozrywki”. Bardzo dużo o tym, niegdyś najpewniej przepięknym miejscu, pisał w swojej Kronice Johann Karl Herbst, więc poniżej przytoczę długaśny fragment z tej Kroniki, którą miałem honor tłumaczyć. 

Dzisiaj po pięknych, lecz podupadłych zupełnie jeszcze w czasach niemieckich, lub zatartych przez bujną tutaj  florę nie ma w zasadzie śladu: ot drzewo (Dąb Królewski), resztki platformy widokowej (z osią widokową zasłoniętą przez dość młode, 50-letnie drzewa), powykrzywiane granitowe słupki-drogowskazy z wykutymi nazwami ścieżek lub celów, do których prowadzą. 

Rozmowy z Marcinem Zawiłą, z obecną również na wycieczce panią Agnieszką Łętkowską, zastępczynią dyrektora Dolnośląskiego Związku Parków Krajobrazowych, z wszechwiedzącym Eugeniuszem Gronostajem napawają mnie umiarkowanym, realizmem przepojonym optymizmem: wydaje mi się, że odtworzenie w ograniczonym zakresie szlaków spacerowych z dojściami do (wyremontowanych i zabezpieczonych) punktów widokowych, odsłonięcie osi widokowych z nich się rozciągających jest możliwe. Z taką koncepcją zresztą zgadza się prezydent miasta: na rewitalizację założenia w kształcie takim, w jakim burmistrz Schönau zaplanował i zrealizował je w XIX w. nie ma dobrego czasu. Od siebie dodam: nie ma również takiej potrzeby. Mierzmy siły na zamiary, a zamierzenia dostosujmy do rzeczywistości.


Kilka zdjęć ze spaceru, a pod nimi obszerny fragment z “Kroniki Miasta Jelenia Góra na Śląsku – do roku 1847” autorstwa Johanna Karla Herbsta.
Eugeniusz w swoim żywiole: nareszcie pokaże Marcinowi Zawile prawdziwą Jelenią Górę...!
Na resztkach jednej z platform widokowych...
...prezydent musiał odpowiadać na pytania "reżimowej" telewizji.
Pani Agnieszka Łętkowska (dyrektor DZPK) byłaby skłonna zaangażować się
w realizację naszych planów
Jeden z nielicznych "otwartych" widoków z Helikonu
Marcin Biegający... forma fizyczna prezydenta znakomita!
Po spacerze (pies oczywiście był ze mną!) Froda z lubością chłodziła się w Bobrze


Z Kroniki Miasta Jelenia Góra na Śląsku – do roku 1847 autorstwa Johanna Karla Herbsta.
Schönau (burmistrz):
Niestety założenie parkowe w pobliżu Helikonu uległo dewastacji. Większość swoich przedsięwzięć (burmistrz Schönau) realizował na własny koszt, zachęcając innych do inwestowania w nie. Po wspaniałym i spełnionym życiu zmarł zagadkową śmiercią w roku 1802 w topieli Bobru.

Helikon 

Bezpośrednio obok Hausberg (Wzgórza Krzywoustego) prowadzi droga w górę na polanę, na której pośród rzadkich drzew stoi wybudowana w greckim stylu świątynia. Wzgórze to nazywa się Helikon, roztacza się z niego jeszcze piękniejszy widok, niż z Hausberg. Gdy niezmordowany Schönau zakończył prace na Wzgórzu Kościuszki, zbudował prowadzącą tu drogę i – ponownie na własny koszt – rozpoczął przeistaczanie tutejszego lasu w gaj muz. Tu znalazły swoje miejsce wszystkie muzy; był to prawdziwy świat w miniaturze, albowiem znalazło się tu miejsce i dla Elizjum i dla Tartaru ze swoim Cerberem. Niezliczone łacińskie inskrypcje oznaczały każde miejsce, wszystkie jednak znikły, nie ma już śladu po wspaniałych założeniach parkowych. Jeden z tych napisów zasługuje jednak na wspomnienie, nie odnosi się on do mitologicznych fantazji, lecz przypomina mieszkańcom Jeleniej Góry o nich samych i o wielkim dobru, jakim mogą się cieszyć – i czyż nie byłoby to wspaniałym mottem kroniki?! Brzmi on:

O fortunatis nimium, sua si bona norint, 

Hirschbergae cives!

Dokładny opis tej niegdysiejszej siedziby muz znajduje się w kronice Hensela* na 22 stronach. W miejscu, gdzie niegdyś stał Panteon postanowiono wznieść z śląskiego marmuru pomnik Fryderyka Wielkiego na koniu. Plan ten nie został zrealizowany, jednak ówczesny radca wojenny i rolny Geier wybudował tu wspomnianą świątynię i opatrzył ją na frontonie następującą inskrypcją: 

FRYDERYKOWI NAJWIĘKSZEMU 

Wewnątrz znajduje się sześcian z napisem: Niech mu będą dzięki. Całość została silnie zębem czasu i zniszczona przez wandali. W roku 1840 wdowa po fundatorze przekazała świątynię miastu, które przeprowadziło remont do stanu, w jakim znajduje się ona po dziś dzień. Z pewnością miejsce to zasługuje na wyróżnienie, albowiem widok stąd na kotlinę jest jednym z najpiękniejszych i najpełniejszych.  
Kilkaset kroków dalej za Helikonem na zachód, w niewielkim gaju znajduje się niewielka świątynia poświęconą Apollu, którego imię przypomina jeszcze czasy, gdy okolica ta poświęcona była Apollu i muzom. 


Siodło

Idąc dalej drogą pomiędzy Kapliczną a Wzgórzem Kościuszki dochodzi się do Bobru i Cudownego Źródełka, toczącego świeżą i czystą wodę (Schönau nazwał je Aganippe). Stroma góra po lewej stronie Bobru nazywa się Sattler (Siodło). W tych czasach, gdy Jelenia Góra pozbawiona byłą jakichkolwiek miejsc rozrywek i publicznych promenad, gdy nie myślano nawet o Kavalierberg i Helikonie, okolica ta nawiedzana była przez miłośników natury często, zbudowano tu nawet publicznie dostępne miejsce do gotowania. Sposób, w jaki wówczas się bawiono, opisuje doskonale ówczesny konrektor Daniel Stoppe we wstępie do swoich wierszy pod tytułem „Parnas im Sattler” (Parnas na Siodle), gdzie czytamy: „Przy pięknej pogodzie spotkać można niekiedy trzecią część tutejszych mieszkańców w tym górzystym lesie. Tu rozłożyło się niewielkie towarzystwo dwóch, trzech, może czterech osób, przy niewielkim ognisku podsycanym świeżymi szyszkami; w innym miejscu siedzą inni przy podobnym ognisku. Wszędzie widać unoszący się pomiędzy strzelistymi świerkami dym. Od czasu do czasu spotyka się miłych ludzi i dobrych przyjaciół, z którymi wśród zieleni można wypalić fajkę tytoniu. Obcy, który po raz pierwszy tu przybędzie, winien traktować Siodło jak publiczną kawiarnie, w której wykształceni i niewykształceni spotykają się w łączących się i rozchodzących grupach i już to siedząc pod dającymi cień drzewami, już to spacerując wzdłuż zielonego brzegu rzeki, rozmawiają ze sobą i żartują. Gdy ktoś jednak woli samotność, znajdzie tu dość miejsca, by w spokoju oddać się własnym rozmyślaniom. Ta wesoła okolica ma w sobie niezwykły czar. Szczególne wrażenie robi szum przepływającej w głębi rzeki. Wyżej zasłuchać się można w przepiękny śpiew ptaków leśnych, które niczym latające flety dźwięczą w całym lesie. Tu można zaczerpnąć świeżego powietrza, niezbędnego poezji. Gdy mam oto recytować nowe wiersze, a brak mi ku temu ochoty, mogę jedynie przyjść tu, a wówczas wszystko udaje się jak po maśle”. Owe rozrywki na Siodle musiały ustąpić pola o wiele wygodniejszym miejscom na Hausberg i Kavalierberg. Ciągle jeszcze jednak okolica ta jest licznie odwiedzana, albowiem droga tu prowadzi przez wcięty pomiędzy wysokie wzniesienia wąwóz, którym Bóbr toruje sobie swoją drogę pośród licznych skał. O wiele przyjemniejsza byłaby to ścieżka, gdyby nie wiodła przez większą część lasem, lecz prowadziła bezpośrednio wzdłuż rzeki. Dolinę Bobru zamyka zespół groźnych skał, przez które przepływa Bóbr, by zniknąć po lewej za ostatnią z nich. Miejsce to zwane było w poetyckich czasach Elizjum, jednak teraz powrócono do starej nazwy Weltende [Koniec Świata].


*Tekst wspomnianego Hensela zamieszczę w osobnym wpisie - przyp. aut. 

29.07.2012

Nowe możliwości blogowe

Nie korzystałem nigdy z zewnętrznych aplikacji, by umieszczać tu wpisy. Nowy system operacyjny, który nabyłem (z sercem ciężkim, ale – po kupnie – z lekkim portfelem) i zainstalowałem taką możliwość oferuje. Nie wiem, czy będę stale korzystał z owego "Windows Live Writera”, warto jednak przeprowadzić próbę. Wprawdzie na jakość (albo jej brak) wpisów nie ma ów programik żadnego wpływu, ale może będzie stanowił jakieś ułatwienie…?

Proszę traktować wpis niniejszy z pobłażaniem; jest jedynie testem nowych, wspaniałych możliwości… Oj, to się rozpędziłem!

25.07.2012

Plakatowo - Festiwalowo - Rozdwojeniowo

Oczywiście o skoordynowaniu terminów nie pomyślał nikt. Tak więc 11.i 12. VIII trzeba będzie z ciężkim sercem wybierać. Banda debili organizacyjnych...

Strona z programem (nie linkuję do miasta za debilizm wyżej wspomniany):

Strona z programem (debilizm koordynacyjny wyżej wspomniany wcale nie mniejszy): Cygańska Wyspa

7.07.2012

Szklarska Poręba: szklane sny i rocznica linii kolejowej


Niemal cały dzień wczorajszy spędziłem w Szklarskiej Porębie (w Średniej i Górnej). Bazę główną zainstalowałem w najukochańszym muzeum świata (mi znanego, muzealnego), w Domu Carla i Gerharta Hauptmannów. Wizyta wcale nie była czysto towarzyska, a wszyscy merytoryczni pracownicy (tłum ich: sztuk dwie!) w obliczu nawału pracy (to naprawdę nie kpina) związanej z wernisażem, wielkimi projektami realizowanymi wspólnie z miastem i partnerami zagranicznymi i mniejszymi, acz nie mniej istotnymi wydarzeniami wokółmuzealnymi (o których niebawem) Bożena i Przemek nie mieli nawet czasu, by przysiąść...
Przed wernisażem wybrałem się więc na dworzec kolejowy w Szklarskiej Porębie Górnej: tam pierwszy dzień uroczystych obchodów 110-lecia Kolei Izerskiej (skręca mnie, gdy tą nazwą określać muszę linię kolejową oznaczoną numerem 311). Wprawdzie najważniejsze wydarzenia odbędą się w sobotę i niedzielę, ja niestety muszę ograniczyć się do krótkiej fotorelacji z piątku (6.VII.2012). 

Nie tylko święto szlaku 311, ale także Święto Kolei Dolnośląskiej
Dworzec kolejowy Szklarska Poręba Górna i plac, na którym odbywać się będzie festyn
Piękna wystawa warszawskiego Muzeum Kolejnictwa w budynku dworca
Od strony peronów
Widok w kierunku jazdy do Jakuszyc i Harrachova
[aktualizacja: warto przeczytać także: 110 lat Kolei Izerskiej]


No, a później powlokłem się pieszo z powrotem do Hauptmannów. Niełatwy to spacer z ciągle dającą o sobie znać dolegliwością nerwu kulszowego, w każdym razie po przyjściu do muzeum miałem troszkę dość.

Ale warto było!
Na wernisażu zjawili się artyści, miejscy rajcowie z burmistrzem Grzegorzem Sokolińskim; zabraknąć nie mogło kuratora festiwalu E-Glass 2012 i sztukmistrza szklanego, dra Mariusza Łabińskiego; słowem wstępnym uraczyła nas także małżonka prezydenta miasta Jelenia Góra, pełniąca funkcję dyrektora Muzeum Karkonoskiego.
No i te cuda szklane... Okrutnie trudno je fotografować, szczególnie amatorowi takiemu, jak ja. Starałem się z całych sił, proszę mi wierzyć. Jednak prawdziwą urodę tych szkieł trzeba poznać "na żywo", więc namawiam do wizyty w Domu Carla i Gerharta Hauptmannów.
Przed wernisażem: ostatnie intensywne przygotowania (Bożena Danielska i Przemysław Wiater)
Część oficjalna: otwarcie wernisażu
Przed Muzeum - Domem Carla i Gerharta Hauptmannów: artyści czescy i polscy









Poczęstunek dla Gości wernisażu

4.07.2012

Dzwon z Kowar w Emsdetten (Ahlintel) - ciąg dalszy

W styczniu to było, niemal pół roku temu, gdy z panem burmistrzem Kowar, Mirkiem Góreckim, pojechaliśmy do Emsdetten, by obejrzeć dzwon w kościele św. Konrada w dzielnicy Ahlintel (pisałem o tym tu: Dzwon z Kowar w Emsdetten - historia przemieszczania).
Po powrocie, wobec wielu pytań, na które brakowało jakiejkolwiek rozsądnej odpowiedzi, wystosowałem pismo do archiwum Biskupstwa w Monastyrze (Münster), ale zapadła cisza. Ponieważ ani Burmistrz, ani ja nie liczyliśmy na wiele, o sprawie odrobinę zapomnieliśmy.
Jakieś 2 tygodnie temu zadzwonił Mirek, prosząc, bym podał mu adres do Biskupstwa Monastyrskiego, bo spotkać się miał z naszym biskupem legnickim i chciał poprosić go o pomoc. Postanowiłem więc ponowić pismo do biskupstwa w Münster... i oto dzisiaj niespodziewanie nadeszła odpowiedź. Pozwolę sobie przytoczyć jej fragment (pomijając formułki grzecznościowe i marginalia): 
W księdze księży Biskupstwa Münster z 1974 r. na temat wspomnianego przez Pana księdza znajdujemy:
Haunschild, Wilhelm, ksiądz archidiecezji wrocławskiej (Erzdiözese Breslau),
- ur. 1 lutego 1891 w Leobschütz (Głubczyce)
- święcenia kapłańskie 10. czerwca 1917 r.
- 1917: posługa w kaplicy zamkowej w Hermsdorf k./ Glogau (Jerzmanowa k. Głogowa)
- 1918: kapłan w Reichenbach i Eule (Dzierżoniów w G. Sowich - tu błąd w kartotece, albowiem nie powinno być "und Eule", lecz "unter der Eule" - pod Wielką Sową)
- 1921: kapłan w Nysie, kośc. św. Jakuba
- 1925: prefekt w arcybiskupim konwencie gimnazjalnym  w Nysie i nauczyciel religii w tamtejszym gimnazjum
- 1930: proboszcz w Schmiedeberg im Riesengebirge (Kowary)
- 1946: nauczyciel religii w szkole realnej i zawodowej w Gronau i duszpasterz w tamtejszym szpitalu
- 1949: duszpasterz w Ahlintel
- 1968: duszpasterz w stanie spoczynku w Ahlintel.
Wilhelm Haunschild zmarł 19 maja 1982 r.
Do maila załączona była fiszka osobowa z archiwum, która poniżej.
O historii kowarskiego dzwonu autor maila nic nie potrafił powiedzieć, ale podał mi namiary na panią doktor Fleck, która być może wiedzieć będzie więcej. No, to będziemy pisać...

2.07.2012

Pożegnanie z Koko...

Dzisiaj przed południem  ruszamy do Wrocławia. Koko spędziła swoją ostatnią noc w Jeleniej Górze, wprawdzie nie w swoim pudełku (śpi z nami w łóżku), ale już rankiem, gdy zasiadłem przy monitorze, wdrapała się po mojej nodze na krzesło, hycnęła na stół, zjadła pierwsze przedśniadanie i wlazła do pudełka. Po chwili spała snem sprawiedliwej...


Była z nami przez tydzień z okładem. Od początku wiedzieliśmy, że musimy ją oddać, koniecznie do Domu Dobrego (Dom zły w rachubę nie wchodził). I pomimo tej świadomości i takiej decyzji, rozstanie wcale nie przychodzi nam łatwo. Jednak rozum musi przeważyć nad uczuciem, a nowy adres zamieszkania pięknej Koko nie mógłby być lepszy...

To już najpewniej ostatni kokowy wpis na blogu (być może spłynie w przyszłości jeszcze jakieś zdjęcie z Nowego Domu panny Koko, to zamieszczę). 

Niech Ci się, mała Koko, powodzi (to słowo ma we Wrocławiu dość złowieszcze drugie dno), niech Ci się muzealni, niech Ci ludzie będą przyjaciółmi. I nie daj się zrobić eksponatem - nawet za cenę Whiskasa...!

1.07.2012

Koko-Story with happy end

Koko przemieszkała u nas 8 dni. Ukradła nam po kawałku serca (Frodzie chyba również). Pozostawiła ślady trwałe i takie, które się zagoją: choćby zadrapania na rekach i nogach. Ożywiła nasz dom, wniosła doń kocia energię i sporą porcję kociego humoru. A w poniedziałek nadejdzie czas rozstania: Koko znad Strumienia Jelnia wyjeżdża do Wrocławia, do Pałacu Królewskiego. Tam będzie jej nowy dom, na stałe. Czyż nie jest to awans społeczny równy opisywanemu w bajce o Kopciuszku?!

Napisał ktoś na Fejsbuku, że nie jesteśmy w stanie uratować życia wszystkim bezdomnym (porzuconym) zwierzętom. To prawda. Ale prawdą jest, że dla każdego uratowanego, przygarniętego zwierzaka zaczyna się nowe życie. Taka... druga szansa. I mam wrażenie, że te zwierzaki to czują. I odwdzięczają się swoim ratownikom miłością, oddaniem, zabawą, radością... OK, być może opisuję coś, co chciałbym widzieć. A jednak...


Koko w pudełku sypialnianym





Koko - nieustraszona prowokatorka, w misce Frody.
Tu się śpi najlepiej
Modelka...
Przyjaciółki
Koko na Picasa

24.06.2012

Koko – kocię znalezione w lesie

Stało się. Znowu. Dwa lata temu był Kaziuk. A dzisiaj...:



Poszła moja Połowinka na spacer z Frodą, poszła do lasu, nad strumień…
Wróciły we trzy… Połowinka, Froda i… Koko. Kim jest ta ostatnia? Pięciotygodniowym kocięciem, które błąkało się koło Jelni. Ufne, z psami zaprzyjaźnione, do ludzi lgnące. Porzucone? Wywiezione do lasu? Zbiegłe z pobliskich działek? Nie wiemy.
Wiemy, że jest u nas, na przechowanie. Wiemy, że ma ok. 5 tygodni, waży 400 gram, że jest zdrowa, a na wszelki wypadek dostała od weta Adama środek na odrobaczanie (wraz z 4 saszetkami karmy Royal dla – to brzmi dumnie! – Young Femal Cat). Przez 2-3 dni będzie u nas na obserwacji, w końcu wygodnie jest mieć weterynarza vis-à-vis, i praktycznie.

U weterynarza w 4-łapach
Ale już teraz grzecznie, nienatarczywie, acz z desperacją pytam:
Czy może ktoś z Państwa zechciałby przygarnąć przemiłą Koko? U nas zostać nie może; nie te warunki lokalowe, no i sunia nasz, Froda… Wprawdzie przyjaźń rozkwitła „od pierwszego wejrzenia”, ale kilka poważnych obaw jest, w tym ta główna: o wywołanie u suki ciąży urojonej… Więc jeśli ktoś, to ja bardzo proszę! Bardzo pilnie!

A póki co, będę Państwa zanudzał codziennymi porcjami doniesień „z życia Koko”, ze zdjęciami oczywiście… 





Flagi

free counters