26.11.2008
Mocne uderzenie na koniec roku
Jak Henryk Waniek po Gerharcie pojechał…
Na wstępie uderzę się w pierś i wyznam dwukrotne nadużycie, zawarte w samym tytule moich wywodów. Są to nadużycia, które – mam nadzieję – znajdą usprawiedliwienie w finalnej konkluzji: 1º - Określenie przymiotnikiem „mały” młodzieńczych aspiracji Gerharta Hauptmanna, które pchnęły go ku rzeźbie artystycznej, jest nadużyciem o tyle oczywistym, że w samej rzeczy nie znam (i w ogóle są – o ile mi wiadomo – nieznane) jego prac rzeźbiarskich z okresu nauki we wrocławskiej Kunst- und Gewerbeschule. Jedynym świadectwem jest często publikowana fotografia przedstawiająca G. Hauptmanna, romantycznie upozowanego na tle nieukończonego glinianego reliefu o trudnej do zidentyfikowania treści, być może mitologicznej. Bez wątpienia widzimy na niej atelier rzeźbiarskie i nieco sztucznego adepta sztuki. Fantastyczny jest rodzaj kitla, jaki włożył na tę okazję, kto wie czy nie pożyczonego od bardziej rosłego kolegi, w każdym razie niewygodnego dla celów zawodowych. Aktor tej sceny z pewnością nie został pochwycony w ferworze pracy. Raczej oddaje się marzeniu czy rozmyślaniom, niż pilnej działalności artystycznej. W prawej ręce trzyma narzędzie, jakby tylko sięgnął po nie ze względu na obecność fotografa. Nie jest to żadna z wielu szpatułek, używanych do modelowania gliny. Ponadto, nie tak się ją trzyma. Wniosek wydaje się oczywisty: rzeźbiarz nie pracuje tak. Można podejrzewać, że przedstawiona tu osoba raczej pragnie za rzeźbiarza uchodzić, niż nim de facto jest; zresztą zgodnie z wyznaniami Hauptmanna w Das Abenteuer meiner Jugend, gdzie jest niewiele o zmaganiach się z artystycznym warsztatem, natomiast dużo rojeń o byciu artystą na mocy nieudokumentowanych marzeń i młodzieńczych porywów duszy. Psychologicznie rzecz biorąc, jest to syndrom dość znany w praktyce nauczania artystycznego, identyczny z powszechną skłonnością do pisania wierszy u młodych, niespokojnych duchów – przemijająca z czasem choroba wieku dojrzewania. Możliwe, że zaczyn reliefu przed którym siedzi młodzieniec, jest pracą samego Hauptmanna, choć może to być wytwór kogoś innego, użyty jako scenograficzne tło dla romantycznej sceny. Jeśli pisane po latach, a wydane w 1937 roku Das Abenteuer meiner Jugend uznamy za źródło wiarygodne, to o samym studiowaniu rzeźby jest tam stosunkowo niewiele. Prawie nic. Hauptmann stawia tam siebie w centrum szkolnych wydarzeń, ale tylko dwa konkrety mówią o jego edukacji: zajęcia ze sztukatorstwa, polegające na kopiowaniu rzeźbiarskich ornamentów, oraz krótkotrwałe (w czasie, gdy był relegowany jako student) półprywatne nauki u profesora Haertla („Nawilżałem ogromny posąg Dürera, nad którym mistrz teraz pracował, kiedy pojawiał się profesor, zdejmowałem osłony, a kiedy opuszczał pracownię, znów starannie je nakładałem”). Relegowanie miało miejsce 7 stycznia 1881, zatem – w najlepszym razie – cała „poważniejsza” część jego studiów rzeźbiarskich trwała niewiele ponad rok. W takim czasie nawet osoba wybitnie utalentowana nie osiąga mistrzostwa. Tym bardziej ktoś, kto – jak to samokrytycznie określa autor Przygód mojej młodości – „zostałem przyjęty do Szkoły Plastycznej, chociaż próbne szkice, jakie musieliśmy wykonać, demaskowały mnie jako kompletnego żółtodzioba i z pewnością nie uzasadniały tej decyzji”. („Ich wurde in die Kunstschule aufgenommen, obgleich die Probeblätter, die wir zu zeichnen hatten, mich als blutigen Anfänger zeigten und diesen Beschluß gewiß nicht rechtfertigen”) Pod przywołaną tu fotografia w różnych publikacjach Hauptmann jest określony jako student (Breslauer Kunstschule?), już to als Bildhauer in Rom. To ostatnia nie wydaje się wiarygodne. Po niespełna dwuletnim raczej pobycie niż studiowaniu w szkole wrocławskiej, 15 kwietnia 1882 roku Hauptmann kończy artystyczne terminowanie ze średnim wynikiem. W roku 1883 przez jeden semestr jest studentem historii uniwersytetu jenajskiego, by latem – przez Berlin i Hamburg – udać się w podróż po morzu śródziemnym. Można się domyślać, że z końcem tego roku i kilka miesięcy następnego występuje w Rzymie jako rzeźbiarz. Także z tego okresu nie zachowały się obiekty świadczące o jego rzeźbiarskiej sprawności. Tylko jeden szczegół przemawia za tym, że rzeczywiście jest to zdjęcie zrobione w Rzymie między rokiem 1883 a 1884: widać na niej obuwie Hauptmanna. I nie są to jedyne jakie miał we Wrocławiu, aż dwukrotnie wspomniane w Das Abenteuer... półbuty, z błyszczącą, metalową klamrą. Niezależnie od tego, co sam pisze, można przyjąć, że w Rzymie znalazł zatrudnienie jako pomocnik w podrzędnym warsztacie rzeźbiarskim i wtedy pozował do wspomnianej fotografii. Jeśli tak było, możnaby zrozumieć dlaczego w roku następnym chciał swoje umiejętności artystyczne pogłębić, studiując latem i jesienią w drezdeńskiej klasie rysunku Królewskiej Akademii. Wydaje się jednak, że w ciągu czterech lat ostatecznie wywietrzała z głowy Hauptmanna myśl o poświęceniu się plastyce. We wrażeniach z pobytu Petera Suhrkampa w Wiesenstein (7 sierpnia 1942) jest jedna wzmianka o rzeźbiarstwie Gerharta Hauptmanna. Opisując dom, Suhrkamp wspomina małą, wykafelkowaną jadalnię, którą zdobiło wymodelowane przez gospodarza woskowe przedstawienie dwunastoletniego syna Benvenuto. Siedziba pisarza w Jagniątkowie była bogatą kolekcją artystycznych obiektów, wskazującą na jego żywy kontakt z osobistościami świata sztuki. Wśród przewaga rzeźb wszelkiego rodzaju. Trudno wykluczyć, że były wśród nich również próby rzeźbiarskie samego Hauptmanna. Ale wobec tego zagadnienia poprzestać muszę na tezie – być może kontrowersyjnej – że w świetle pisarskiej pomyślności Hauptmann pozostał rzeźbiarzem adolescentnym (dorastającym) i małym, cokolwiek to znaczy. 2º – Przymiotnik „wielki” w odniesieniu do pisarstwa Hauptmanna gruntownie potwierdza samo factum oraz trwałość jego miejsca w historii literatury niemieckiej. Nie chciałbym tu nadużywać argumentu, że jako trzynasty otrzymał literacką nagrodę Nobla. Brak uhonorowania Noblem w żaden sposób nie pomniejszyło wielkości wielu pisarzy. I odwrotnie – wielu noblistów, dziś jest ledwo obecnych w świadomości publicznej. Wielkość Gerharta Hauptmanna odniósłbym przede wszystkim do jego pracowitości wyrażającej się dorobkiem pisarskim. Znaczenie ma też rezonans czytelników oraz publiczności teatralnej na jego pisarstwo. Nadużyciem jednak jest określanie jego literatury jako wielkiej z pozycji czytelnika polskiego. Bo – niezależnie od podejmowanych obecnie wysiłków wydawniczych – Gerhart Hauptmann jest ledwo widoczny na polskim horyzoncie literatury powszechnej. Sam wyznać muszę, że znam jego twórczość fragmentarycznie. Nie mówię tu o nieprzełożonych na język polski jego utworach, które – z mniejszym lub większym trudem – zdołałem sobie przyswoić. Co zastanawiające, polskie tłumaczenia Hauptmanna największą ilość święciły w latach 1889-1911. Wtedy aż 15 utworów, we większości teatralnych, przełożono na polski. Niektóre nawet, jak 'Woźnica Henschel' czy 'Dróżnik Thiel' z jedno lub dwuletnim opóźnieniem w stosunku do oryginalnej publikacji. Po roku 1918 ukazały się w Polsce tylko trzy lub cztery tłumaczenia jego utworów. Nie mogę wypowiadać się kompetentnie o jakości przekładów, ale o niektórych można powiedzieć, że z pewnością są niskiej jakości, a przede wszystkim przestarzałe. Ponawia się apele o przywrócenia go świadomości współczesnych czytelników polskich. W 50 rocznicę jego śmierci ukazała się znana praca Mirosławy Czarneckiej i Jolanty Szafarz, której przedmiotem jest życie prywatne pisarza, jego intensywna twórczość literacka i teatralna, aktywność publiczna od roku 1914 aż do śmierci w 1946, oraz recepcja jego dorobku w Polsce po roku 1918. Zaś w 60. rocznicę śmierci Uniwersytet Śląski wydał zbiór esejów o postaci i twórczości pisarskiej Hauptmanna, mający – jak to ujmuje redaktorka książki Grażyna Szewczyk – ożywić zainteresowanie pisarzem nie tylko jako osobistością literatury niemieckiej, ale i atrakcją dla badaczy niemiecko-śląsko-polskich zjawisk kulturowych. Problem Hauptmanna podejmowały też filmy telewizyjne, szczególnie zajmujące się okolicznościami jego śmierci. Ale są to tylko pojedyncze krople zamiast ulewy i jak na razie, mimo wysiłków wrocławskiego wydawnictwa EUROPA, postulat ten zachowuje ważność. Nic w tym jednak dziwnego, skoro podobną intencję deklarowali autorzy książki wydanej z okazji wystawy w Theatermuseum München w roku 1966 dla uczczenia 20. rocznicy śmierci Hauptmanna. Nie bez znaczenia był fakt, że jednoaktówka Der Spuk (Die schwarze Maske) w 1986 roku (40. rocznica śmierci) posłużyła za libretto do jednej z bardziej udanych oper Krzysztofa Pendereckiego. Naturalnie, dla kultury niemieckiej jest to kwestia bardziej zasadnicza i nic w tym dziwnego. Ale Hauptmann, choćby w repertuarze teatralnym, jest stale obecny. Sam w roku 2000 obejrzałem w Schauspiel Frankfurt 'Ein Glashüttenmärchen – Und Pippa tanzt' z Nicole Kersten w roli Pippy. Przymiotnik wielkości w odniesieniu do dzieł Hauptmanna może w tym miejscu być nadużyciem również w świetle oceny, jaką jego dziełu wystawiają literaturoznawcy. Powołam się na wyważony sąd, który cytuję za posłowiem do Księgi namiętności (wydanej razem z Im Wirbel der Berufung, którą internetowe księgarnie opatrzyły tytułem 'W wierze' (zamiast „wirze”) powołania: „Pisarz nigdy nie był zbyt wielkim stylistą, wiele mogliby o tym powiedzieć redaktorzy w wydawnictwie Samuela Fischera, którzy wkładali dużo wysiłku, aby teksty Hauptmanna nabrały należytej giętkości i barwy.” Może zatem nie powinienem mówić o „małym”, ani o „wielkim”, tylko ograniczyć się do bogactwa życiowej przygody Gerharta Hauptmanna, której spełnienie znalazło wyraz w jego pisarstwie.
Konferencja Hauptmannowska - krótkie wspomnienie
[…] Przed wiekami teren Doliny Siedmiu Domów był penetrowany przez walońskich poszukiwaczy skarbów, minerałów i kamieni szlachetnych oraz zielarzy-laborantów. Było to jedno z miejsc, gdzie osiedlali się hutnicy, szlifierze i malarze szkła. W 1575 r. wzmiankowana była huta szkła nad „Czeskim Brodem” położona w okolicy dzisiejszego Muzeum Ziemi „Juna”. Przez Szklarską Porębę Dolną, w górę Szklarskiego Potoku, a następnie w poprzek Doliny Siedmiu Domów do Hutniczej Górki i dalej Starą Drogą Celną na południową część Gór Izerskich prowadziła „Alte Zollstrasse” - „Stara Droga Celna”, jeden z najstarszych sudeckich traktów handlowych. W latach 1842-1848 wybudowano w południowej części doliny, wzdłuż rzeki Kamieńczyk drogę prowadzącą z Piechowic do huty szkła „Józefina”. Od lat dziewięćdziesiątych XIX w. rozpoczęto budowę linii kolejowej, która prowadziła przez Dolinę Siedmiu Domów i w 1902 r. połączyła Piechowice z czeskim Harrachovem. Tutaj też, w Dolinie Siedmiu Domów, swój początek miała dawna kolonia artystów […].
Początkowo Gerhart Hauptmann ulokował się w wynajętym mieszkaniu w willi Glaubitz na Marysinie i nie miał w nowym miejscu zamieszkania zbyt wielu znajomych. Następnie przeniósł się do Szklarskiej Poręby Średniej, do domu mistrza murarskiego Liebiga, który prowadził przebudowę nowo nabytego domostwa [obecnego Domu Carla i Gerharta Hauptmannów]. „Wiejski dom miał szeroką fasadę zwróconą ku drodze. Po środku było wejście, z lewej stodoła, z prawej wielki pokój mieszkalny, który początkowo zamieszkiwała rodzina Simon, później jego szwagier - mistrz stolarski Seidel. Na prawo od domu rósł stary jesion, na lewo stała drewniana szopa, oflankowana dwiema potężnymi lipami. Ulica przed domem porośnięta była starymi, dzikimi drzewami wiśni. Latem my dzieci siedzieliśmy całymi dniami na tych drzewach, które rodziły tylko bardzo małe wiśnie, tak małe, że nie chciało się nam nawet wypluwać z nich pestek.
[...] Mistrz Liebig przyziemie przebudował na nową kondygnację, nad całością której od strony drogi biegł długi balkon. Rodzina Hauptmannów miała do domu szerokie wejście od tyłu, które prowadziło do dwóch leżących na parterze obok siebie kuchni przeznaczonych dla rodzin Carla i Gerharta Hauptmannów. Carl Hauptmann i ciocia Marta - określenie 'ciocia Marta' było zastąpione przez słowo 'Pin' – podczas gdy wujek nazywany był 'Zarle'. Mieszkali oni w przebudowanej części domu nad dawną stodołą, a moi rodzice zwani „Palle” i „Muttel” objęli drugą część domostwa. Pierwsze piętro przykrywał wysoki, pozbawiony jakichkolwiek wykuszy i ozdób dach kryty łupkiem, pod którym po lewej i prawej znajdowały się dwa pokoje z dwoma niewielkimi przepierzeniami każdy, należące odpowiednio z jednej strony do rodziny Carla, z drugiej zaś Gerharta”.
[…] W Dolinie Siedmiu Domów w początkach lat dziewięćdziesiątych XIX w. Gerhart Hauptmann stworzył największe dramaty, takie jak "Tkacze", "Futro Bobrowe", "Woźnica Henschel" i "Wniebowzięcie Hanusi". Po rozpadzie małżeństwa z Marią z domu Thienemann, licznych wojażach i zmianach miejsca pobytu, od 1901 r. pisarz osiadł w willi „Wiesenstein” w pobliskim Jagniątkowie, nie zrywając jednak kontaktów ze Szklarską Porębą […].
"Dolina Siedmiu Domów mieniąc się w oczach od wielobarwnych kwiatów polnych schodzi ku dołowi, a przez nią przepływa szemrząc niewielki potok. W połowie doliny, nad stawem, który wznosi się nad nią niczym jakieś oko, leży szlifiernia szkła. Z lewej strony widok przesłonięty jest pasmem zalesionych zboczy, z prawej zaś położony jest skalisty Sowiniec z kościołem parafialnym. Poniżej, na przeciwległym zboczu rozrzuconych jest kilka domków robotników leśnych i budynek "Rettungshaus" - "Domu Pomocy," którego opis znajduje się we "Wniebowzięciu Hanusi". Z lewej strony u dołu rozciąga się zamglony wąwóz rzeki Kamiennej i Wodospad Szklarki, nad którymi wznosi się porośnięty lasem masyw Płoszczarni. W oddali rozciąga się ku górze, po części zielonkawa, po części fioletowawa ściana górskiego masywu Karkonoszy przerwana przez Śnieżne Kotły, w których jeszcze w czerwcu lśnią bielą resztki śniegu. Tym widokiem zachwycał się Gerhart Hauptmann mówiąc: 'Tutaj dobrze jest być', a Carl dodał: 'Tutaj powinniśmy zbudować dla nas dom'.
Dosłownie za płotem, przy współudziale Willego, powstała wyjątkowa w charakterze budowla - "Hala Baśni". Wybudowana w 1904 r. drewniana hala ekspozycyjna przedstawiała cykl ośmiu monumentalnych obrazów z legendą o karkonoskim Duchu Gór autorstwa Hermanna von Heindricha (1856-1931). Po drugiej stronie ulicy, przy Muzealnej 2 miał swoją willę dr Alfred Koeppen, historyk sztuki, rektor berlińskiej Freie Hochschule. Jego dom, projektu Bruno Möhringa, stwarzający "bajkowy nastrój [...] chatki Jasia i Małgosi", należy do najciekawszych obiektów willowych w Karkonoszach […].
W tym czasie Gerhart Hauptmann chętnie odwiedzał okoliczne karczmy i zajazdy. Często gościł w pobliskim lokalu o nazwie "Ku słońcu" - "Zur Sonne", który na przełomie XIX i XX wieku znany był jako "schronienie dla pisarzy" - "Herberge für Schriftsteller”. Twórcy spotykali się przy wspólnym stole i prowadzili zagorzałe (nomen-omen…) dyskusje o literaturze, sztuce i kulturze. Gerhart Hauptmann miał tutaj kufel z wygrawerowanym na dnie własnym nazwiskiem. Na ścianach w "Zur Sonne" wisiały portrety Carla i Gerharta Hauptmannów, Hannsa Fechnera czy Wilhelma Bölsche, który pod podobizną umieścił własnoręcznie napisany dwuwiersz: "Wesołe godziny przepiłem, kiedyś w 'Słońcu' w Szklarskiej Porębie". Gerhart Hauptmann napisał pod swoim portretem krótką dedykację: "sąsiedniemu Słońcu".I jeszcze dwie ilustracje do Konferencji (niezbyt udane, ale brak czasu nie pozwalał na szczegółowe i przemyślane zobrazowanie przebiegu Konferencji).
19.11.2008
Zakłady Lniarskie "Orzeł" - Mysłakowice
Zgodnie z naszymi zapowiedziami mysłakowicki Orzeł (woj. dolnośląskie) otrzymazastrzyk gotówki. Doradcza firma Evip Progress zainwestuje 4 mln zł w producenta lnianych tkanin. Spółka obejmie skierowaną do niej emisję 16 mln obligacji zamiennych na akcje. Ma ją uchwalić jutrzejsze walne zgromadzenie Orła. Po spełnieniu tego warunku Evip Progress chce wydać na lniarską spółkę kolejne 1,6 mln zł. Nie wiadomo jeszcze w jakiej formie. Dodatkowo inwestor ma wyłożyć 800 tys. zł do końca 2009 r. na zasadach określonych w przyszłym porozumieniu z zarządem Orła. Przedstawiciele inwestora wejdą też do rady nadzorczej. Evip Progress zarekomendował Dawida Thomasa, akcjonariusza tej spółki, oraz Filipa Plucińskiego, jej prezesa. Poza tym na walnym pod głosowanie zostanie poddany wniosek dotyczący scalenia akcji. Zdaniem zarządu, spółka jest niedoszacowana, a jej papiery powinny kosztować około 10 zł, a nie kilka groszy. -Myślimy o tym, by scalić 50-100 obecnych walorów w jedną akcję – mówi Rafał Czupryński, prezes Orła.

(A tutaj: złe wieści z 2010 r.)
Konferencja Hauptmannowska
- Prof. dr Peter Sprengel z Freie Universität Berlin;
- Prof. dr Wojciech Kunicki z Uniwersytetu Wrocławskiego;
- Dr Antje Johanning z Uniwersytetu w Kownie;
- Dr Przemysław Wiater z Muzeum Karkonoskiego w Jeleniej Górze;
- Dr Margreet Nouwen z Archiwum Maxa Liebermanna w Berlinie;
- Dr Agata Duda z Biblioteki Śląskiej w Katowicach;
- Henryk Waniek, malarz i pisarz z Warszawy.
17.11.2008
O Dolinie Pałaców i Ogrodów raz jeszcze
Tysiące turystów podróżujących do Karpacza czy Szklarskiej Poręby zwykle mija ten teren, nie wiedząc, że są o krok od niezwykłych miejsc. U podnóża Karkonoszy rozciąga się dolina o niespotykanej w Europie liczbie zabytków, często na średniowiecznych i renesansowych fundamentach. Na całym Dolnym Śląsku znajduje się 25 proc. wszystkich pałaców i zamków w Polsce, a w Kotlinie Jeleniogórskiej widać to najwyraźniej. Jednego dnia objechałam kilka pięknych miejsc o bogatej historii. To ledwie fragment tego, co warto odwiedzić - samochodem lub rowerem - właśnie teraz, kiedy nie ma jeszcze turystów. A zjawią się niebawem, kiedy większość rezydencji odzyska dawny blask. Na razie podróż po dolinie pałaców i ogrodów ma smak pionierskich wypraw. Co parę kilometrów odkrywa się perełki, o których nie wiedzą nawet Dolnoślązacy. Znakomicie znają je natomiast Niemcy - autokary zza zachodniej granicy zjeżdżają tu przez cały rok. STANISZÓW Ile kosztuje bycie panem na pałacu? Najpierw 400 tys. zł na kupno rezydencji, potem wielokrotność tej sumy na niekończący się remont. - Budynek z zewnątrz wydaje się skromny, ale kiedy zobaczyłem park, wiedziałem, że to będzie moje miejsce - mówi Wacław Dzida, od trzech lat pan na pałacu w Staniszowie, gdzie dziś mieści się nieduży hotel. Z wejścia do ogrodu, nad którym tkwi herb von Reussów z 1787 r. rozciąga się widok na polanę, wielowiekowe dęby i czerwone buki, stawy, tarasy różane, fontannę, mostki i alejki. Kiedyś był to jeden z najpierwszych na Śląsku angielskich parków krajobrazowych: z ruinami zamku, sztuczną grotą, pustelnią, wiszącą skałą. Miejsce podziwiała księżna Izabela Czartoryska: "Wybraliśmy się do Staniszowa. Wieś ta stanowi własność hrabiego Reuss. Przyroda tu piękna, położenie zachwycające. Nic nie zostało zepsute i wszystko, co jest dziełem ręki ludzkiej, zdaje się być dziełem natury. W ustronnym lesie stoi na skale mała pustelnia; przed nią skała zawieszona niemal w powietrzu, oparta na krawędzi kamienia, który się tam stoczył". Późnobarokowy pałac książąt von Reuss (w PRL-u sanatorium dziecięce i punkt szkoleniowy straży pożarnej) przetrwał w niezłym stanie. Urzekła mnie mozaika dębowo-mahoniowo-bukowa w sali lustrzanej, bogata stolarka drzwi i okien, schody, sztukaterie i kominki. W kameralnym hotelu pokoje podzielono według miesięcy - stąd chłodny, błękitny wystrój stycznia czy zielono-wiosenny marzec. Do Staniszowa trafiają niecodzienni goście: księżna Schaffgotsch, która przed wojną mieszkała po sąsiedzku w pałacu w Cieplicach i przyjaźniła się z Reussami, czy jeden z książąt von Reuss z rodziną. - Wszyscy Reussowie mieli na imię Heinrich, tylko zmieniały im się numery. Numeracja startowała od nowa z początkiem wieku, ten był jedenasty - śmieje się Wacław Dzida. Po galerii w pałacowej oranżerii oprowadza jego narzeczona Agata Rome, historyk sztuki. - Promujemy twórców regionu - pokazuje prace jeleniogórskich malarzy i ceramików. - Postawiliśmy na młodych i utalentowanych. KARPNIKI Niepozorna szopa z solidnymi drzwiami obłożona brzozowymi gałązkami i brzozową korą to lodownia. Trzymano tu wyrąbane w stawie bryły lodu, w których chłodzono połcie surowego mięsa. Budynek gospodarczy należy do Dębowego Dworku w Karpnikach, trzykondygnacyjnej eklektycznej willi (architekt Ende Böckmann) z 1875 r., pięknie wkomponowanej w leśne tło i Góry Sokole. Ostatnia właścicielka Austriaczka Anna Aichinger wyjechała stąd dopiero w latach 80. Sprzedała budynek i - jak twierdzą miejscowi - wywiozła dwa wagony mebli. W XIX wieku był tu myśliwski domek barona Ulricha de Tamneux von Saint Paul, marszałka dworu księcia Hesji. Liczne podróże i botaniczna pasja barona zaowocowały pierwszym na Śląsku ogrodem botanicznym. Wokół willi posadził rododendrony, magnolie, lilie, tulipanowce, surmie, cyprysy, brzozy o wielkich liściach (część zachowała się do dziś). W oknach efektowne witraże z motywami marynistycznymi, bo baron był adiutantem admirała Adalberta von Preussen. Stąd także kotwica w kracie na drzwiach i nietypowy sufit - wygląda jak odwrócony kadłub statku. Myśliwski charakter nadają wnętrzu żyrandole z poroży, sceny z polowań na tkaninach. W starannie wykończonych salach uwagę przykuwa potężne lustro ze śladem po kuli. - Kiedy weszli tu Sowieci, szybko trafili do dobrze zaopatrzonej piwniczki. Pijaństwo skończyło się awanturą i stąd ślady po strzelaninie - opowiada Antoni Wójcikiewicz, stróż dworku. Opiekuje się nim pod nieobecność właściciela, biznesmena z Wrocławia, który jeszcze w tym roku otworzy tu luksusowy pensjonat. PAULINUM Pałac, choć położony w Jeleniej Górze, nie ma charakteru rezydencji miejskiej. Przeciwnie - zajmuje wzgórze na obrzeżach miasta, schowany w bogatej zieleni, sprawia wrażenie kompletnego ustronia. Nazwa Paulinum pochodzi od imienia Paula Kottinga, pierwszego superiora zakonu jezuitów, który kupił majątek w 1655 r. W XIX w. nabył go jeleniogórski fabrykant Richard von Kramst. To on zlecił założenie parku i wzniósł rezydencję (projektu architekta Kurta Spite) na specjalnie uformowanej skarpie. Przed wojną pałac zajęła NSDAP jako ośrodek szkoleniowy. Przez ostatnie pół wieku służył oficerom za kasyno, a od miesiąca działa tu elegancki hotel. Na gości czeka apartament różany z kwiatową polichromią na suficie, słoneczny pokój generalski z widokiem na Śnieżkę, pokój secesyjny, apartament biedermeierowski z efektowną okrągłą sypialnią, dwupoziomowe pokoje na poddaszu, pokój Ludwika Filipa i apartament kolumnowy. Każde wnętrze urządzono oryginałami lub kopiami antyków w innym stylu. Z biureczkami, toaletkami i sofami współgrają XIX-wieczne litografie pałaców i dworów Kotliny Jeleniogórskiej. Duże wrażenie robi wyłożona kaflami sala myśliwska (dziś bilardowa), gdzie kiedyś rozbierano upolowaną zwierzynę. Oszałamia Sala Gdańska - przestronne mroczne pomieszczenie z masywnymi meblami i mieniącą się złotem mozaiką na sklepieniu. W dawnej siedzibie rodu Kramstów zadbano nie tylko o staranną renowację tego, co stare i cenne. W przyziemiu jest centrum rekreacyjne z saunami, jacuzzi, grotą solną, osobne wejście i winda dla osób na wózkach. Po wojnie pałac zamieniono w centralną składnicę dzieł sztuki odnalezionych na Dolnym Śląsku. Ośrodkiem, w którym wypoczywali także historycy sztuki i muzealnicy, kierowała Barbara Tyszkiewicz. Jej córka, Beata, wspomina w swojej autobiografii Marię Dąbrowską, Annę Kowalską, Kazimierza Michałowskiego, Władysława Tatarkiewicza, Aleksandra Gieysztora („w którym kochałam się na zabój") czy Stanisława Dygata, którego oblała z góry na dół w lany poniedziałek („za karę musiałam przez tydzień przepisywać »Trybunę Ludu «"). Kilka lat temu Paulinum kupiła prywatna spółka założona przez miłośników i konserwatorów zabytków i perfekcyjnie odrestaurowała zeszpecony budynek. CZARNE Nie wiadomo, czy zostałby tu kamień na kamieniu, gdyby nie pasja architekta Jacka Jakubca, który 20 lat temu zaczął się opiekować renesansowym dworem w Czarnem. Renesansowe korzenie ma większość rezydencji w Kotlinie, ale też większość była potem przebudowywana. W Czarnem zachował się dziedziniec i galerie, choć nie ma już renesansowych szczytów. Kamienna budowla z połowy XVI w., otoczona murami obronnymi z wieżą-bramą i fosą, należała do Schaffgotschów. Wielokrotnie zmieniała właścicieli - ostatni niemieccy mieszkańcy wyprowadzili się w 1946 r., zostawiając dwór w niezłym stanie. Dopiero decyzja o powstaniu PGR-u doprowadziła rycerską siedzibę do fatalnego stanu. Dziś powoli odzyskuje dawną świetność m.in. dzięki środkom unijnym. Remont wciąż trwa, ale warto zatrzymać się w dawnej podmiejskiej wsi, przejść przez most, zajrzeć na dziedziniec, poprosić o możliwość wejścia do komnat z oryginalnymi belkami i resztkami renesansowych polichromii. Mieści się tu Fundacja Kultury Ekologicznej, która planuje stworzenie ośrodka szkoleniowego, z restauracją i salą wystaw. Ma też powstać wszechnica rękodzieła tradycyjnego - Polacy, Niemcy i Czesi specjalizujący się w kamieniarce, ciesielce i konserwacji mebli będą się uczyć od siebie.
ŁOMNICA - Dla mnie to było odkrycie na miarę Kolumba - Elisabeth von Küster wspomina pierwszą wizytę w Łomnicy w 1991 r. - Wspaniała panorama Karkonoszy, malownicze wsie, słodki krajobraz. I tak blisko Berlina! W Berlinie studiowała wtedy prawo, razem ze swoim chłopakiem, dziś mężem. To Ulrich von Küster namówił ją, żeby odwiedzili posiadłość, gdzie urodził się i wychował jego ojciec i skąd w 1945 r. jego rodzina uciekła z kilkoma walizkami w ręku. Zastali pegeerowską ruinę, drut kolczasty i tabliczkę "Zakaz fotografowania". Zawiązali spółkę polsko-niemiecką i kupili rodzinne włości. Zaciągnęli kredyty ("banki uważały nas za ekscentryków, a Polskę za niebezpieczny kraj"), sprzedali porcelanowy ślubny serwis, żeby kupić cement, a tradycją świąteczną stała się zrzutka na kolejne belki stropowe. Historia tego miejsca sięga średniowiecza. Łomnica należała do rycerskiej rodziny von Zedlitz, potem m.in. do Kristiana Mentzla, zamożnego handlarza lnem, w końcu do dyplomaty pruskiego Carla von Küstera. Pałac (architekt Albert Tollberg) i tzw. Dom Wdowy, barokowa rezydencja dla seniorów rodu, otaczał wspaniały park ciągnący się wzdłuż rzeki. Dziś jest tu centrum konferencyjno-wystawiennicze, a w Domu Wdowy przytulny hotel, z rodzinną atmosferą (na tych, którzy zamówią pobyt romantyczny, czeka szampan, róże w pokoju i kolacja przy świecach). Z Berlina Küsterowie przenieśli się do Goerlitz, bliżej Łomnicy. Rodową posiadłością opiekuje się Elisabeth. Zbiera dokumentację o okolicy, robi wystawy o dziedzictwie regionu. Jej kuchnia słynie z placków z makiem i kruszonką, które - jak twierdzi - są tutejszą specjalnością. Tydzień po Wielkanocy zaprasza do pałacu na wielki świąteczny jarmark regionalnych twórców. 6 maja (2005 r.) zostanie tu otwarta polsko-niemiecka wystawa "Dolina zamków i ogrodów".
16.11.2008
Park Kulturowy w Kotlinie oznakowany



15.11.2008
Zamknęli (chwilowo) Wikipedia.de

Wino marki "wino"

14.11.2008
Seidensticker odpowiada
"Polen muss endlich begreifen, dass es kein Opfervolk ist. Diese Sichtweise ist ein Märchen! Wahr ist, dass die ponischen Eroberer Schlesiens, Pommerns und Ostpreussens, viele Deutsche bestialisch umgebracht haben. Die meisten deutschen Friedhöfe wurden von Polen verwüstet und geschändet. Wie passt das mit dem von den Polen so offensiv nach aussen getragenen Katholizismus zusammen? Gar nicht! Ebensowenig passt dazu, dass man es in Polen nicht für notwendig hält, sich bei den Deutschen zu entschuldigen, bei all denen, deren Seelen Schaden genommen haben, durch polnische Grausamkeiten! Dazu passt ebensowenig die Tatsache, dass deutsche Spuren getilgt und verleugnet werden.
Von Deutschland aus rufe ich den Polen zu: Steht zu Eurer Vergangenheit, steht zu Euren Verbrechen und begreift, dass das Land in dem ihr wohnt,den Deutschen völkerrechtswidrig geraubt wurde! Deshalb sind die deutschen Häuser, Höfe, Felder auch immer noch das Eigentum der ehemaligen Bewohner und deren Nachkommen. Wir Deutschen sind zur aufrichtigen Freundschaft bereit, wenn Polen damit beginnt, die Wahrheit zu akzeptieren!
Freundliche Grüße
Lars Seidensticker"Powyższy tekst otrzymałem pocztą elektroniczną 14.11. 2008 o godzinie 11.27
"Polska musi wreszcie zrozumieć, że nie jest narodem ofiar. Ten punkt widzenia włożyć należy między bajki. Prawdą jest, że po(l)scy zdobywcy Śląska, Pomorza i Prus Wschodnich zabili bestialsko wielu Niemców. Większość niemieckich cmentarzy została zniszczona i zhańbiona przez Polaków. Jak przystaje to do tak ofensywnie obnoszonego na zewnątrz przez Polaków katolicyzmu? Wcale! Nie przystaje do tego również, że w Polsce nie uważa się za konieczne, by przeprosić Niemców, wszystkich tych, których dusze ucierpiały z powodu polskiego okrucieństwa. Równie mało pasuje do tego fakt, że niszczy się i zaprzecza niemieckim śladom (historycznym). Wzywam z Niemiec Polaków: nie wstydźcie się swojej przeszłości, przyznajcie się do waszych zbrodni, że ziemie, na których mieszkacie, zostały zrabowane Niemcom w sposób sprzeczny z prawami człowieka! Dlatego niemieckie domy, gospodarstwa rolne, pola są ciągle jeszcze własnością byłych mieszkańców i ich potomków. My, Niemcy, jesteśmy gotowi do szczerej przyjaźni, jeżeli Polska zacznie akceptować prawdę! Uprzejme pozdrowienia Lars Seidensticker"
Ratujmy jakoś Dom Gwarków!

Bezcenny zabytek, najstarszy drewniany budynek na Dolnym Śląsku, może nie przetrwać kolejnej zimy.
Dach pochodzącego z 1601 r. Domu Gwarków w Jeżowie Sudeckim, koło Jeleniej Góry, zupełnie już się rozpadł i do wnętrza leje się woda. Jego właścicielem jest rolnik Czesław Kozubski. Nie ma pieniędzy, więc tylko prowizorycznie okłada deski folią i starymi wykładzinami. O państwowe fundusze na ratowanie obiektu nie zamierza się starać, bo wcześniej ministerstwo kultury dwukrotnie odmówiło mu dofinansowania. Dlaczego? Brakowało pieniędzy, a wniosek zawierał błędy. Według ówczesnych przepisów prywatni właściciele mogli starać się o publiczne pieniądze na remont jedynie wówczas, gdy obiekt służył celom publicznym. Tymczasem z Domu Gwarków korzysta jedynie Kozubski - trzyma w nim siano. Przepisy ograniczające przydział publicznych pieniędzy na remonty prywatnych zabytków już zmieniono. - Istnieje możliwość uzyskania dofinansowania na roboty budowlane przy obiekcie wpisanym do rejestru zabytków, lecz po złożeniu poprawnego wniosku - informuje Tomasz Merta, podsekretarz stanu w ministerstwie kultury. Termin składania dokumentów mija 30 listopada. Jednak zniechęcony odmowami właściciel Domu Gwarków nie zamierza prosić o wsparcie. - Siedem lat się staram. Głupka ze mnie robią, bo ciągle odmawiają - mówi wzburzony. Deklaruje, że odbuduje dach, gdy sprzeda pół hektara pola. Jednak to samo mówił na początku roku i do tej pory nie wykonał żadnych prac. - Nie znalazłem kupca - tłumaczy. Jednocześnie nie chce słyszeć o sprzedaży zabytkowego budynku. Choć teraz nie ma 100 tys. zł potrzebnych na nowy dach, to liczy, że za kilka lat ktoś z jego rodziny zainwestuje wielokrotnie więcej i otworzy tu restaurację. Wojciech Kapałczyński, kierownik jeleniogórskiej delegatury Urzędu Ochrony Zabytków, nie wyklucza, że zostanie wydany nakaz remontu. - Jeśli właściciel go zignoruje, zostanie wywłaszczony. Tak jak w przypadku zabytkowej huty Julia w Szklarskiej Porębie - twierdzi konserwator.Sprawa Domu Gwarków ciągnie się już od lat. Wczoraj rozmawiałem nawet krótko na ten temat z Emilem Mendykiem, działającym aktywnie w Stowarzyszeniu na Rzecz ratowania domów przysłupowych na Łużycach. Nie sądzę jednak, by udało się "podpiąć" Dom Gwarków pod to Stowarzyszenie. Istotnie pan Czesław od kilku lat boryka się z należącym do niego zabytkiem. Być może chce ubić przy okazji własny interes - nie podoba mi się jego stwierdzenie, że nie będzie składał kolejnego wniosku, bo się "zniechęcił"., jednak nie znam ani człowieka ani jego punktu widzenia (gazeta to jednak nie to samo, co rozmowa osobista). Ale z drugiej strony po kij są tacy (pożal się Boże) urzędnicy, jak pan Merta, który metodą palcową wskazuje błędy we wniosku, zamiast odesłać odpowiednio poprawiony wniosek do pana Kozubskiego, by ten zechciał go podpisać i złożyć ponownie. Czy to aż taka filozofia, panie podsekretarzu? Kapałczyński oczywiście swoje - ale na tego pana szkoda już miejsca na tym blogu. Warto chyba pójśc z aparatem do Jeżowa i zrobić pożegnalne zdjęcia Domu Gwarków, o którym pisali i Herbst i Vogt i Hensel w swoich "Kronikach" Jeleniej Góry, który stanowi(ł) architektoniczne świadectwo "górniczego" charakteru wsi Grunau - przynajmniej w niektórych wiekach. Na uratowanie budynku raczej nie liczę...
13.11.2008

Wraca stare (w Niemczech), czyli "w koło Helmucie"
No żesz...! Kolejny głos wpisujący się w powiedzenie mojej Babci: "Jak świat światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem". Tym razem wprawdzie jedynie z ust lokalnego polityka, jednak nie łudźmy się: pod tym artykułem i pod wypowiedziami Seidenstrickera podpisałoby się wcale niemałe grono Niemców i bardzo liczni politycy szczebla federalnego... Przy tym stosuje on tu zarówno demagogię, manipulację faktami jak i relatywizację zbrodni. W kilku miejscach mija się z prawdą. O tzw. "Krwawej Niedzieli" w Bydgoszczy-Szwederowie (rodzinnym mieście mojego Ojca) dyskutowano wiele (vide: TU i TU), udział w panelowych debatach brałem niegdyś i ja. O rozliczaniu się Niemiec ze zbrodniczą przeszłością w kraju tym dawno już zapomniano (we wschodnich Niemczech neonaziści są członkami rad miejskich, a nawet parlamentów krajowych). O tym, że ludzie niekoniecznie lubią, gdy mówi się im nieprzyjemną prawdę o swoim narodzie, uświadamiają mi niemieccy turyści podczas mojej pracy w charakterze przewodnika wycieczek niemieckich (a nie staram się unikać drażliwych tematów, raczej przeciwnie...). Wydaje mi się jednak istotne, by ten tekst znalazł się w polskim tłumaczeniu dostępny dla moich "Współplemieńców": niekiedy nieufność Braci Małej Kaczki wobec naszych zachodnich sąsiadów wcale nie jest aż taka niezrozumiała... Nie mam ochoty na merytoryczne "niszczenie" pana Seidenstrickera - za niski poziom jak na moje potrzeby. Ale jako mawiał Mały Rycerz: "memento mori"...
- Akurat Polska!
- Pokojowe mocarstwo Niemcy
- Polska zawdzięcza niepodległość przede wszystkim Niemcom
- W jaki sposób Polska wykorzystała odzyskaną wolność?
- Wystąpienia przeciwko Niemcom
- O czym Merkel nie mówi gazecie „Fakt“
- Hańbiący występ
- Romantyka zbójecka zamiast przyznania się do winy
- Lars Seidenstricker (rocznik 1971) - dolnosaksoński polityk lokalny, członek Zarządu Federalnego Inicjatywy Obywatelskiej „pro Deutschland” (Bürgerbewegung pro Deutschland ) i przedstawiciel Związku Właścicieli Wschód (Eigentümer-Bund-Ost)