Ładowanie...

29.05.2014

Dr Alfred Koeppen o domostwach kolonii artystycznej

Na teksty dra Alfreda Koeppena powołuje się całe grono piszących o Szklarskiej Porębie przełomu wieków XIX i XX. Czyni to wielokrotnie także Przemek Wiater, choćby w tekstach na portalu Karkonosze i Sudety. Wszyscy ograniczają się do przydatnych wyimków, tymczasem tekst w całości (chyba) nie został przetłumaczony na polski. Przynajmniej ja się nie dogrzebałem. Czynię więc to poniżej, korzystając z oryginału z miesięcznikz "Schlesien" z roku 1909. 


Szklarska Poręba i jej kolonia artystyczna
Wśród mieszkańców wielkich miast artysta zajmuje pozycję wyjątkową. Ma on tutaj wprawdzie wykazane w rejestrach meldunkowych stałe miejsce zamieszkania, w istocie wszakże jest w mieście i w swoim mieszkaniu wyłącznie azylantem. Jest mu ono niezbędne, by prowadzić własne studia, pielęgnować kontakty towarzyskie, zdobywać publiczność i rynek zbytu. Jednak większą część roku spędza on w plenerze, w podróżach studyjnych lub przenosi się do kolonii artystycznej. Dewiza Horacego „odi profanum [wulgus] et arceo” (nienawidzę ciemnego motłochu i unikam go) stała się dziś wezwaniem dla artystów; ich muzy unikają metropolii, uciekając w doliny i zacisza środgórskie. 

Kolonia artystyczna! Dla amatora pobrzmiewa w tym pojęciu coś uroczystego. Jakieś oderwanie od świata, wywyższenie i wyciszenie. Kojarzy się z klasztornym odosobnieniem. 

Z wielką czcią wymawia sie takie nazwy, jak Barbizon, Fontainbleau; z czułością – Dachau; z największą powagą – Worpswede. To były niegdyś lub są do dziś kolonie malarskie. I to właśnie głównie artystów malarzy kojarzono dotychczas z pojęciem kolonii artystycznej.

Oto rodzi się coś nowego! Kolonia, która jednoczy różnorodne osobowości artystyczne, bardziej zbiorowisko wysublimowanych estetów, którzy rozwijają swoje odmienne dziedziny sztuki, trwając wszak we wzajemnym szacunku i wymieniając się ideami, radując sie sztuką i dokonaniami innych, wzbogacając się wzajemnie. Jeden tworzy kolorem, inny słowem i dźwiękiem, kolejny odbudowuje świat z ruin przeszłości i rozpatruje zagadkę wiecznego żywota, jeszcze inny wyśpiewuje swojemu „Carpe diem” pieśń wielobarwną, kolejny zaś niczym usłużny brat spotyka się ze wszystkimi. Zewsząd przybywają i wędrują tu artyści i miłośnicy sztuki, by wśród tej zbiorowości i w tym właśnie miejscu doznać odnowy. Szczęśliwe to miejsce na Ziemi, które z radością nazywać mogę swoim własnym – szczęśliwa Szklarska Poręba!

Nie w tym rzecz, jak wspomniane miejsca odkryto. Piękno krajobrazów karkonoskich opisywane było od zarania ludzkości. Jednak ośrodkiem kultury stało sie ono ledwie przed dekadą.

Leży Szklarska Poręba w dolinie Kamiennej, która swe źródła bierze nieopodal Schroniska Na Hali Szrenickiej  (Neue Schlesische Baude), na karkonoskim grzbiecie. Żwawo spływa ów wodopełny strumień, pieniąc się na tarasowo poukładanych głazach, szemrząc wśród potężnych granitowych skał, tworząc kaskady i wodospady, a w czas powodzi pędząc z ogłuszającym hukiem. Na obu jego brzegach wznoszą się zbocza pełne świerków, jodeł i sosen, wypiętrzają się zwietrzałe skały, przyjmujące kształty kamiennych fortec lub zwieńczone ostrymi stożkami. Niżej rozciągają się wielobarwne, kwieciste łąki z wyciągającymi się ku błękitnemu niebu jasnymi brzozami o lśniąco białych pniach i drżących koronach listowia. Pomiędzy skalnymi ścianami malowniczo wije się wzdłuż zakoli Kamiennej wiejska droga. Po obu jej stronach, na długości 20 kilometrów, rozciąga się wieś Szklarska Poręba, największa wieś pruska, podzielona na część Górną, Średnią i Dolną. 

Podczas gdy Szklarska Poręba Górna stanowi bramę prowadzącą na grzbiet Karkonoszy, miejsce spotkań przyjezdnych z eleganckiego świata tak latem, jak i zimą, to środkowa część wsi trwa w spokojnym odosobnieniu. 

U jej wezgłowia wypiętrza się górotwór, niczym podługowaty potwór, u stóp gór i w dolinie leżą zaś zdobne siedliska i gospodarstwa, niezmienne od wieków. Można tu mówić o kulturze mocno osadzonej na ziemi – jak w częściach Fryzji Wschodniej, czy na Hallige – wyspach u zachodnich wybrzeży Szlezwiku-Holsztynu. Chłopskie domy są proste i skromne. Kamień granitowy, znaleziony podczas budowy, jest łupany – powstaje z niego cokół, na którym wspiera się zbudowany z granitu i cegły dom, czasami z elementami konstrukcji ryglowej. Niezbyt stromy dach wyraźnie wystaje poza obrys dłuższych ścian. Rozmieszczenie pomieszczeń we wnętrzu jest proste. Najczęściej przez środek domu prowadzi wykładany cegłą korytarz, po jego jednej stronie izba kamienna, używana latem, po drugiej – izba drewniana: ciepłe mieszkanie zimowe. Za nimi kuchnia i spiżarnie. Do izb mieszkalnych przylega stajnia, nad którą znajduje się strych na siano, ze szczytem przykrytym dwuspadowym dachem. To połączenie białych i szarych kamieni, lekko zmurszałego drewna, szarego dachu z łupka, niewielkich okienek ze skrzynkami kwiatów nadaje wsi sielski charakter. Gdaczące kury i kiwające się na boki kaczki dopełniają tego obrazu.  Niekiedy domy w swej tylnej części wspierają się o wznoszące się zbocze, umieszczona tam rampa pozwala wygodnie dostać się na strych. Wokół domu zwykle rozpościera się zadbany ogródek, a stuletnie lipy ocieniają dach. Próżno szukać architektonicznych ozdobników. Z rzadka natkniemy się na zdobne rzeźbienie, ornamentalny motyw, czy drewnianą figurkę. Niczym maciupka kopia górskiego grzbietu trwa taka budowla, szukając ochrony u swojego pierwowzoru, przytulona do zbocza lub skały. Wszystko zdaje się być odwieczne: skały, drzewa, domy – zrośnięte ze sobą, zjednoczone zmiennymi losami, nierozerwalnie złączone. 

Niektórym z domów grozi zagłada. Burze i niepogody pomierzwiły ich dachy, mrozy i deszcze poszarpały ich granitowe podmurówki, pioruny rozłupały przyległe drzewa. 

Ten krajobraz to klejnot ogniskujący wszelkie piękno: wypłaszczenia, szerokie ukwiecone łąki, bagna, wzgórza, ciemne lasy i sceneria górska pełna zmieniających się obrazów, które ożyły w postaci Rübezahla i w kręgu legend stworzonych wokół starego Dominus Johannes.

Pochodzący ze Śląska bracia Carl i Gerhart Hauptmann byli pierwszymi, którzy się tu osiedlili, by z dala od gwaru wielkiego świata realizować swoje marzenia. Za nimi przybyli inni. Hermann Hendrich stworzył tu Sagenhalle, ożywiając ducha i sens kosmologicznych legend w bajecznie kolorowych obrazach. Stała się ona ośrodkiem kolonii.

To wokół niej osiedlać poczęli się artyści. Jedni remontowali stare chłopskie domostwa, inni wznosili wiejskie rezydencje.

Te dawne chałupy należą teraz do najpiękniejszych. Dom Carla Hauptmanna, w którym pierwotnie mieszkał razem z bratem Gerhartem, leży tuż przy wiejskiej drodze, u stóp stromego zbocza, które dzięki zadbanym ścieżkom, ukwieconym upłazom i zasadzonym grupom drzew przemieniło się w spory park. Stara chałupa została przebudowana na wygodny dom mieszkalny. Pod cieniodajnymi lipami, rosnącymi po stronie obu szczytów, dom pobłyskuje w słońcu i sprawia wrażenie, że wraz ze swoim właścicielem śni o dawnych czasach, o ludzkim szczęściu i bólu. 

Równie pięknie położony, pełen uroku, może odrobinę bardziej „pański” dzięki wysuniętym tarasom i podmurówkom, jest Dom Fechnera, znanego portrecisty i malarza. Jego oddana sztuce małżonka, pisarka Cilla Overbeck-Fechner, wyposażyła dom w piękne, stare śląskie meble. Nie utracił on nic ze swojego dawnego uroku. Ze zgrzytem otwierają się stare, drewniane drzwi z wyrytym na futrynie rokiem 1713, wchodzimy do środka. W miejscu, gdzie jeszcze przed kilku laty chłopska rodzina popijała w drewnianej izbie przy zniszczonym stole kawę, dzisiaj zgromadziła się rodzina artysty. Miejsce brzuchatego, wielobarwnie malowanego dzbanka na kawę zajął samowar – poza tym izba zachowała swój charakter. Pośrodku izby stoi stary piec z kominem, na ścianie zegar z wznoszącymi się i opadającymi obciążnikami jak dawniej miarowo odmierza czas. Rzecz jasna, nastąpić musiały niewielkie zmiany: dawny strych na siano zmienił się w jasną pracownię malarską. 
Izba kuchenna w domu Fechnera
W niewielkim, odpornym na niepogody domku mieszka również Wilhelm Bölsche. Nieco zbyt modernistyczna przeszklona weranda mocno zaszkodziła zabytkowemu charakterowi chałupy, jednak we wnętrzu, szczególnie w izbie mieszczącej pracownię poety, odczuwa się ów dawny czar chłopskiej izby z zachowanymi starymi, zdobionymi naiwnymi malunkami szafami, stojącymi przy niskich ścianach. 

W innym wiejskim domu, noszącym dziś dumną nazwę „Dom Wolności” (Haus der Freiheit) i zaprawdę będącym kwintesencją tego stylu, mieszka John Henry Mackay, delikatny liryk. 

Artyści ci uratowali te przepiękne domy przed zagładą i zachowali charakter tego krajobrazu, co niewątpliwie jest ich zasługą wielką.

Nie każdy jest stworzony do tego, by ratować wrak i przywracać ruinę do życia, nie zawsze jest to także możliwe. Tak więc powstały tu nowe posiadłości wiejskie. Ich budowniczy starają się jednak zachować charakter tego krajobrazu i sprostać wymogom panującego tu stylu budowlanego. Odrobinę Norwegii wprowadziła w dolinę Kamiennej malarka Sabine Reicke, małżonka burmistrza Berlina i poety Georga Reicke, dopasowując architekturę z okolic Lillehammer tutejszej. Powstał więc drewniany dom zrębowy, posadowiony na niskim, granitowym cokole. Pod jednym dachem scaliły się tu różne konstrukcje, doskonale wyróżnić można część mieszkalną i część sypialnianą: ta druga stanowi pierwsze piętro, nadstawione poprzecznie nad tylna część parteru. Zwykle zewnętrzne schody, stanowiące komunikację pomiędzy poziomami, tu ukryte zostały we wnętrzu domu. Całość sprawia wrażenie skromności i prostoty i świetnie wpasowuje się w istniejące tu typy domów, bowiem również w starych chałupach wiejskich nie brakuje występów i skrzyżowań poszczególnych elementów budowli. 
Dom G. Reicke
Prawdziwym domem twórczym jest Dom Hendricha: architekt Paul Engler, wzorując się na stylu miejscowym i uwzględniając otoczenie, stworzył coś bajecznie czarownego. Szachulcowa konstrukcja obita drewnem, lśni ciepłymi, żółtymi kolorami, wznosząc się wysoko nad drogę i wyglądając zza murku ze zwietrzałych kamieni. Słupki pomalowane w kolorach czerwono-brunatnych, wyraźnie wystający wykusz, nordyckie paszcze smoków i ornamenty oraz świetlista gra czerwieni i błękitu ożywiają budowlę, podobnie zresztą, jak i w przypadku Sagenhalle. Sporo zdobień znajduje się od strony podwórka. To reprezentacyjna fasada domu wyjątkowej oryginalności. Futrynę drzwi prowadzących do dolnych pomieszczeń zdobi wymodelowana majolika; nad porożem jelenia obraz ze św. Hubertem. Dwa niedźwiedzie strzegą wejścia na schody, zaś ścianę przy schodach zdobią głowa Wotana i dwa kruki. Na piętrze wchodzi się przez sień, w której stoją wazy, świeczniki i wiszą szkice, do pracowni artysty. Cenne dywany wyściełają podłogi, przy ścianach stoją fryzyjskie szafy z końca XVII w. Przed sztalugami ustawiono norweski tron królewski. Pomieszczenie nastraja do zadumy i marzeń pośród wywieszonych na ścianach starszych i nowych dzieł artysty. Pełne artyzmu są również pozostałe pomieszczenia. Wielbiąca życie małżonka artysty ze smakiem dobrała ich wyposażenie. Sentyment do holenderskich wnętrz, wśród których wzrastała, wziął górę. I tak jest kuchnia prawdziwą holenderską perełką. Domostwo, dzięki swojej kolorystyce i dekoracyjności, oddaje w pełni to wyczucie piękna, jakim charakteryzują się również dzieła Hendricha. 
Dom Hendricha - od podwórka
Ostatni dom (autora niniejszego tekstu - przyp. mój) to niewielka chatynka z wysokim dachem, powstała w oparciu o projekt architekta Bruno Möhringa. Została bardzo zgrabnie wkomponowana we wznoszący się na zboczu las. Panuje tu bajkowa atmosfera, od tyłu dom wygląda jak chatka z piernika z baśni o Jasiu i Małgosi. Z elementów miejscowej architektury pojawia się tu połączenie granitu i drewna oraz wystający nad obrys ścian, stromy dach. Jednak układ pomieszczeń jest nowatorski, dopasowany do życzeń inwestora. Jednak i tu dawny duch tutejszych budowniczych widoczny jest w nowej, bardziej kolorowej szacie.

Przyszłość ma wnieść do kolonii nowe elementy. Chce ona przywrócić do życia śląskie tradycje rzemiosła artystycznego. Pierwszym darem, jaki podczas wycieczki Zrzeszenia na rzecz zachowania niemiecki zamków i pałaców prof. Hanns Fechner wręczył hrabiemu Schaffgotschowi i pozostałym uczestnikom ekskursji, był Medal Rübezahla. W charakterze broszki może on być w przyszłości noszony przez zapalone wędrowczynie górskie. [...]

Cicha dolina Szklarskiej Poręby Średniej stała się dla tej garstki twórców krynicą młodości, źródłem sił twórczych; tutaj podczas wędrówek w dolinie, w lasach i na grzbiecie górskim znaleźli swoje inspiracje, tutaj – w ciszy i odosobnieniu pośród lasów – mogą oddać się spokojnej pracy, przygotowywać swoje dzieła, by zimą wyruszyć z nimi w szeroki świat.  

Zbiory Hochbergów powrócą do Książa


- Zamiast trzymać dzieła należące do rodziny Hochberg von Pless w magazynach, wolę je pokazać w ich naturalnym środowisku – mówi Piotr Oszczanowski, dyrektor Muzeum Narodowego we Wrocławiu. – Wręcz poczuwam się do obowiązku przywrócenia ich do zamku.

Wielki szacunek za te słowa, szanowny Panie Doktorze! Gdy słowa przemienią się w czyny – mój szacunek wzrośnie niepomiernie. 

A jednocześnie nieśmiało napomknę o zbiorach Schaffgotschów z Cieplic i o pocysterskim kompleksie, w którym dzisiaj Muzeum Przyrodnicze, a zupełnie spokojnie znalazłoby się w nim miejsce na eksponaty, niegdyś tu obecne. Odwagi, Panie Doktorze!

Cały tekst na stronie wroclaw.pl.
O dawnych zbiorach cieplickich na stronie Muzeum Przyrodniczego.

23.05.2014

Budynek poczty głównej w Jeleniej Górze


W czasopiśmie o długim tytule: Illustrierte Zeitschrift für die Pflege heimatlicher Kultur. Zeitschrift des Kunstgewerbevereins für Breslau u. die Provinz Schlesien, w numerze 6 z 15 maja 1913 r., ukazała się notatka (krytyczna) na temat otwartego 2 miesiące wcześniej nowego budynku poczty głównej w Jeleniej Górze. 
Nowy budynek poczty w Jeleniej Górze
26 marca 1913 r. bez żadnej pompy przekazano do użytkowania nowy budynek poczty w Jeleniej Górze na Śląsku. Bardzo tradycyjna architektura budynku robi wprawdzie wrażenie nieco akademickie, ale zupełnie przyzwoite, jednak żałować trzeba, że wybrano formy nawiązujące do niemieckiego renesansu, zamiast dopasować się do staromiejskiego baroku, charakterystycznego dla Jeleniej Góry. Natomiast wnętrze budynku, zaprojektowane przez architekta rządowego Scherlera, pod względem wygody i funkcjonalności nie daje najmniejszych powodów do narzekań, niewątpliwie przygotowane jest do znacznie większego ruchu klientów. 
Nad portalem znajdują się trzy płaskorzeźby  wykonane przez artystę Weylera [rzeźbiarza zamieszkałego w Jeleniej Górze, przy Kaiser Friedrichstraße 15b – obecnie ul. Matejki  przyp. mój] według projektu berlińskiego profesora Giesecke, a przedstawiające sceny z legend o Duchu Gór. Środkowy relief ukazuje postać Rübezahla według obrazu (z 1859 r. Moritza von) Schwinda, z lewej – ucieczkę pięknej Emmy [według I legendy o Duchu Gór wg Musäusa], z prawej zaś – motyw z legendy „Rübezahl i matka Ilse” [według V legendy o Duchu Gór wg Musäusa]. 
Prace budowlane trwały nieco ponad rok. W budynku wyraźnie rozdzielono część związaną z wysyłką listów od części nadawania paczek: korespondencja przyjmowana jest w hali głównej, natomiast paczki nadawać można w przybudówce. Szczególnie interesująca jest duża sala z okienkami dla klientów. Zadbano o to, by urzędnicy nie przeziębiali się i od strony wejścia zamontowano grzejniki, które ogrzewają wpadające z zewnątrz zimne powietrze. Dzięki zainstalowaniu poczty pneumatycznej, nadawane na parterze telegramy natychmiast trafiają na pierwszej piętro do sali telegraficznej. Duże pomieszczenie przeznaczono również na odprawę listów. Dział paczek z osobnym wejściem również dysponuje dużą salą, w której paczki są przyjmowane, a następnie sortowane i przekazywane bezpośrednio na rampę, skąd trafiają do pojazdów pocztowych. Na antresoli znajdują się pokoje służbowe dyrektora urzędu pocztowego, inspektora pocztowego, a także kasa i kancelaria. Na pierwszym piętrze umieszczono stanowiska telegraficzne i salę rozmów zamiejscowych, posiadającą 1600 łączy. Tu znalazło się także pomieszczenie na akumulatory oraz pokoje śniadaniowe dla urzędników pocztowych. 
Na drugim piętrze w budynku głównym mieści się mieszkanie dyrektora poczty. 



18.05.2014

Will-Erich Peuckert wspomina Carla Hauptmanna


Tekst ukazał się w "Wanderer im Riesengebirge" w drugą rocznicę śmierci tego najbardziej karkonoskiego twórcy . 




Prośba, by opowiedzieć Czytelnikom „Wanderera” o Carlu Hauptmannie nieco mnie skonfundowała. Był Hauptmann dzieckiem gór, jego przodkowie – zanim przenieśli się na śląskie pogórze  również wywodzili się z gór; ponad połowę swojego życia spędził w Szklarskiej Porębie, dzięki czemu niemal wszyscy mieszkańcy Karkonoszy i Gór Izerskich znali go osobiście (w jaki sposób niniejsze mało wyraziste słowa miałyby zastąpić tę znajomość?), a przybliżenie osobom trzecim owej niezwykłości tej postaci jest trudne. Starać się będę jednak ze wszystkich sił.
Carl Hauptmann miał poczucie przynależności do gór, zastanawiał się poważnie, czy w jego żyłach nie płynie czeska krew; po okresie nauki i podróży nigdy nie wytrzymywał długo na obczyźnie, a zanim jego ojciec nie kupił obu braciom chaty wiejskiej w Szklarskiej Porębie, całkiem serio nosił się z zamiarem zamieszkania w Budnikach (Forstbauden) tyle tylko, że tam przez długie okresy roku nie widziałby słońca, przez co plan spalił na panewce. 
Gdyby nie wrósł tak całkowicie w tę okolicę, gdyby nie zawładnęła nim magia tych okolic wówczas „całe te przebogate góry - z chmurami, podmuchami wichru, z połyskującymi torfowiskami i migoczącymi słońcem zdrojami, ze skalnymi bułami i nochalami wyłaniającymi się w drodze wśród ciemnej nocy. Z tymi wszystkimi wędrowcami w wytwornych lub żebraczych strojach. Z niezliczonymi krzakami kosodrzewiny i zupełnie nieczułymi na pogodę świerkami. Z płochliwymi wilkami i niedźwiedziami w dawnych wiekach. Z końmi i krowami, kozami i zmierzwionymi kundlami”, jak pisał w swojej Księdze Ducha Gór [tłum. E. Mendyk, P. Wiater, 2008 r., wyd. AD REM] pozostałyby dla niego niepojęte. I nie o same góry chodzi, lecz przede wszystkim – co ważniejsze – o ludzi. Niech będzie mi wolno wspomnieć „Leśnych ludzi”(„Waldleute”) – utwór ukazujący rozpaczliwą walkę pomiędzy kłusownikami, nielegalnymi handlarzami i leśnikami, wojnę, która trwa w najlepsze do dzisiaj; niech wspomnę „Wygnanie” („Die Austreibung”), którego akcja rozgrywa się również w górach; „Ubogich miotlarzy” („Die armseligen Besenbinder”), mieszkających w górnej części śródgórskiej wsi; umiejscowioną we wioskach Kotliny Jeleniogórskiej akcję „Czerwonej Juli” („Rote Jule”), czy choćby mającą swoją premierę w Bolesławcu „Córkę Ephraima” („Ephraims Tochter). Są jeszcze liczne opowiadania z gór, jak „Chaty na zboczu” („Hütten am Hange”), „Noce” („Nächte”), „Losy” („Schicksale”) – wreszcie faustowski poemat „Górska kuźnia” („Bergschmiede”), w którym pobrzmiewa magia legend walońskich, czy „Księgę Ducha Gór” (Rübezahlbuch) z nowszymi przygodami Karkonosza. Hauptmann, z wyglądu upodabniający się do Ducha Gór, był silnie związany z górami i z ich mieszkańcami, tak silnie, jak niemal nikt inny (jego brat z czasem bardzo się wyobcował). Na co dzień mówił tutejszym dialektem. Niczym myśliwy podkradał się do starców o pomarszczonych twarzach, w których kryły się setki opowieści (w taki właśnie sposób pewnego razu w karczmie na Orlu zasadził się na starego Hanshennera z Wielkiej Izery). Był z tymi ludźmi zżyty do tego stopnia, że zawsze pomagał im w biedzie, choć sam do bogatych z pewnością nie należał, czy to niewielką sumą pieniędzy, czy dobrym słowem, lub poradą. Gdy hrabia Harrach wygnał mieszkańców Ruben (Rovné) z ich miejsca zamieszkania, Hauptmann wstawił się za nimi i poruszył niebo i ziemię, by zdobyć dla nich pozwolenie osiedlenia się na Węgrzech – co prawda na próżno, albowiem zostali oni oskarżeni o kłusownictwo. 
Swojego obrońcę mieli w nim nie tylko ci prości ludzie niskiego stanu z ich troskami – interesował się wszelkimi przejawami życia w swojej społeczności. Niechże wspomnę tu historię obydwu Pohlów – dyrektora huty Józefiny i właściciela huty na Orlu, których przywrócił pamięci w „Zwei echte Adepten der schönen Glasmacherkunst”.
Potrafił znakomicie wejrzeć w ludzkie dusze. Ludzie garnęli się do niego, przychodzili ze swoimi sekretami; nie mieli żadnych tajemnic przed swoim „Herr Doktorem”. Przypominam tu sobie dwa osobliwe dokumenty: jeden to spisane specjalnie dla niego ludowe pieśni Karkonoszy, drugi – rodzaj autobiografii, spisanej przez robotnicę dniówkową, brulion z którego przebija najprostsza, wzruszająca prawda. Echa ich pobrzmiewały w jego twórczości.
Łatwo jest rzucać wielkie sowa po czyjejś śmierci, maksyma ‘de morituis nil nihil bene’ kusi, by nawet z najbardziej przeciętnego skryby uczynić poetę. Czas będzie sędzią. Carl Hauptmann nie musi się go bać, postać Gerharta nie będzie go – jak się zwykło twierdzić – przytłaczać; przeciwnie: stojąc obok niego (a nie nad nim) będzie Gerhart drogą do zrozumienia i docenienia dzieła swojego brata. A wówczas mówić się o nim będzie, że był tym poetą Karkonoszy, był kwintesencją tych gór z ich torfowiskami, piargami, skalnymi nawisami, z obszarpańcami, zafrasowanymi kobietami, z ich z kamieni płynącą muzyką – on ci tym wszystkim był. I nie będzie już następnego, o którym będzie można tak mówić. 



01.05.2014

O Domu Carla Hauptmanna w Szklarskiej Porębie - z archiwów wydobyte.

"Wpadło" mi w ręce sprawozdanie n/t Domu Regionalnego (Haus der Heimat) w Szklarskiej Porębie Średniej z 5 maja 1941 r., autorstwa niejakiego Heinricha Rohkama (szklarskoporębianina, Nadinspektora Wydziału Komunikacji, autora publikacji o Szklarskiej Porębie i regionalnych przewodników turystycznych). Oryginał znajduje się w AP Wrocław, Wydział Samorządowy Prowincji Śląskiej; Carl-Hauptmann-Haus. 1386, Bl. 20-25.
No, to przetłumaczyłem. Warto było, jak sądzę...

1) Historia domu
Dom Regionalny (Dom Carla Hauptmanna) pierwotnie zamieszkiwali wspólnie bracia Gerhart i Carl Hauptmann. Zakupiony został ze środków pieniężnych pani Marthy Hauptmann, pierwszej żony Carla Hauptmanna [przyznam, że to zdanie mnie zdumiało, znam inną wersję finansowania zakupu domu - przyp. tłum.]. W tym domu Carl Hauptmann napisał niemal wszystkie swoje dzieła, zaś Gerhart – większość swoich utworów wczesnych, pośród nich między innymi: Fuhrmann Hentschel, Hanneles Himmelfahrt, College Crampton, Elga, Die Weber, Versunkene Glocke. Po wybudowaniu przez Gerharta Hauptmanna własnej rezydencji w Jagniątkowie, dom w Szklarskiej Porębie zamieszkiwał jedynie Carl Hauptmann. Stał się ośrodkiem dużej karkonoskiej kolonii artystycznej i pozostał nim do śmierci Carla w 1921 r. Po rozwodzie pisarza z pierwszą zona Marthą, ta przeprowadziła się do zbudowanej dla niej willi na działce, zwanej Felderbusch (Polny krzew). 
Wkrótce po śmierci Carla, jego druga żona wyszła za znanego profesora literatury. Dom sprzedała rodzeństwu przemysłowców Mahla z Jablonca. Transakcja zapłacona została częściowo w walucie czeskiej. Sprzedaż tę następnie unieważniono, gdyż zgodnie z treścią wpisu do ksiąg wieczystych, Maria Hauptmann, druga żona Carla nie miała prawa samodzielnego dysponowania domem i winna była uzyskać zgodę pani Marthy Hauptmann. Po wieloletnich sporach sądowych bracia Mahla musieli opuścić dom, którego wartość wzrosła znacznie dzięki przeprowadzonym przez nich modernizacjom, w tym montażu centralnego ogrzewania i instalacji wodociągowej. Od kilku lat dom jest nieużytkowany, mieszka w nim jedynie małżeństwo dozorców. 
Zgodnie z życzeniem pierwszej żony pisarza, dom nie miał mieć już charakteru mieszkalnego, a mieścić się miała w nim izba pamięci Carla Hauptmanna i jego przyjaciół, artystów ze Szklarskiej Poręby i służyć jako Dom Regionalny (Heimathaus). Jednak gdy starania te do wiosny 1936 r. nie przyniosły rezultatu, a domowi groziło przywrócenie jego cech mieszkalnych, za zgodą gminy Szklarska Poręba grupa kobiet i mężczyzn postanowiła do chwili ostatecznego wyjaśnienia sytuacji nieruchomości utrzymywać w nim Dom Regionalny. Pośród nich byli Hermann Stehr, Wilhelm Bölsche i dyrektor wydawnictwa List (Paul-List-Verlag). Użytkownikiem domu było Stowarzyszenie Strojów Regionalnych (Trachtenverein) w Szklarskiej Porębie. 

Z biegiem lat dom popadł w ruinę, niezbędne były więc pokaźne środki pieniężne, by zaadaptować go zgodnie z przeznaczeniem. Zakup obiektów przeznaczonych do wystawienia, związanych z kręgiem przyjaciół wokół Carla Hauptmanna, szklarskoporębskimi pisarzami i artystami oraz z historią Szklarskiej Poręby i jej rzemiosła, w szczególności szklarstwa artystycznego, i tradycjami ludowymi, przyniósł efekty. Ponieważ zakazano zmieniania wyglądu pokojów, przebudowa początkowo nie spełniała wymagań, stawianych współczesnym obiektom muzealnym. Mimo tego udało się zrealizować odpowiednią koncepcję: punktem centralnym domu był odtworzony gabinet Carla Hauptmanna, którego wyposażenie przekazała pani Martha Hauptmann, ówcześnie już nieżyjąca pierwsza żona pisarza. 
Gmina Szklarska Poręba nie posiadała środków na zakup domu, tak więc próbowano zainteresować zakupem inne instytucje publiczne. Wprawdzie zewsząd deklarowano zainteresowanie, jednak starania te nie przyniosły efektu. Użytkujące dom Stowarzyszenie Strojów Regionalnych w Szklarskiej Porębie – po okresie sprawnego i sumiennego zarządzania obiektem – po rozpoczęciu wojny, gdy wielu jego członków zostało powołanych do wojska – nie było w stanie zebrać odpowiednich środków, by utrzymać dom w pełnym zakresie jego funkcjonowania. Wraz ze śmiercią pierwszej żony Carla Hauptmanna sytuacja własnościowa budynku stała się jeszcze bardziej zagmatwana i ponownie groziło niebezpieczeństwo przekształcenia obiektu w dom mieszkalny. Druga żona pisarza zwróciła się o opróżnienie górnego, największego piętra domu do 15 maja 1941 r. (w terminie 11-dniowym), albowiem chciałaby sama zająć te pomieszczenia. 

2. Sytuacja prawna
Prawo do domu rości dla siebie i swojej córki Monony druga żona pisarza, pani Maria Hauptmann, która po rozwodzie z drugim mężem, profesorem Beirichem, powróciła do nazwiska Hauptmann. Roszczenie to jest sprzeczne z wpisem w księgach wieczystych w dziale 2, a mianowicie wpis zabezpieczający panią Marthę Hauptmann w Szklarskiej Porębie Średniej, Felderbusch w kwestii praw do przeniesienia własności na tej nieruchomości. 
Pani Maria Hauptmann wniosła skargę wobec ważności tego wpisu. Sprawa znalazła się w Sądzie Rzeszy w Lipsku, gdzie rzekomo zaginęły jej akta. Starania Stowarzyszenia Strojów Regionalnych w Szklarskiej Porębie, do zawarcia ugody pozasądowej pomiędzy reprezentantami prawnymi stron (ze strony Marii Hauptmann – tajny radca dr Ponfick , Berlin-Charlottenburg 2, Fasanenstr. 77; ze strony spadkobierców zmarłej Marthy Hauptmann – adwokat dr Reier, Jelenia Góra, Adolf Hitlerplatz 6) nie przyniosły skutku. Nie jest więc jasne, czy pani Maria Hauptmann i jej córka istotnie mają prawo do samodzielnego rozporządzania prawem własności. 

3. Obecne wyposażenie i ocena domu
Na parceli znajduje się trzykondygnacyjny dom i ogród o charakterze parku o powierzchni około 6½ ha. W górnej części ogrodu znajduje się wymagający remontu budynek z jednym pomieszczeniem, w którym w swoich młodych latach Gerhart Hauptmann urządził atelier rzeźbiarskie. Przed nim znajduje się łąka, przekształcona przez Stowarzyszenie Strojów Regionalnych w Szklarskiej Porębie w amfiteatr pod gołym niebem dla około 2000 osób, o wyśmienitej akustyce i w naturalnej scenerii. Widownia składa się z przenośnych ław z miejscami dla ok. 800 osób. W dolnej części ogrodu, na południe od domu, znajduje się naturalna łąka rekreacyjna z miejscem dla kilku tysięcy osób. Na tej łące odbywają się festyny ludowe.
Stanowiący równocześnie piwnicę z wejściem od ogrodu, parter domu mieści obok pomieszczeń magazynowych także dużą kuchnię i dużą salę wystawową. Poszczególne pomieszczenia domu wykorzystywane są w następujący sposób:

Parter
Sień: stare obrazy i sztychy z terenów Szklarskiej Poręby
Izba mieszkalna: historyczna izba śląska zagrodnika ze Szklarskiej Poręby z kompletnym wyposażeniem, zbiorami ludowymi itd. Izba urządzona jest tak, że nie sprawia wrażenia martwego muzeum, lecz zachęca do dłuższego pobytu, czy nawet do zamieszkania. 

I piętro:
Hall: obrazy malarzy ze Szklarskiej Poręby, gobeliny autorstwa Wandy Bibrowicz z jej okresu szklarskoporębskiego, zbiór czepców. 
Ogród zimowy: współczesne szkło artystyczne ze Szklarskiej Poręby.
Pomieszczenie 1 i 2: malarstwo, reprodukcje i spuścizna literacka malarza ze Szklarskiej Poręby, profesora Hannsa Fechnera
Pomieszczenie 3 i 4: Gerhart Hauptmann. Portrety z młodości i czasów późniejszych. Różne wydania dzieł pisarza. Ilustracje licznych artystów niemieckich do dzieł Gerharta Hauptmanna.
Pomieszczenie 5 i 6: Historyczne szkło artystyczne ze Szklarskiej Poręby. Najważniejsi artyści-szklarze ze Szklarskiej Poręby. Modele starych szkieł. Dzieje hutnictwa szkła w Szklarskiej Porębie. Kącik poświęcony dwóm wielkim obywatelom Szklarskiej Poręby: Josephowi Partschowi – kartografowi i Karlowi Partschowi – twórcy współczesnej stomatologii. 
Schody: stare obrazy i sztychy z okolic Szklarskiej Poręby.

II piętro:
Pomieszczenie 1: gabinet Carla Hauptmanna.
Pomieszczenie 2: obrazy, książki i pamiątki po Carlu Hauptmannie. 
Pomieszczenie 3: obrazy, książki i pamiątki po Hermannie Stehrze i Wilhelmie Bölsche.
Pomieszczenie 4: obrazy, książki i pamiątki po pisarzach z kręgu przyjaciół domu Hauptmanna lub mieszkających niegdyś i obecnie w Szklarskiej Porębie.
Hall: Obrazy Carla Hauptmanna, pamiątki po kompozytorce Annie Reichmöller [Uwaga: taka pisownia nazwiska w oryginale. Prawidłowo powinno być: Anna Teichmüller – przyp. tłum.], inne.  

4. Użytkownicy domu i dotychczasowa administracja
Gdy wiosną 1936 r. Stowarzyszenie Strojów Regionalnych w Szklarskiej Porębie przejęło budynek, zobowiązało się do remontu i utrzymania domu i parku, przejęcia obciążeń i podatków oraz do zapłacenia odszkodowania w wysokości kwoty obciążającej hipotekę. Jako instytucja kultury obiekt był od tej chwili zwolniony z podatku, gmina Szklarska Poręba zrezygnowała z poboru opłat za wodę. Pozostawało więc spłacanie odsetków hipotecznych i utrzymanie domu i ogrodu. W pierwszym okresie na ten cel przeznaczone zostały znaczne środki, albowiem stan budynku był zły. Środki te pozyskiwano z biletów wstępu – zainteresowanie społeczności Domem Regionalnym było ogromne, odwiedzających było więcej, niż w Muzeum Sudeckim w Jeleniej Górze [Uwaga: Muzeum Towarzystwa Karkonoskiego w Jeleniej Górze (Riesengebirgsverein-Museum, obecnie: Muzeum Karkonoskie) w 1938 r. przemianowane zostało na „Sudetenmuseum”  – przyp. tłum.]. Zainteresowanie to nie malało, albowiem dążeniem organizatorów było stworzenie żywej instytucji, a nie martwego muzeum regionalnego. Odbywały się więc tutaj odczyty i koncerty, w ogrodzie wystawiano sztuki i organizowano festyny ludowe, na które przychodziła liczna publiczność.
Poza udostępnieniem sypialni dla jednego strażnika i jego niewielkim wynagrodzeniem, wszelkie prace wykonywane były przez członków Stowarzyszenia i przez przyjaciół domu nieodpłatnie (społecznie) – a więc sprzątanie, nadzór, kontrola itd. Na skutek tych działań oraz dzięki uniknięciu konieczności płacenia wynagrodzeń, dom i ogród (przez ponad 20 lat ten ostatni zdziczał całkowicie) zostały doprowadzone do takiego stanu, że obecnie nie występują istotne braki. Dokonano licznych zakupów wyposażenia. 
Zbiory w większości nie są własnością użytkownika. Zostały wypożyczone przez liczne osoby. Duża część wypożyczonych eksponatów opatrzona jest warunkiem, że jeśli dom nie zmieni przeznaczenia, a jego przyszłość zostanie zapewniona, staną się jego własnością. Najważniejszymi darczyńcami są:
  • Pani Martha Hauptmann, pierwsza żona Carla Hauptmanna (gabinet pisarza, obiecano dalsze wypożyczenia)
  • Tajny Radca, Nadradca Budowlany Fischer (zbiory folklorystyczne/etnograficzne)
  • Huta Józefiny (szkło współczesne)
  • Wydawnictwa List i Dietrich (pierwsze wydania i in.)
  • Gmina Szklarska Poręba (obrazy i in.).
Ogromna część wypożyczonych eksponatów jest własnością marszanda sztuki Oltmannsa ze Szklarskiej Poręby Średniej [Olly Oltmanns prowadził przy ul. Dolnej niekiepski antykwariat, o czym doniósł mi Przemek Wiater – przyp. tłum.], który – dysponując zasobami finansowymi – kupował dzieła sztuki związane ze Szklarską Porębą, zgodnie ze wskazówkami i na prośbę użytkownika domu. Wszelkie dzieła sztuki przekazywał bezpłatnie jako eksponaty, a wraz z całą rodziną niejednokrotnie społecznie pracował na rzecz domu. 

W przeciwieństwie do innych wypożyczeń, które najprawdopodobniej staną się w przyszłości nieodpłatnie własnością Domu Carla Hauptmanna, obiekty zakupione przez Oltmannsa użytkownik domu będzie musiał od niego odkupić. Część wydawnictw również będzie miało status wypożyczenia.
Od początku zamiarem prowadzących instytucję było stworzenie domu o żywym charakterze. Nie tylko przez to, że organizowane są przy szczególnych okazjach imprezy specjalne (np. z okazji tygodnia książki, nieodpłatnie), ale również dlatego, że dom stał się miejscem pracy Stowarzyszenia Strojów Regionalnych w Szklarskiej Porębie, którego członkowie spotykają się tutaj co tydzień. Duża sala na parterze została więc urządzona jako miejsce spotkań. 

Wyposażenie, utrzymanie i prowadzenie obiektu do jesieni 1940 r. finansowano wyłącznie z biletów wstępu. Przez 4,5 roku udawało się to, bez pozyskiwania środków z innych źródeł. 

24.04.2014

Opiekunka Kotliny Jeleniogórskiej


Działalność hrabiny Friederike von Reden


O tej niezwykłej osobie na blogu pisałem już kilkakrotnie, nie kryjąc swojej fascynacji dla niej: "Może zresztą to tylko moje osobiste zauroczenie tą postacią, którego ani Czytelnicy, ani historycy nie podzielają? Cóż, de gustibus non est disputandum: ja pozostanę wierny swoim wyborom...".

I oto dowiaduję się dzisiaj o wspaniałym projekcie wystawienniczo-muzealnym pod tytułem "Szlachta na Śląsku", tworzonym przez muzea z Polski, Niemiec i Czech, które "wykorzystają swoje bogate zasoby do przygotowania kompleksowej ekspozycji, poświęconej jednemu z ważniejszych tematów wspólnej śląskiej historii". W Sali pod Filarem najpiękniejszego budynku Uniwersytetu Wrocławskiego uhonorowana zostanie "Matka Ziemi Jeleniogórskiej", hrabina Johanna Juliane Friederike von Reden (de domo Riedesel), zwana przez najbliższych "Fritze". Pozwalam sobie w całości zacytować tekst pani Urszuli Bończuk-Dawidziuk z Uniwersytetu Wrocławskiego, której rozprawa doktorska nosi tytuł "Działalność kulturalna hrabiny Friederike von Reden (1774-1854) z Bukowca", Tekst ukazał się 23.04.2014 w internetowej witrynie czasopisma "Karkonosze".

Żałuje bardzo, że udział naszego Muzeum Karkonoskiego w przedsięwzięciu ograniczył się jedynie  do – jak napisano – "współpracy i zaangażowania". Ta wystawa bezwarunkowo winna być pokazywana w Jeleniej Górze! Może uda się do tego doprowadzić w przyszłości, najwyraźniej jednak w obecnej sytuacji nie można na to liczyć...

„Opiekunka Kotliny Jeleniogórskiej”

Wystawa pod tytułem „Opiekunka Kotliny Jeleniogórskiej. Działalność hrabiny Friederike von Reden”, czynna od 23 maja do 9 listopada 2014 roku w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego, będzie poświęcona hrabinie Reden (1774-1854) z Bukowca, żonie pruskiego ministra górnictwa i hutnictwa Friedricha Wilhelma von Redena (1752–1815). Jej rozległa działalność kulturalna i edukacyjna w Kotlinie Jeleniogórskiej pozostawiła swój trwały ślad w postaci domów tyrolskich w Mysłakowicach i kościoła Wang w Karpaczu Górnym stanowiących współcześnie istotny element krajobrazu kulturowego Kotliny Jeleniogórskiej i Karkonoszy, a zarazem magnes przyciągający turystów.

Ekspozycja ma za zadanie ukazać rolę kobiety-szlachcianki i ziemianki w tworzeniu krajobrazu kulturowego Kotliny Jeleniogórskiej w pierwszej połowie XIX w. Interesującym wątkiem wystawy będzie wzajemne oddziaływanie krajobrazu na postawę i działalność hrabiny Reden, a także pokazanie sedna wyjątkowości tkwiącego w tej postaci historycznej. Jej różnorodne oblicze, z jednej strony konserwatywne, z drugiej nowoczesne jest także obliczem epoki: niepokorna panna około 1789 roku, następnie oddana żona-przyjaciółka i patriotka w okresie okupacji napoleońskiej i wojen wyzwoleńczych, wreszcie odważna i zaangażowana wdowa-ziemianka w trudnych latach 30. i 40 XIX w. Swoje zachowawcze poglądy na życie społeczne i polityczne (uznawanie patriarchatu, popieranie monarchii) hrabina godziła z reformatorskimi zapatrywaniami na religię i gospodarkę (była aktywną przedstawicielką ruchu przebudzeniowego, hodowała rzadkie odmiany krów i merynosy, uprawiała eksperymentalne gatunki zbóż). W tym kontekście okolice Bukowca jawią się jako miejsce inspirujące do działań pod wpływem malowniczych okoliczności przyrody Kotliny i Karkonoszy.

Wystawa na temat działalności hrabiny Friederike von Reden odbędzie się w ramach międzynarodowego projektu wystawienniczego „Szlachta na Śląsku”, który stanowi podsumowanie wyników badań naukowych uzyskanych w ramach jednego z największych polsko-niemieckich projektów badawczych na temat wspólnego dziedzictwa kulturowego, zatytułowany „Szlachta na Śląsku / Adel in Schlesien”, którego koordynację powierzono Instytutowi Historii Sztuki Uniwersytetu Wrocławskiego oraz Instytutowi Federalnemu ds. Historii i Kultury Niemców Europie Środkowo-Wschodniej w Oldenburgu (BKGE). W czasie realizacji projektu w latach 2005-2012 powstały cztery rozprawy doktorskie, a także ukazało się drukiem kilka ważnych książek. Tegoroczne podsumowanie projektu w postaci potrójnej wystawy we Wrocławiu, Legnicy i Görlitz organizują: Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego, Muzeum Miedzi w Legnicy i muzea w Görlitz: Muzeum Śląskie (Schlesisches Museum zu Görlitz) i Muzeum Historii i Kultury Miasta Görlitz (Kulturhistorisches Museum der Stadt Görlitz).

Największa część projektu wystawienniczego zostanie zaprezentowana w Legnicy w budynku dawnej Akademii Rycerskiej i w sąsiadującym budynku Muzeum Miedzi. Wystawa pod tytułem „Rycerze wolności, strażnicy praw. Szlachta na Śląsku w średniowieczu i czasach nowożytnych” poruszy zagadnienia związane z książętami, ich siedzibami szlacheckimi, powinnościami szlachty, wyznaniem, edukacją, rozrywką, a także życiem codziennym. Na wystawie pojawią się obiekty z wielu kolekcji z terenu Śląska, pochodzące zarówno z muzeów, jak i kościołów (np. epitafia).

Wystawa w barbakanie Kaisertrutz w Görlitz pod tytułem „Trwanie wśród przemian. Szlachta na Śląsku i Górnych Łużycach od XVIII wieku” podejmie wątek świetności i upadku szlachty w epoce nowoczesnej, opowie o życiu w pałacach, więzach rodzinnych i tradycji, próbach utrzymania hegemonii w czasach przemian i rewolucji. Uzupełnienie będzie stanowić wystawa w Schönhofie, która zaprezentuje dzieje górnołużyckiej szlachty od schyłku średniowiecza.

Wystawa w Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego ukaże „kobiece” oblicze szlachty śląskiej: życie codzienne, zainteresowania i formy działalności szlachetnie urodzonych kobiet przełomu XVIII i XIX wieku, a także zaangażowanie szlachty w życie lokalnych społeczności Śląska na przykładzie „pani na Bukowcu”.

Ekspozycja zostanie podzielona na kilka części tematycznych: dom rodzinny i małżeństwo, pałac i park w Bukowcu, ruch przebudzeniowy, szlachta w Kotlinie Jeleniogórskiej, osiedle Zillerthal i kościół Wang. Mimo, że wystawa wrocławska jest najmniejszą częścią projektu wystawienniczego „Szlachta na Śląsku” na wystawie zaaranżowanej w Sali pod Filarem będzie można obejrzeć aż 90 eksponatów ze zbiorów obcych, m.in. ubiór i pamiętnik szlachcianki z około 1800 roku, rękopiśmienną korespondencję między damami, rysunki projektowe siedziby szlacheckiej, a także europejskie malarstwo portretowe i pejzażowe, rzeźbę, grafikę, porcelanę i szkło. Stworzenie ekspozycji prezentującej tak różnorodne zabytki było możliwe dzięki współpracy i zaangażowaniu wielu instytucji polskich (Muzeum Narodowe we Wrocławiu, Muzeum Karkonoskie w Jeleniej Górze, Archiwum Państwowe we Wrocławiu, Oddział w Jeleniej Górze, Muzeum w Tarnowskich Górach) i niemieckich (Herder-Institut Marburg, Kunstforum Ostdeutsche Galerie Regensburg, Kulturhistorisches Museum der Stadt Görlitz).

Wiele z eksponatów będzie pokazywanych publicznie po raz pierwszy, w tym kompletny ubiór wierzchni damy ze zbiorów Muzeum Narodowego we Wrocławiu (suknia, płaszczyk, szal, rękawiczki, pantofelki, torebka, wachlarz), a także rysunki projektowe przebudowy pałacu w Bukowcu z końca XVIII wieku i projekty architektoniczne zabudowań folwarcznych i pawilonów ogrodowych w parku bukowieckim, które są obecnie przechowywane w zbiorach Instytutu Herdera w Marburgu (Herder-Institut Marburg).

Międzynarodowy projekt wystawienniczy „Szlachta na Śląsku” obejmuje publikację katalogu wystawy, w którym znajdą się eseje i noty katalogowe zarówno w języku polskim, jak i niemieckim. To bogato ilustrowane wydawnictwo będzie składać się z dwóch tomów: w tomie pierwszym zostaną omówione obiekty prezentowane na wystawie legnickiej, a tom drugi będzie zawierał katalog dzieł pokazywanych na wystawach w Görlitz i we Wrocławiu.

Patronat honorowy nad międzynarodowym projektem wystawienniczym „Szlachta na Śląsku” objęli Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Rzeczypospolitej Polskiej i Marszałek Województwa Dolnośląskiego, a projekt wspierają m.in.: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Wolnego Państwa Saksonia, Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej, Miasto Legnica, Miasto Görlitz, Związek Gmin Karkonoskich, Instytut Herdera w Marburgu.

Wystawie wrocławskiej będzie towarzyszył cykl wykładów otwartych dla publiczności, a także wystawa planszowa poświęcona hrabinie Friederike von Reden i jej mężowi. Okazją do przypomnienia o niezwykłym małżeństwie Redenów jest 240 rocznica urodzin hrabiny Reden, która przypada w tym roku, a także 200 rocznica śmierci hrabiego Friedricha Wilhelma von Redena w 2015 roku. Wystawa planszowa powstanie dzięki wsparciu finansowemu ze strony Niemieckiego Forum Kultury Europy Wschodniej (Deutsches Kulturforum östliches Europa) i we współpracy ze Związkiem Gmin Karkonoskich. Wernisaż odbędzie się w Bukowcu w ostatni weekend września 2014 roku, a wystawa będzie w dalszej kolejności pokazywana w innych miejscach, zarówno w Polsce, jak i na terenie Niemiec.

Więcej informacji o wystawach, a także adresy, godziny otwarcia i ceny biletów można znaleźć na stronie internetowej poświęconej projektowi wystawienniczemu: www.szlachtanaslasku.pl / www.adelinschlesien.de

Na ten temat:
Friederike "Fritze" von Reden (cz. 1)

Friederike "Fritze" von Reden (cz. 2)
Fryderyka von Reden
Friederike i Friedrich Wilhelm von Reden

12.12.2013

Mówisz: Feist, myślisz: Honecker

Wezwany pilnie dotarłem do budynku Archiwum Państwowego w Jeleniej Górze. Przed wejściem stała grupa osób, bodaj sześciu, przy czym dwie z nich uzbrojone były w typowe atrybuty telewizyjno-reporterskie: profesjonalną kamerę i włochaty mikrofon na długaśnym wysięgniku. Przywitaliśmy się, przedstawiliśmy się sobie, a ja zapytałem: „Czym mogę służyć?”.

Pół godziny wcześniej zadzwonił do mnie Ivo Łaborewicz: „Przyjechała niemiecka telewizja. Nie mają tłumacza. Czy mógłbyś...?”. Oddał słuchawkę szefowi ekipy, który wyjaśnił mi pokrótce, o co chodzi. Obiecałem, że w ciągu pół godziny pojawię się na ulicy Kazimierskiego.

„Czy mówi panu coś nazwisko Feist?”, zapytał szef ekipy. „Feist...? Stąd, z Jeleniej Góry?”, gorączkowo grzebałem w zwapnionych zwojach mózgowych... coś tam było, ale z niczym mi się nie chciało skojarzyć... wtem krótkie olśnienie: „Tak! Chociaż nazwisko to wiążę raczej ze Świeradowem i Szklarską Porębą. Walter Feist. Urodził się w Świeradowie, a w latach 30-tych ubiegłego wieku zdobył w saneczkarstwie medal podczas Mistrzostw Europy, organizowanych na torze w Szklarskiej Porębie!”, odpowiedziałem z wielkim samozadowoleniem z faktu, że zwapnienie ciągle jeszcze nie jest takie groźne. Wprawdzie (co sprawdziłem później) ów medal, zresztą srebrny, był w roku 1928; a Feist występował także w Krynicy, ale i tak na nic się zdała ta gdzieś przypadkiem zakodowana informacja: „Aha” – odpowiedział szef ekipy, – „cóż; to nie o tego Feista chodzi...”.

Weszliśmy do budynku archiwum. Reżyser reportażu opisał nam (Niemce w średnim wieku, jej towarzyszowi, Ivo Łaborewiczowi i mnie) schemat pierwszych ujęć. W dalszym ciągu nie miałem pojęcia, o co chodzi, ale postanowiłem nie dopytywać: szkoda czasu.

Z przebiegu prowadzonej przed kamerą (i dla kamery) rozmowy między dwojgiem Niemców i Ivo (którą tłumaczyłem) wynikało, że Karin przybyła tu w poszukiwaniu śladów swoich przodków: rzeczonej rodziny Feist z Jeleniej Góry. Pokazała nam schematyczne, uproszczone drzewo genealogiczne, sięgające do 1880 r. i poprosiła pana kierownika archiwum o pomoc w odnalezieniu wymienionych tam osób w dokumentach archiwalnych. 

Przeszliśmy do pracowni naukowej, na stole pojawiły się księgi: spisy adresowe z lat trzydziestych i wcześniejsze, w których istotnie nazwisko Feist pojawiało się wielokrotnie. Dopasowaliśmy odpowiednie imiona, dysponowaliśmy częściowymi datami urodzin lub śmierci, Ivo ruszył więc do magazynów, by znaleźć odpowiednie księgi urzędu stanu cywilnego. 

W dalszym ciągu nie rozumiałem, co robi tu ekipa telewizji MDR. Zagadka wyjaśniła się równie szybko, co niespodziewanie: oto w zestawieniu genealogicznym widniała niejaka Margot Feist, urodzona 17. kwietnia 1927 r. w... Halle. Okazało się, że jest wnuczką zamieszkałej w latach międzywojennych w Jeleniej Górze Anny Feist i spędziła tu kilka lat zarówno przed II wojną światową, jak i w latach 1942-1945, mieszkając u babci w kamienicy przy Rynku (Placu Ratuszowym) nr 10. Przed wkroczeniem Sowietów Margot uciekła na Zachód, najpewniej właśnie do Halle. Wojnę przeżyła (prawdopodobnie przeżyła ją także jej babcia), a w roku 1953 wyszła za mąż za niejakiego... Ericha Honeckera. Tego samego, który w roku 1971 został pierwszym sekretarzem komitetu centralnego Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED) i funkcję tę sprawował niemal do upadku Niemieckiej Republiki Demokratycznej, do października 1989 r. i uważany był za najpotężniejszego polityka byłej NRD. 

W tym momencie wyjaśniło się zainteresowanie lokalnej telewizji niemieckiej banalnym w zasadzie poszukiwaniem przodków. Feistowie – ci jeleniogórscy i ci ze Szklarskiej Poręby (bo jak się okazało pradziadowie Margot Honecker wywodzili się właśnie ze Schreiberhau) – byli całkiem zwykłymi ludźmi: pośród wykonywanych przez nich zawodów znalazła się profesja szewca, zwrotnicowego na kolei i robotnika dniówkowego. Dokumenty, zgromadzone w archiwum, były skąpe i ograniczały się do aktów urodzeń, zgonu i ślubu, natomiast poszukiwania jakichkolwiek śladów po babci Feist w Urzędzie Stanu Cywilnego zakończyły się fiaskiem. Niewiele więc dowiedzieliśmy się z archiwów, poza dokładnymi datami urodzin, ślubów i śmierci poszczególnych Feistowych antenatów. Zarówno szukający, jak i ekipa telewizyjna byli jednak zadowoleni. 
Program będzie wyemitowany w MDR jako jeden z odcinków dokumentalnej serii Die Spur der Ahnen (Ślady przodków), najpewniej gdzieś na przełomie grudnia i stycznia. 

Epizod z Margot Feist (późniejszą Honecker) jest niewiele znaczącą ciekawostką. Z drugiej strony to kolejna niewiasta ze skłonnościami do reżimów totalitarnych (była bowiem Margot od lat 60-tych  do 1989 r. ministrem edukacji ludowej w NRD) i dyktatorów, związana z Jelenią Górą. Pierwszą i o wiele sławniejszą z pań była bowiem niejaka Hanna Reitsch, słynna szybowniczka i pilotka, niewątpliwa zwolenniczka narodowego socjalizmu, której ojciec prowadził klinikę okulistyczną przy Promenadenstraße (dzisiejsza ul. Bankowa).  

03.12.2013

Muzeum Wirtualne w Muzeum Przyrodniczym, freski i Chińczycy...

W poniedziałkowe przedpołudnie ruszyliśmy z Połowinką Sabinką do Cieplic, do klasztoru, by dać się olśnić. Oto podczas niedawnego wielce tajnego otwarcia Wirtualnego Muzeum Barokowych Fresków na Dolnym Śląsku (na tyle ono ci tajne było, że nawet jeleniogórska posłanka PO, pani Zofia Czernow, nie dostąpiła zaszczytu, by zostać zaproszoną przez urzędującego Prezydenta Miasta, również z PO, choć ostatnio raczej z jej przesuniętych mocno do tyłu szeregów) padło tyle słów o wyjątkowości tego przedsięwzięcia, o jego skali i znaczeniu, że nie sposób było odmówić sobie tej przyjemności.
W poprzednich postach odnosiłem się do konferencji pt. Losy klasztorów na Śląsku, w Czechach i na Górnych i Dolnych Łużycach w XVIII i XIX w., m in. przytaczając wykład pana doktora Andrzeja Kozieła na temat fresków cieplickich. Oto była ta konferencja jednym z licznych elementów zakrojonego na ogromną skalę projektu Dziedzictwo kulturowe po klasztorach skasowanych na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej oraz na Śląsku w XVIII i XIX w.: losy, znaczenie, inwentaryzacja realizowanego w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki, pod kierownictwem pana profesora Marka Derwicha.
Natomiast pomysłodawcą i inicjatorem Wirtualnego Muzeum był właśnie Andrzej Kozieł, a rzecz zrealizowana została na zlecenie miasta Jelenia Góra przy znaczącym udziale funduszy unijnych. 
Dr Andrzej Kozieł
Muzeum ma swoją (dla laika dość skomplikowaną w obsłudze) prezencję internetową, jak na wirtualną instytucję przystało, ale ma także bardzo namacalną postać materialną. Ta zaś znajduje się w jednej z sal Zespołu Pocysterskiego na parterze. I właśnie tam wczoraj się udaliśmy, prowadzeni przez dyrektora muzeum, dzierżącego w ręku tablet, służący do... uruchomienia całej elektronicznej maszynerii.


We wspomnianej sali niemal na środku podłogi  stoi ogromne pudło z wielgachnym ekranem, na którym wyświetla się rodzaj koła fortuny z różnymi symbolami. Kryją się pod nimi przeróżne funkcje: zwiedzanie, gry logiczne typu puzzle i memory, a także tryby zwiedzania: "monitorowy" (indywidualny) i "naścienny" (grupowy). Pod sufitem zawieszono kilka rzutników, które wyświetlają na umieszczonych przy dwóch ścianach ekranach  wysokiej rozdzielczości obrazy: panoramiczne zdjęcia wnętrz obiektów klasztornych i kościelnych, głównie oczywiście ich freskowych zdobień. I choć lista dostępnych obiektów jest długa, to i tak nie obejmuje wszystkich najistotniejszych budowli dolnośląskich: pominięto bodaj całą Kotlinę Kłodzką i jej okolice, nie znalazły się na niej na razie także niektóre istotne obiekty z dużych ośrodków miejskich Dolnego Śląska. Wszystko jednak przed nami, bowiem dyrektor Firszt poinformował nas, że ów wirtualny zbiór będzie na bieżąco uzupełniany.

Obsługa wielkiego dotykowego ekranu przypomina w zasadzie obsługę tabletu, z tym że trzeba "wyczuć" jego specyficzną czułość: czasami nie reaguje powiększenie, czasem zatnie się pomniejszanie, a zbyt szybkie przesunięcie palcami powoduje efekt szalonej karuzeli na ekranie głównym i na ekranach zawieszonych przy ścianach.
Rozdzielczość zdjęć jest znakomita: po powiększeniu widać najdrobniejsze szczegóły, łącznie ze spękaniami farb, odręcznymi adnotacjami artystów, czy pozostawionymi w tynku śladami cyrkla, którym malarze wyznaczali granice powierzchni dzieł. Mam wszakże wrażenie, że jakość rzutników nie dorównuje jakości zdjęć: na ekranie głównym wszelkie drobiazgi widoczne są wyraźnie, natomiast na zewnętrznych ekranach lekko się rozmywają. To jednak – jak sądzę – w niczym nie umniejsza wartości poznawczej, jaką oferuje nam ta ekspozycja. 



Sięgnąłem do wnętrz mi dobrze znanych: kościół Łaski w Jeleniej Górze, kościół NMP w Krzeszowie, Sala Książęca w pałacu lubiąskim – by móc porównać to, co widzi się "na żywo" z tym, co umieszczono we wnętrznościach maszyny cyfrowej. Bezsprzecznie widać w Wirtualnym Muzeum o wiele więcej detali, szczegółów, drobiazgów, niźli nawet najwprawniejszym okiem w realnych obiektach. Dotyczy to w szczególności malowideł sufitowych, które przecież – jak to w budowlach sakralnych bywa – znajdują się na znacznej wysokości. Istnieje również możliwość "wędrowania" w obiekcie, skonstruowana na podobnej zasadzie, jak w googlowym Street View: naciskamy strzałeczkę i ze środka nawy przenosimy się do prezbiterium, pod sam ołtarz. Tu możemy oglądać plan ogólny, albo poszczególne elementy/fragmenty dzieła, przybliżając je i przesuwając w prawo lub w lewo, w górę lub w dół. Niektóre ujęcia zawierają dodatkowe, szczegółowe informacje, wyświetlające się po naciśnięciu ukazującego się na ekranie dymka z literką "i". 

Nie jestem wielbicielem barokowych przepychów, ale niewątpliwie prezentacje komputerowe wciągają. I pewnie spędzilibyśmy przy konsoli wiele godzin, gdyby nie Chińczycy... Okazało się bowiem, że w mieście gości delegacja z zaprzyjaźnionego, partnerskiego miasta Chángzhōu i właśnie za chwil kilka zwiedzać będzie wyremontowany obiekt, oczywiście biorąc udział w wirtualnym pokazie. Ustąpiliśmy więc przed przeważającymi siłami przyjaciół z postanowieniem, że koniecznie trzeba tu wrócić.


Kilka wrażeń osobistych na gorąco: dobrze rozumiem ideę tego przedsięwzięcia i przekonany jestem o jej słuszności. Natomiast nie podzielam zachwytów, wyrażanych przez licznych uczestników oficjalnego (zamkniętego) otwarcia Wirtualnego Muzeum na temat funkcjonalności tego pokazu dla grup turystycznych, czy szkolnych. W Wirtualnym Muzeum Fresków odnajdzie się świetnie ten, kto ma porządne przygotowanie teoretyczne w dziedzinie (sakralnych) malowideł barokowych. Średnio zaawansowani wprawdzie otrzymują kolorową papkę dla oczu, ale przy dość skąpej informacji merytorycznej na temat obiektów i dzieł, a także natłoku szczegółów oraz prezentowanych budowli, szybko można dostać kociokwiku. Przekonany jednak jestem, że miłośnicy baroku rozkoszować się będą możliwością "przyklejenia się nosem" do malowidła, podejrzenia niedostrzegalnych w naturalnych warunkach szczegółów, wirtualnego dotknięcia tych dzieł malarskich z najmniejszej odległości. Troszkę trudniej będzie przewodnikom/nauczycielom z grupami dzieci i młodzieży: puzzle i memory to fajna zabawa, ale ekran – choć ogromny – jest tylko jeden. Przy trzydziestce dzieci szanse na udział w zabawie będą miały pewnie tylko nieliczne... 
Ze swojego podwórka przewodnickiego powiem, że wprawdzie jest Wirtualne Muzeum dużą atrakcją, ale w żadnej mierze nie da się bezboleśnie wprowadzić jego zwiedzania do i tak napiętych programów wycieczek: by "ogarnąć" całość trzeba by poświęcić przynajmniej godzinę na samą prezentację barokową (a i to wyłącznie wybranych elementów), kolejne pół godziny na zwiedzanie wnętrz klasztornych, a gdy już w pełni ruszy Muzeum Przyrodnicze – ze trzy kwadranse na obejrzenie jego zbiorów. Oby jednak zawsze "kłopotem" była nadmiar atrakcji, a nie turystyczne pustkowie...
W każdym razie do Wirtualnego Muzeum zajrzeć warto, warto też posiedzieć w nim dłużej – a gdy zorganizowane zostaną obiecywane przez dyrektora Firszta szkolenia dla przewodników i oprowadzaczy – koniecznie trzeba wziąć w nich udział. 

A nad głowami zwiedzających element fresku z jagnięciem/owieczką: myślę sobie, że Schaffgotschów ucieszyłyby zmiany, jakie w ostatnich 3 latach dokonały się w pocysterskim obiekcie: mam wrażenie, że są realizacją ich dawnych przedsięwzięć wystawienniczo-muzealnych w Cieplicach...

24.11.2013

Odnowa Dziwiszowa

Dziwiszów zna każdy, kto od strony Złotoryi wjeżdża do Kotliny Jeleniogórskiej, pokonując liczne zakręty prowadzące na przełęcz Widok (Kapella, 592 m n.p.m.) oraz równie krętą drogą z Kapelli zjeżdżający. Znają Dziwiszów amatorzy narciarstwa, niejednokrotnie przedkładający stoki Łysej Góry nad zatłoczone trasy karkonoskie. Oraz rowerzyści i wędrowcy, których trasy kaczawskie przebiegają właśnie tędy. 
My wybraliśmy się do Dziwiszowa na zaproszenie Stowarzyszenia Nasz Dziwiszów, które zorganizowało imprezę plenerowo-spacerową pod hasłem "Popieram ideę odnowy wsi dolnośląskiej"
Dość skąpe były informacje zamieszczone na plakacie, słowo "wizytacja" kojarzyło mi się nie całkiem miło, a godzina 14.00 w III dekadzie listopada to 2 godziny przed zmierzchem, więc z pewną dozą nieufności ruszaliśmy do tej podjeleniogórskiej wsi. 
Do "Koniadora" przybyliśmy krótko przed drugą, na polance wokół przygotowanego chrustu znalazło się ledwie kilka osób, nasze obawy zdawały się potwierdzać.

Pierwsze wrażenie okazało się nader mylące. Serdecznie powitani zostaliśmy przez panią Lidię Kaczmarczyk-Pałuchę, liderkę Stowarzyszenia i obdarowani żółtymi koszulkami z napisem "Popieram odnowę wsi Dziwiszów". Koszulkę otrzymała także Froda i nosiła ją z wyraźnym ukontentowaniem.
Po krótkim wprowadzeniu ruszyliśmy – całkiem sporą jednak, bo około trzydziestoosobową grupką  na spacer po wsi (w zasadzie tylko po Dziwiszowie Dolnym), odwiedzając kolejno:
Dom Ludowy  znajdujący się w budynku dawnej karczmy, zbudowanym w 1834 r. Mieści on sporą salę, wyposażoną w scenę i niewielki barek z zapleczem gastronomicznym. Dzięki zabiegom Stowarzyszenia Nasz Dziwiszów sala została wyremontowana oraz docieplona i w zamierzeniach ma służyć mieszkańcom Dziwiszowa w jak najszerszym zakresie.
Krzyż pojednania, zwany mylnie pokutnym, przy posesji nr 54.
Kościół p.w. św. Wawrzyńca – z ok. połowy XIV w., inkastelowany. W prezbiterium na ścianie ołtarzowej odsłonięty fragment polichromii figuralnej z pierwszej poł. XV w. (?). Ze wstydem przyznaję, że była to dla mnie premiera: nigdy nie miałem okazji, by zwiedzić wnętrze tego ślicznego kościółka. Ksiądz Krzysztof obdarował nas widokówkami, na odwrocie których zamieszczono krótko historię świątyni oraz życiorys jej patrona. 

Pałac w Dziwiszowie (Dolnym) – weszliśmy do stajni i przystajennej salki myśliwskiej, w której organizowane są niekiedy imprezy (ostatnio: święto Hubertusa). 
Wyremontowane i otwarte w 2009 r. Centrum Kształcenia w byłej szkole podstawowej – fajnie wyposażona świetlica ze stanowiskami komputerowymi, grami zręcznościowymi i kącikiem zabaw dla najmłodszych dzieci oraz całkiem pokaźną biblioteką. 
Stamtąd wróciliśmy do siedliska Koniador, gdzie już płonęło ognisko, a garkuchnia wydawała przepyszną zupę gulaszową, kawę i herbatę, a także kiełbaski, które można było sobie upiec w ogniu. Największą beneficjentką części gastronomicznej imprezy była – oczywiście! – Froda: dostała chyba z 5 porcji kiełbasy (niegrillowanej), a także talerz wspomnianej zupy (pikantnej, jak diabli). Mieliśmy obawy co do efektów żołądkowych takiej "diety", ale pies przetrawił wszystko bez najmniejszych problemów: widać wspaniały nastrój, panujący podczas imprezy, miał dobroczynne działanie. 
Organizatorzy rozlosowali jeszcze nagrody dla uczestników dziwiszowskiego marszu, panie policjantki, które zabezpieczały trasę przemarszu (w dużej części wzdłuż ruchliwej drogi), rozdały gadżety służące bezpieczeństwu pieszych i impreza powoli się kończyła.
My grzecznie podziękowaliśmy organizatorom i ruszyliśmy w drogę do domu. Zaś Dziwiszów, który przecież tak często odwiedzamy podczas spacerów z Frodą, stał się nam jeszcze bliższy i jeszcze lepiej znany...

28.10.2013

Dekoracja freskowa w budynku probostwa Cystersów w Jeleniej Górze-Cieplicach

Z wspomnianej w poprzednim wpisie Konferencji wykład pana dra hab. Andrzeja Kozieła, profesora w Uniwersytecie Wrocławskim, na temat słynnych już fresków. 

Dekoracja freskowa w budynku probostwa Cystersów w Jeleniej Górze-Cieplicach Śląskich Zdroju
i jej ideowa geneza


Gdy na początku 2011 roku w części budynku dawnego probostwa Cystersów w Cieplicach zostały odsłonięte spod warstwy tynku fragmenty barokowych malowideł, to wówczas jeszcze nikt nie przypuszczał jak bogata i obszerna dekoracja freskowa wnętrz została odkryta. Dopiero wykonane w maju 2011 roku badania stratygraficzne oraz zakończone w listopadzie 2012 roku kompleksowe prace nad odsłonięciem oraz konserwacją i częściową rekonstrukcją malowideł  pozwoliły na uzyskanie pełnego obrazu zdobiących wnętrza probostwa polichromii. Wówczas to ku wielkiemu zaskoczeniu badaczy i konserwatorów okazało się, że odkryta w Cieplicach dekoracja freskowa to największy zachowany zespół barokowych malowideł z XVII wieku w budynkach klasztornych na Śląsku. A przecież to, co obecnie znamy, to jedynie fragment pierwotnej dekoracji freskowej, która znajduje się pod warstwą tynku także w pozostałej części budynku pełniącej funkcję plebanii.




Dekorację freskową w północnej części budynku dawnego probostwa Cystersów w Cieplicach tworzy nie mniej niż 86 figuralnych i heraldycznych przedstawień. Składa się z ona z kilku wątków tematycznych, które na ogół są związane z poszczególnymi salami budynku dawnego probostwa. W pomieszczeniach, do których prowadziły trzy wejścia do budynku – jedno od dziedzińca w zachodniej części korytarza i dwa od wschodniej strony – zostały namalowane przedstawienia heraldyczne i patronackie. Na parterze na ścianach po obu stronach korytarza w skrzydle wschodnim, północnym i zachodnim oraz na południowej ścianie w sali w północno-wschodnim narożniku znajduje się 26 odsłoniętych przedstawień z legendy św. Bernarda z Clairvaux. Na zachodniej ścianie tej samej sali, która mogła pełnić funkcję kapitularza, wykonane zostało malowidło Adoracja Marii jako Królowej Niebios przez męskie i żeńskie zakony benedyktyńskie i cysterskie na sklepieniu namalowane przedstawienie Adoracja Trójcy Świętej przez świętych i męczenników, a na ścianie północnej ponad oknami trzy malowidła o najprawdopodobniej emblematycznym charakterze. W niewielkiej sali na parterze w środkowej części północnego skrzydła wykonanych zostało sześć owalnych figuralnych przedstawień o tematyce odnoszącej się do polowania, jedzenia i picia. W sali na parterze w północno-zachodnim narożniku, być może refektarzu, znalazło się na sklepieniu i ścianach tarczowych aż trzynaście malowideł freskowych o tylko częściowo możliwej do ustalenia tematyce. Na piętrze w pomieszczeniu w północno-wschodnim narożniku, które najprawdopodobniej pełniło funkcję kaplicy, wykonany został cykl czterech malowideł ze scenami pasyjnymi. W bogatej dekoracji freskowej w tzw. sali z balustradą, usytuowanej w środkowej części północnego skrzydła, dominują przedstawienia Trójcy Świętej. Dopełniają je sceny starotestamentowe połączone z przedstawieniami archaniołów, całopostaciowe wizerunki św. Elżbiety i św. Jadwigi oraz – znajdujące się niegdyś w osobnym pomieszczeniu – malowidła Jezus jako Zbawiciel Świata i Pogromca Szatana oraz Trójca Stworzona i Czternastu Świętych Wspomożycieli . Równie bogatą dekorację freskową otrzymała sala na piętrze w północno-zachodnim narożniku, która mogła pełnić funkcję biblioteki. Zdobi ją jedenaście figuralnych przedstawień odnoszących się do tematyki kosmologicznej, ilustrujących wątek chrystologiczny oraz ukazujących pojedyncze przedstawienia archaniołów. 

Zapisana w formie chronostychu w aż trzech inskrypcjach umieszczonych w trzech różnych pomieszczeniach w budynku probostwa data 1689  nie pozostawia wątpliwości, co do roku zakończenia prac nad malowidłami. Najprawdopodobniej rozpoczęły się one wkrótce po tym, jak sfinalizowana została przebudowa budynku probostwa po zniszczeniach spowodowanych przez pożar w 1671 roku. W swych zasadniczych zrębach trwała ona do 1684 roku, bowiem taka właśnie data widnieje na jednym z dwóch barokowych portali w zewnętrznym murze skrzydła wschodniego.

Fundatorem barokowej przebudowy budynku dawnego probostwa w Cieplicach i jego malarskiej dekoracji był ówczesny opat klasztoru Cystersów w Krzeszowie, Bernhard Rosa. Wykonanie malowideł zlecił on nie znakomitemu śląskiemu malarzowi, Michaelowi Willmannowi, który już wcześniej dla niego pracował, lecz prezentującemu o wiele niższy poziom artystyczny, nieznanemu nazwiska i imienia malarzowi z czeskiego Vrchlabí, który w tamtym czasie współpracował z krzeszowskim opactwem. Z zapisów w Księdze rachunkowej opactwa wynika bowiem, że w latach 1687–1688 „Maler von Hohenelbe” razem ze swoim synem przepracowali około 34 tygodni w ciepłych miesiącach, a więc dokładnie w sezonie wykonywania dekoracji freskowych. Opat Rosa dostarczył twórcom dekoracji także graficznych wzorców, według których wykonana została zdecydowana większość cieplickich malowideł. Były to ilustracje z opublikowanego w 1653 roku żywota św. Bernarda z Clairvaux , brewiarza Officia propria (1688) i kalwaryjskiego modlitewnika Schmerzhaffter Lieb= und Kreutz=Weeg (1682) , wydanych staraniem opata Rosy, a także cały zbiór samodzielnych grafik wykonanych lub tylko zaprojektowanych przez Willmanna.

Barokowe budynki śląskich klasztorów cysterskich w Krzeszowie, Trzebnicy, Rudach Wielkich i Jemielnicy pozbawione są w ogóle malowideł freskowych we wnętrzach. W istniejącym skrzydle klasztoru Cystersów w Kamieńcu Ząbkowickim zachował się tylko jeden plafon z wedutami dolnośląskich klasztorów cysterskich oraz kościoła w Bardzie. W nowym budynku barokowego klasztoru Cystersów w Henrykowie, wznoszonym niemalże równocześnie z przebudową cieplickiego probostwa, dekoracja freskowa wykonana została tylko w dwóch pomieszczeniach: reprezentacyjnej Sali Książęcej (zwanej obecnie Purpurową) na piętrze  oraz w sali apartamentów opata na parterze. Nawet w najbogatszym śląskim opactwie cysterskim w Lubiążu malowidła freskowe w budynku klasztornym wykonano jedynie w czterech najważniejszych salach, a w Pałacu Opata tylko w sali jadalni oraz pokojach gościnnych na piętrze. Dlaczego więc w budynku probostwa krzeszowskich cystersów w Cieplicach , które nie mało nawet statusu klasztoru, lecz tylko prepozytury, została wykonana tak bogata i obejmująca wszystkie większe pomieszczenia i korytarz dekoracja freskowa z najliczniejszym zespołem malowanych przedstawień dotyczących św. Bernarda w Środkowej Europie?

Wydaje się, że bezpośrednią przyczyną wykonania aż tak licznego zespołu malowideł we wnętrzach cieplickiego probostwa nie były względy religijne, lecz przede wszystkim propagandowe, w tle których stał spór pomiędzy klasztorem Cystersów w Krzeszowie a przedstawicielami rodu Schaffgotschów o prawo do własności cieplickiej prepozytury i związanych z nią okolicznych dóbr. Jak wiadomo, krzeszowscy cystersi zostali sprowadzeni do Cieplic przez protoplastę tego rodu, Gottharda Schaffgotscha (Gotsche Schoffa II) z Chojnika, a jego potomkowie sprawowali patronat nad cieplickim probostwem. Dobre relacje pomiędzy zakonnikami a ich cieplickimi patronami uległy pogorszeniu w okresie reformacji, kiedy to poczynając od Ulricha Schaffgotscha przedstawiciele tego rodu stali się wyznawcami luteranizmu, a krzeszowskie opactwo znalazło się w katastrofalnej sytuacji finansowej. Wówczas to, mimo sporów na tle religijnym, krzeszowscy zakonnicy byli zmuszeni zastawiać swe dobra w Cieplicach i okolicach u Schaffgotschów, którzy następnie przekazywali je w wieloletnie dzierżawy. Doszło nawet do tego, że budynek cysterskiego probostwa został oddany w dzierżawę protestanckiemu pastorowi z Cieplic, Melchiorowi Tielschowi. A ponieważ krzeszowskie opactwo było przez długie lata zadłużone i niewypłacalne, to Schaffgotschowie doprowadzili do zawarcia dwóch, zdecydowanie niekorzystnych dla krzeszowskiego klasztoru porozumień majątkowych: tzw. „Transakcji” w 1616 roku i tzw. „Punktacji” w 1664 roku, w wyniku których cystersi częściowo utracili kontrolę nad cieplickimi dobrami.

Sytuacja uległa zmianie dopiero za rządów opata Rosy, kiedy to poprawie uległ stan finansów krzeszowskiego klasztoru. Wówczas to przystąpiono do działań zmierzających do rewizji niekorzystnych porozumień i restytucji dawnego stanu majątkowego i prawnego w cieplickich dobrach. W 1682 roku opatowi Rosie udało się podważyć prawomocność ustaleń z obu porozumień zawartych z Schaffgotschami. Starania te były kontynuowane przez jego następcę, Dominicusa Geyera.

Jednym z kluczowych elementów rozpoczętej przez krzeszowskich cystersów akcji było przygotowanie odpowiedniej dokumentacji, w której podważone zostały prawa Schaffgotschów do cysterskich dóbr w Cieplicach i okolicach, które uzyskali oni w porozumieniach z 1616 i 1664 roku. Dokumentacja ta została ujęta w jeden opasły tom nazwany Codex Thermensis. Pierwsza część tego dzieła zawiera odpisy wszystkich najważniejszych aktów prawnych potwierdzających cysterskie prawa własności dóbr i probostwa w Cieplicach. Natomiast w drugiej części zamieszczone zostały drobiazgowe opisy wszystkich należących do krzeszowskich cystersów majątków w Cieplicach i okolicach opatrzone planograficznymi rysunkami. W wielostronicowych tekstach wyliczone zostały w chronologicznym porządku wszystkie prawne podstawy cysterskiej własności poszczególnych nieruchomości, przedstawiona ich majątkowa historia łącznie z nazwiskami dzierżawców, a także przytoczone ustalenia z dwóch porozumień z Schaffgotschami wraz z kwestionującą ich prawomocność argumentacją.

Co ważne, słowne opisy zostały dopełnione dodatkowymi ilustracjami oraz planszami. Jedna z nich nie pozostawia wątpliwości, co do celu powstania zbioru Codex Thermensis. Ukazuje bowiem w sposób symboliczny zakwestionowanie ustaleń Transakcji i Punktacji i przywrócenie dawnych praw cystersów do cieplickich dóbr. Bo to właśnie Gotthard Schaffgotsch z listami fundacyjnymi z 1403 i 1404 roku w ręku został przedstawiony, jak depcze leżące pod jego stopami dokumenty podpisane jako Transac / tion. / 1616. oraz Puncta / tion / 1664.

Nie ulega wątpliwości, że dekoracja freskowa , która została wykonana w salach probostwa przebudowanego wkrótce po zakwestionowaniu przez opata Rosę prawomocności obu porozumień z Schaffgotschami, miała mieć podobną wymowę. Świadczy o tym obecność przedstawień gloryfikujących zakon cystersów i krzeszowskie opactwo jako prawowitych właścicieli Cieplic. Na parterze w korytarzu w zachodnim skrzydle budynku na wschodniej ścianie nad wejściem do budynku umieszczona została rozbudowana scena Apoteozy zakonu cystersów z częściowo zatartymi inskrypcjami z tekstami bulli papieży, które dotyczyły zakonu cystersów i sankcjonowały szczególną pozycję zakonu. Po przeciwnej stronie budynku w pobliżu dwóch wejść na ścianach umieszczone zostały aż trzy malowidła freskowe o tematyce związanej z krzeszowskimi cystersami jako właścicielami probostwa w Cieplicach. Na południowej ścianie korytarza wykonane zostało przedstawienie herbu opactwa Cystersów w Krzeszowie. Na wschodniej ścianie korytarza umieszczone zostało malowidło, które mogło przedstawiać scenę dedykacyjną, na której przed Marią Dzieciątkiem przedstawiony został w pozie adoranta opat Rosa. Natomiast w skrzydle wschodnim namalowany został Maryjny herb cieplickiej prebendy.

Nie mniej istotną propagandową funkcję pełniły malowidła ukazujące sceny z legendy św. Bernarda z Clairvaux. Był on bowiem nie tylko wybitnym teologiem, mistykiem i opatem klasztoru w Clairvaux, lecz także jednym z najbardziej wpływowych ludzi w ówczesnej Europie, którego woli podporządkowywali się nawet koronowani władcy. Można rzec, że osoba św. Bernarda z Clairvaux w cieplickiej dekoracji stała się swego rodzaju symbolem szczególnej, a w pewnym sensie nawet nadrzędnej pozycji zakonu cystersów wobec władzy świeckiej. Stąd też w cyklu malowideł znalazły się wszystkie kluczowe sceny ukazujące wyższość „miodopłynnego Doktora” nad światem świeckim oraz podporządkowanie się jego woli przez możnych, a nawet także koronowanych władców, jak przykłady fundacji przez królów i książęta nowych klasztorów cysterskich „dla św. Bernarda”, świadectwa przywództwa św. Bernarda z Clairvaux nad świecką władzą, a także pokaz duchowej siły “miodopłynnego Doktora” wobec tych władców, którzy sprzeciwiali się jego woli.

Co ważne, wykonane w budynku probostwa malowidła freskowe nie były adresowane tylko do zakonników, jak miałoby to miejsce w klasztorze, lecz przede wszystkim do szerokiej rzeszy osób świeckich odwiedzających probostwo i nawet mieszkających w tym miejscu. Cieplicka prepozytura pełniła bowiem rolę zarówno plebanii dla obsługujących cieplicką parafię zakonników, jak i swego rodzaju domu uzdrowiskowego, w którym mieszkali goście leczący się w tzw. proboszczowskich łazienkach.

Bogaty zespół malowideł freskowych został stworzony dla krzeszowskich cystersów jako swoista wizualna demonstracja ich uprzywilejowanej pozycji wobec świeckich możnowładców i legitymizacja ich praw do raz już przekazanej cystersom własności. Ta propagandowa funkcja cieplickiej dekoracji freskowej wyrażała się także w ogromnej liczbie malowideł, niespotykanej w innych cysterskich klasztorach na Śląsku. Choć cieplickie malowidła zostały wykonane przez prowincjonalnego artystę ściśle według graficznych pierwowzorów, to jednak można je śmiało uznać za dzieło wyjątkowe na tle znanych nam dekoracji freskowych z 4 ćwierci XVII wieku na Śląsku.

W 1707 roku krzeszowski opat Dominicus Geyer zawarł z hrabią Johannem Antonem von Schaffgotschem układ, który definitywnie zakończył majątkowe spory, usankcjonował anulacje niekorzystnych dla krzeszowskich cystersów porozumień i na ponad wiek zabezpieczył ich własność w Cieplicach. Nie wiemy w jakim stopniu podjęta przez zakonników akcja propagandowa, której częścią było powstanie dekoracji freskowej w budynku probostwa w Cieplic, przyczyniła się do tego sukcesu. To „propagandowe zaangażowanie” cieplickich malowideł jednak sprawiło, że gdy w 1812 roku nastąpiła sekularyzacja dawnej prepozytury krzeszowskich cystersów i przejęcie jej przez przedstawicieli rodu Schaffgotschów, to dekoracja freskowa została nasiekana, całkowicie zamalowana farbą klejową i pokryta tynkiem. Bez wątpienia jednym z celów tych zabiegów było usunięcie wizualnych świadectw obecności cystersów w tym obiekcie i ich praw do jego posiadania. Paradoksalnie, działania te, niejako wbrew intencjom zleceniodawców, na dwa wieki zabezpieczyły barokowe malowidła przed zniszczeniami i dzisiaj, po ich odkryciu, odsłonięciu spod tynków i poddaniu konserwacji, na nowo głoszą one w budynku dawnej prepozytury w Cieplicach chwałę cystersów i krzeszowskiego opactwa, które – jak zapisano po jego herbem – „Dąży do słońca prosto jak orzeł / Broni odważnie jak lew, / Wspiera po ojcowsku jak pasterz.

Flagi

free counters