Ładowanie...

12.10.2015

Szrenica to Nosidło?

Przez całe lata uważałem – nie zgłębiając materii – że polska nazwa górującej nad Szklarską Porębą Szrenicy to całkiem udane tłumaczenie z niemieckiego Reifträger. Bo przecież „Reif” (lub „Raureif”) w tym języku to właśnie szron, szadź (choć są i inne znaczenia tego słowa, tutaj nieistotne). Niemiecki Duden podaje takie oto objaśnienie słowa Reif: „Niederschlag, der sich in Bodennähe, besonders auf Zweigen, und am Erdboden in Form von feinen schuppen-, feder- oder nadelförmigen Eiskristallen abgesetzt hat” („opad, osadzający się przy gruncie, w szczególności na gałęziach i ziemi, w formie kryształków lodu pod postacią drobnych łusek, piórek lub igiełek”). 

Po lekturze artykułu niejakiego Roberta Cogho (porucznika w stanie spoczynku), który ukazał się w periodyku „Wanderer im Riesengebirge” (nr 138 z 1 czerwca 1893 r.) nie mam już pewności co do niemieckiej etymologii nazwy liczącej sobie 1362 m góry. W tekście tym czytamy między innymi:

Dürfte doch auch der dominierendste Berg in jener Gegend, der Reifträger, seinen Namen den Walen verdanken, welche in alten Schriften öfters: 'Welsche Terminirer und Reff- oder Reef-Träger genannt worden' [„Reff“ ist noch heute in manchen Gegenden der Ausdruck für „Kraxe“ oder „Hucke“].
(Być może również dominująca w tej okolicy góra, Reifträger (Szrenica), zawdzięcza swoją nazwę Walonom, którzy w dawnych dokumentach często zwani byli „uczniami walońskimi i tragarzami nosidełek”.)

Wyjaśnia Cogho następnie, że słowo „Reff” do dzisiaj (to jest: do jego czasów, ale także do czasów nam współczesnych) oznacza nosidło drewniane, zakładane na plecy; w niemieckim: „Kraxe” lub „Hucke”. We wspomnianym Dudenie czytamy pod hasłem „Kraxe”: [mittelhochdeutsch kräxe, krechse, Herkunft ungeklärt] (österreichisch, sonst landschaftlich) Rückentragkorb [średnio-wysokoniemiecki kräxe, krechse, pochodzenie niejasne] (austriackie lub regionalne) kosz noszony na plecach]. Natomiast „Hucke” oznacza „ciężar noszony na plecach” (także w sensie przenośnym).

"Reff", albo Rückenkraxe  


Czesi zwą Szrenicę „Jínonoš”.

Nie, nie postuluję zmiany pięknej nazwy „Szrenica” na „Nosidło”. Podaję te informację, bo ciekawa mi się wydała, a i dla wielbicieli walońskich legend i obyczajów może być przydatna. 

12.09.2015

Powiastka o Promenadzie



Promenade (1863-1933), Adolf-Hitler-Straße (1933-1945), Al. Wolności (1945-1949), Al. 15 Grudnia (1949-1993), ulica Bankowa (od 1993 r.)


Tylko nieliczni spośród przesiadujących na ławeczkach promenady przy ulicy o tej właśnie nazwie (od 1933 r.: Adolf-Hitler-Straße), czy spośród klientów wielu banków, które obrały sobie te ulice za siedzibę, zdają sobie sprawę, że jeszcze przed 72 laty w miejscu tej ulicy rozciągała się szeroka fosa z dwoma obwałowaniami, po których wieczorami spacerowali jeleniogórzanie. Od strony ulic Schulstraße (ul. Szkolna) i Herrenstraße (ul. Krótka) w kierunku przedmieść wiodły dwie wąskie kładki, przerzucone nad fosą. 

Wprawdzie historia samej ulicy nie jest długa, ale teren, przez który obecnie wiedzie, odgrywał w historii miasta zawsze istotną rolę. Umocnienia Jeleniej Góry przed 600 laty składały się z podwójnego muru, okalającego całe miasto, z bastejami i wieżami i szerokiej na 20-25 łokci i głębokiej na 8-10 łokci fosy, tylko w części wypełnionej wodą. Fosa ta ciągnęła się od Bramy Wojanowskiej obok Bramy Ulicy Długiej aż po Bramę Zamkową, a stamtąd – pod nazwą „Hirschgraben” (Jelenia Fosa) – z powrotem do Bramy Wojanowskiej. I właśnie na odcinku byłej fosy powstała Promenada. Wszystko, co leżało dalej, należało albo do przedmieścia Schützengasse (dziś: ul. Piłsudskiego), albo do Przedmieścia Przed Bramą Ulicy Długiej. 28 kwietnia 1856 r. rozpoczęło się wyburzanie murów miejskich, a gruz wykorzystano do zasypania fosy. Roboty jednak ślimaczyły się. Dopiero po uzyskaniu ministerialnej zgody na usunięcie całości murów miejskich – z wyjątkiem Bramy Wojanowskiej i Bramy Ulicy Długiej – wreszcie w całości zasypano fosę, a roboty zakończyły się w 1863 roku. W tym samym roku sprzedany został niegdysiejszy ogród proboszcza, leżący wówczas u wlotu nowopowstałej ulicy.
Pierwsze budynki na tym terenie wybudowali adwokat Aschenborn, restaurator Ungebauer oraz miasto, które wzniosło szkołę. Na początku ulicy ciągle jeszcze zachował się domek klucznika bramnego, który rozebrano w 1868 r. Podczas wytyczania ulicy, z jej lewej strony na byłym wale utworzono dzisiejszą promenadę. Prawą stronę ograniczały niezbyt urodziwe oficyny budynków przy Schildauer Straße (ul. 1 Maja), przy których znajdowały się ogródki – w tym czasie w większości w niezbyt dobrym stanie, służąc przeważnie jako graciarnie. Rosnący ruch spowodował ich likwidację przez miast – pozostały jedynie ogródki po lewej stronie. Z biegiem lat oficyny przebudowano lub w ich miejsce wzniesiono nowe budynki. Po prawej stronie znajdowała się popularna wówczas restauracja „Zum hohen Rad” (Pod Wielkim Szyszakiem) z przepiękną drewnianą werandą, w której nieustannie panował gwar. Restauracja jednak upadła, jej miejsce zajęła jeleniogórska filia Schlesische Landesgenossenschaftsbank Raiffeisen (Śląskiego Krajowego Banku Spółdzielczego Reiffeisen).


W miejscu, gdzie mieści się dzisiaj siedziba Deutsche Bank, znajdował się budynek o wąskiej, ostro zakończonej ścianie szczytowej z piekarnią, zaś w domu, w którym dziś urzęduje szklarz do niedawna działała przytulna knajpka. Kto zaszedł do „Papy Berndta”, czy do „Pielki” – nie żałował: miał okazję wygrać w kości kwotę swojego rachunki, bowiem schodzili się tu licznie gracze. Również przed salą koncertową znajdowała się ładna weranda. W dolnych pomieszczeniach pod salą, pełniącą również funkcję jeleniogórskiego teatru, znajdował się zakład rymarski i warsztat, w którym malowano wyroby znanej, wielkiej firmy szklarskiej z Jeleniej Góry. W późniejszych latach powstała tu Wiener Café (Kawiarnia Wiedeńska).

Obok sali koncertowej, gdzie dziś wznosi się potężny budynek Kreissparkasse (Powiatowej Kasy Oszczędnościowej) i Kommunalbank (Banku Komunalnego), niegdyś stały dwa małe domki, w których dwaj jeleniogórscy mieszczanie prowadzili sklepy z artykułami kolonialnymi i tekstyliami. Jednak wskutek ekspansji instytucji finansowej postanowiono wykupić owe działki budowlane, wyburzyć budynki i wznieść dzisiejszą, imponującą budowlę. Obok stoi potężny gmach największego niegdyś jeleniogórskiego hotelu, Preußischer Hof (Dwór Pruski), w którym w latach 80. [XIX w. – przyp. mój] wybuchł pożar, wskutek którego liczni pracownicy ponieśli śmierć lub odnieśli obrażenia, skacząc z pomieszczeń na poddaszu. Ta tragedia przyczyniła się do zakupu przez jeleniogórską straż pożarną plandeki ratowniczej. Do „Preußischer Hof” przyjeżdżali często wytworni i ważni goście: nocował tu również książę Heinrich, brat cesarza Wilhelma II, gdy pewnej zimy wyruszył z Jeleniej Góry w Karkonosze i z Petersbaude (Petrovka) zjeżdżał w dół saniami rogatymi. Po zamknięciu hotelu w budynku mieściła się Izba Handlowa oraz Bund der niederschlesischen Industriellen (Zrzeszenie Przemysłowców Dolnośląskich). Dolna sala hotelu, przepięknie zdobiona sztukaterią, jest dziś siedzibą Verkehrsverein Hirschberg (Jeleniogórskiego Automobilklubu). W ostatnim dziesięcioleciu dwukrotnie próbowano wskrzesić działalność gastronomiczną, jednak bez powodzenia. W pomieszczeniach na wyższych piętrach mieszczą się biura Jeleniogórskiej Hirschberger Volksbibliothek (Biblioteki Ludowej) oraz powiatowych władz NSDAP. „Preußischer Hof” odegrał również ważką rolę w historii „Beobachtera”: w najtrudniejszych czasach dla gazety to tu znajdowały się pomieszczenia wydawnictwa i redakcji, w których częstokroć pracowano całymi nocami na rzecz krzewienia idei narodowego socjalizmu, aż po dzień zwycięstwa, kiedy to „Beobachter” mógł przeprowadzić się do własnego budynku. Właściciel działki budowlanej, Śląska Centrala Przemysłowa, musiała wówczas zapłacić podwyższoną o 300 marek składkę ubezpieczeniową, chroniącą przed stratami z powodu wybitych podczas zamieszek szyb. To też znak ówczesnych czasów [cóż, tekst pisany jest w roku 1935, a nie zamierzam w tłumaczeniu stosować cenzury – przyp. tłum.].
W dolnej części Promenady po jej prawej stronie, widać jeszcze gdzieniegdzie oficyny domów przy Herren- und Dunklen Burgstraße (ulic Krótkiej i Grodzkiej). Tu stały niegdyś pozostałości bastionu, które zostały niestety zburzone, albowiem Magistrat – wbrew uchwale rajców miejskich – odmówił przyznania środków na utrzymanie tego historycznie wartościowego obiektu.  Przy dolnej Promenadzie znajduje się także otwarta w 1902, a wzniesiona wspólnym sumptem przez Zrzeszenie Łaźni ludowych i miasto łaźnia, w której za 10 fenigów można było wziąć gorącą kąpiel. W czasach wielkiej inflacji łaźnia upadła, a budynek zamieniono na mieszkania dla bezdomnych. Na końcu Promenady znajdują się budynki, będące częścią dawnych ufortyfikowań miejskich. Stodoła, która w znacznym stopniu ogranicza ruch w kierunku Greiffenberger Straße [ul. Sobieskiego], będzie musiała wkrótce zniknąć, zresztą cała dolna Promenada zmieni niebawem wygląd – właśnie ze względu na rosnący ruch drogowy. 
Po lewej stronie w oczy rzuca się najpierw niegdysiejszy „Kaiserhof” („Cesarski dwór”), hotel o dobrej renomie, w którym przez pewien czas mieściło się również kasyno oficerskie batalionu jegrów. W bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się obecnie Reichsbank, w budynku którego mieściła się niegdyś hurtownia piwa z uczęszczanym chętnie przejściem do Schützenstraße (ul. Piłsudskiego). Zanim Reichsbank nabył ten obiekt, korzystał z pomieszczeń przy Schmiedeberger Straße (ul. Sudecka). Przed budynkiem banku, na terenie zielonym, stoi pomnik ofiar wojennych z Germanią. Pierwotnie znajdował się nieco dalej, przeniesiony został, gdy Schmiedebreger Straße doprowadzona została do Promenady, zastępując dawną drogę prywatną. Pomnik odsłonięto 2 września 1874 r. Stojąca na kamiennym cokole postać Germanii – niezbyt udana artystycznie – pochodzi z ówczesnej produkcji masowej berlińskiej odlewni cynku. Pomnik kosztował 3500 marek. 
To już rok 1963
Po lewej stronie, tuż przy Schmiedeberger Straße, wznosi się budynek, należący obecnie do Buhtza, dawny dom mieszczański z ogrodem „przed Bramą”. Ta elegancka budowla w stylu barokowym oraz należący do niej ogród objęty jest ochroną zabytkową. Dom bankowy Eichhorna należał niegdyś do wielce zasłużonego dla Jeleniej Góry bankiera i prezesa Izby Handlowej Sattiga. Budynek, w którym mieści się dzisiaj Dresdener Bank, wybudował powszechnie ceniony radca sanitarny dr Riemann, do którego spadkobierców należy dziś m. in. Samuel Opitz. Za Warmbrunner Platz (Plac Niepodległości) jeszcze do połowy XIX w. znajdowały się liczne piękne ogrody – wyjątkowa ozdoba Jeleniej Góry. Największy i najbogatszy z nich należał niegdyś do rodu von Buchsów (dzisiaj mieści ogrodnictwo Weinholda). Znajdował się on tuż przed Bramą Ulicy Długiej i, obok istniejącego do dziś domu ogrodowego z wartościowymi malowidłami, dysponował kilkoma bogato obsadzonymi szklarniami i oranżerią. Po śmierci ostatniego członka rodu von Buchsów obiekty te przeniesione zostały do Poczdamu i do dziś mają zdobić park Sanssouci. W domu ogrodowym znajdował się również gabinet sztuk, ze zgromadzonymi tam cennymi instrumentami fizycznymi i matematycznymi oraz maszynami. Dolna część Promenady była niegdyś równie zielona, co górna. Dziś pozostały jedynie drzewa. Gdy wzrastający ruch wymusił przeniesienie z Rynku cotygodniowego targu, nową lokalizację znalazł on właśnie na dolnej Promenadzie. 


Na podstawie: »Was Straßen erzählen… Ein Streifzug durch Alt-Hirschberg« von Paul Lenich. 1935.
Aus dem Beobachter im Iser- und Riesengebirge; Hirschberg i. Rsgb.

10.09.2015

200. rocznica urodzin Fryderyka Wilhelma hrabiego von Reden (Bukowiec)

Wprawdzie nie umieściłem go w swoim »kalendarium nadchodzących wydarzeń« w rubryce: »KONIECZNIE!«, ale całe przedsięwzięcie przezacnie się zapowiada. Kto więc czas znajdzie – niech rusza do Bukowca 19 i 20 września. Bardzo ciekawie zapowiada się bowiem wystawa Nowego Młyna "Czas i przestrzeń". To jednak moja osobista sugestia, bo innych interesujących wydarzeń naprawdę sporo.



08.09.2015

Z dziejów ulicy Długiej (Langstraße, Lange Straße, Helmut-Brueckner-Strasse)

Ulica Długa (Langstraße) zawsze odgrywała w dziejach jeleniogórskich istotną rolę: wiodła z Rynku prosto do Bramy Ulicy Długiej, o którą podczas licznych oblężeń miasta toczyły się zacięte walki. Jest jedną z najstarszych wytyczonych arterii miejskich, a jej nazwę znajdujemy już w kronikach z XVI w. Jaka jest jednak geneza takiej nazwy dla relatywnie krótkiej przecież uliczki – trudno dziś stwierdzić. Podobnie jak dzisiaj, Langstraße miała charakter ulicy handlowej o zwartej zabudowie. Już w połowie XVIII w. znajdowały się tu 24 budynki, w których prowadzono działalność z najróżniejszych branż. Rezydowało tu m. in. sześciu piekarzy, siedmiu kupców, trzech rzeźników, dwóch szewców i kuśnierz. 




Uliczka kończyła się niegdyś Bramą Ulicy Długiej (Langgassen-Tor) z nietypową wieżą, węższą na dole i szerszą u góry, która z tego właśnie powodu na kilka stuleci stała się symbolem Jeleniej Góry.  Przed bramą, po drugiej stronie murów i fosy miejskiej, rozciągało się spore przedmieście, zwane – jakżeby inaczej – „Przedmieściem przed Bramą Ulicy Długiej” (Vor dem Langgassen-Tor). Nazwy tej używano aż do 1850 r.
Brama oparła się licznym atakom na miasto. Przed ponad pięciuset laty powstrzymała najazd Husytów, którzy – nie mogąc wkroczyć do miasta – wycofali się, podpalając jednak liczne budynki na przedmieściach. Podczas wielkiej pożogi w 1564 r. spłonęły wszystkie domy, stojące wzdłuż ulicy Długiej. Zacięte walki o bramę trwały podczas wojny trzydziestoletniej. W 1633 r. rajtarzy sascy pod dowództwem pułkownika Weißbacha wdarli się tędy do miasta i zagrozili jego spaleniem. Wycofując się, zabrali wszystkie muszkiety, armaty, najlepsze powozy i konie. Z uzbrojenia ostało się wyłącznie to, co zdołał ukryć mieszkający w pobliżu Bramy Ulicy Długiej piekarz Hülse, w tym 50 flint. 





W 1634 r. przed bramą stanął liczący 2000 żołnierzy oddział wojsk cesarskich, żądając wstępu do miasta. Po stanowczej odmowie rozpoczął się ostrzał bramy i próba sforsowania jej przy pomocy drabin. Gdy i to nie przyniosło skutku, cesarscy podpalili położony przed bramą folwark. Rada miasta wydała rozkaz strzelania do najeźdźców. Ci wycofali się w okolice Bramy Zamkowej (Burgtor) i odpowiadając na ostrzał, podłożyli ogień w całym przedmieściu. Spłonęły wówczas niemal wszystkie domy mieszkalne i 51 stodół. 
Ponowne oblężenie Jeleniej Góry miało miejsce pod koniec 1640 r. – wówczas na ulicę Długą spadło wiele granatów, wyrządzając spore szkody. Brama Ulicy Długiej posiadała podówczas dwa mosty zwodzone, a po prawej stronie chroniły ją wysokie szańce. Szczególnie intensywna była bitwa, która miała miejsce w tym samym roku. Na miasto napadł szwedzki pułkownik Thurn na czele 700 konnych i pieszych i zażądał poddania miasta przez stacjonujące w nim wojska cesarskie. Gdy spotkał się ze zdecydowaną odmową, 5 stycznia 1641 r. wydał 400 swoim żołnierzom rozkaz szturmu na bramę. Cesarscy, wspomagani przez mieszkańców, bronili się dzielnie i atak udało się odeprzeć, mimo ciężkiego ostrzału z armat i obrzuceniu granatami ręcznymi. Po bitwie w fosie znaleziono ciała pułkownika Thurna, 10 innych oficerów i 30 zwykłych żołnierzy. Obrońcy stracili w bitwie jednego mieszczanina i dwóch żołnierzy. W kolejnych latach wojny u wrót Bramy Ulicy Długiej na przemian stawały oddziały cesarskie, szwedzkie i maruderzy, aż wreszcie nastał pokój, który uroczyście fetowano w Jeleniej Górze w 1650 r. 

W 1863 r. na ulicy Długiej znów szalały pożary: spłonęła istniejąca już wówczas na Rynku gospoda „Zum goldenen Löwen” (Pod Złotym Lwem) wraz z dwoma budynkami, a ogień objął również ulicę Długą, niszcząc kilka domów po jej lewej stronie. W czasie wojen śląskich ulica nie ucierpiała: tylko raz, w 1745 r., rabusie z oddziałów Franquiniego rozszabrowali znajdujące się tu sklepy. Brama z czasem utraciła swoje znaczenie obronne, jednak trwała nadal. W 1766 roku wykonano nawet prace remontowe i dobudowano nowe skrzydło, a strażnicę wraz ze szlabanem przeniesiono na zewnątrz. Do 1826 r. bramę zamykano na noc. I dopiero w 1837 r. brama została rozebrana, a wyjazd ze starego miasta poszerzony. 

Tymczasem zabudowano także teren przed bramą, dzisiejszy Warmbrunner Platz [dziś: Plac Niepodległości]. Jeszcze w roku 1855 mieściła się tam kuźnia Weinholda. Zburzenie murów miejskich, zasypanie fosy miejskiej oraz wypełnienie ciągle jeszcze istniejącego podpiwniczenia Bramy Ulicy Długiej nastąpiło w 1856 r. i dzięki temu Warmbrunner Platz uzyskał wąskie dosyć połączenie z ulicą Długą. Okolica zatraciła swój przedmiejski charakter, a i na ulicy Długiej powstały liczne nowe budynki, zaś stare zostały zmodernizowane, co wyraźnie odmieniło jej oblicze. Niezmieniona przez ostatnie 200 lat pozostała długa fasada dzisiejszego domu Wendenburga. 

Ostatni budynek o ostrym szczycie na rogu Langstraße – Promenade (ul. Długa – pl. Wyszyńskiego) musiał ustąpić w latach 90. XIX w. nowej konstrukcji, w której mieści się kawiarnia Lüder. W miejscu niegdysiejszego sklepu papierniczego Kleina na rogu Langstraße i Herrenstraße (róg ul. Długiej i Krótkiej), również w tym czasie, wzniesiono nowoczesny dom handlowy. Narożny budynek stojący na przeciwko, niegdyś wytworny dom mieszczański, zachował swój charakter, z wyjątkiem mieszczących się na parterze powierzchni handlowych. Interesujący jest budynek oznaczony numerem 21, w którym mieści się najstarsza apteka jeleniogórska, Adler-Apotheke (Apteka pod Orłem). Już w 1674 r. „burmistrz i rajcy cesarsko-królewskiego miasta Jelenia Góra” nadali przywilej aptekarski „szacownemu i uzdolnionemu panu Baltzerowi Hübnerowi”. Jego apteka mieściła się pierwotnie w ratuszu, ale prawdopodobnie po zawaleniu się części ratusza w 1739 r. została przeniesiona na ulice Długą. Przywilej powyższy w 1675 r. potwierdził cesarz Leopold I. W 1678 r. Hübner sprzedał aptekę niejakiemu Albertowi Hotzhauserowi, który – by dać odpór wszelkim intrygantom – zwrócił się w 1703 roku do cesarza Leopolda o ponowne potwierdzenie przywileju aptecznego. 
W 1832 r. ówczesny aptekarz Johann Christian Friedrich Tschörtner zbył aptekę przy ul. Długiej na rzecz swojego zięcia, aptekarza Dausela, skoligowanego z jej obecnym właścicielem. W późniejszych latach dwie apteki (pod Orłem i pod Jeleniem) na podstawie wspomnianego przywileju prowadzili Karl Großmann i Hermann Dunkel. Gdy w 1876 władze naciskały na utworzenie drugiej apteki w mieście, prawo do Apteki pod Orłem w wyniku losowania uzyskała rodzina Roehr, a do apteki pod Jeleniem przy ówczesnej Bahnhofstraße (dziś: ul. 1. Maja) – rodzina Dunkel.

I choć w ostatnich 30 latach sporo zmieniło się na ulicy Długiej, to liczne ocalałe wciąż szczyty domów również dzisiaj spoglądają na tętniący życiem pasaż, przypominając minione czasy – i jedynie po Bramie Ulicy Długiej nie pozostał już żaden ślad. 


Na podstawie: »Was Straßen erzählen… Ein Streifzug durch Alt-Hirschberg« von Paul Lenich. 1935.
Aus dem Beobachter im Iser- und Riesengebirge Hirschberg i. Rsgb.

O historii ulicy Długiej także w JELONCE

07.09.2015

Co mogłaby opowiedzieć Schildauer Straße (ul. 1 Maja)

Przebieg Schildauer Strasse (od dworca do Rynku; już pod nazwą Bahnhof-Straße); mapa z lat 30. XX w.
Ach, gdyby potrafiła mówić! Jej historia jest równie długa, jak historia miasta Jelenia Góra. I podobnie jak współcześnie, również przed ponad ośmiu stuleciami stanowiła najważniejszą drogę komunikacyjną, prowadzącą do samego środka miasta, do Rynku. Swoją nazwę wzięła (i zachowała do dzisiaj) od wioski Schildau (Wojanów), do której wiodło jej przedłużenie, zwane „Äußere Schildauer Gasse“, [Zewnętrzna Ulica Wojanowska], przemianowane w czasach późniejszych najpierw na Bahnhofstraße, a następnie na von-Hindenburg-Straße [dzisiaj: ulice Konopnickiej i 1. Maja]. „Innere Schildauer Gasse“ [Wewnętrzna Ulica Wojanowska] swój bieg zaczynała przy Kirchstraße [dzisiaj: ul. Boczna], opodal budynku wydawnictwa „Beobachtera”, a kończyła przy Bramie Wojanowskiej i wieży, stanowiącej dziś element architektoniczny kościoła św. Anny.

Brama Wojanowska i Schildauer Gasse ok. 1830 r. Fot. z portalu Fotopolska.eu
U wylotu Schildauer Straße stała niegdyś Brama Wojanowska, którą po zasypaniu fosy miejskiej w 1867 r. przeniesiono do koszar Waldersee [dzisiaj: Zespół Szkół Technicznych „Mechanik“]. Pierwotnie miała całkiem inny kształt. Obecną postać uzyskała w latach 1759-1763. Jeszcze w połowie XVI w. tuż przed Bramą Wojanowską znajdował się cmentarz.
Brama Wojanowska przed koszarami Waldersee (około 1900 r.). Fot. z portalu Fotopolska.eu
W kronikach czytamy, że w 1546 r., w następna niedzielę po IV niedzieli wielkiego postu, rada miasta nabyła od Martina Tielscha za kwotę 200 marek ogród przed Bramą Wojanowską z przeznaczeniem na cmentarz publiczny. Podczas wojny trzydziestoletniej cmentarz ten zamknięto, a teren przekazano do użytku każdorazowego proboszcza miejskiego.  Przy rozbudowie miasta, rozpoczętej w 1862 r., miasto ponownie odkupiło ogród i stanęły na nim budynki. Szczątki pochowanych tu ludzi przeniesiono na cmentarz przy kościele św. Ducha przy ówczesnej Warmbrunner Gasse [dzisiaj: ul. Wolności].

Równie interesującą historię, co Schildauer Straße, miałaby do opowiedzenia sama Brama Wojanowska. Jej kształt i forma ulegały zmianom. W 1486 r., w dniu św. Barbary, zawaliła się wieża bramna, grzebiąc pięć osób. W 1596 r. wieża otrzymała podwójna kopułę oraz dzwon, wybijający pełne godziny, obsługiwany przez zatrudnionego w tym celu wieżowego. Ważna rolę odegrała wieża podczas wojny trzydziestoletniej, podczas której toczyły się o nią i o całą bramę zaciekłe walki. 
Ucierpiała przy tym oczywiście cała Schildauer Straße. Podczas oblężenia Jeleniej Góry, 22 lipca 1640 r., wieża ostrzelana została wielkimi kulami armatnimi, a jedna z nich roztrzaskała zegar godzinowy. Tego samego roku, 7 września, Szwedzi zdobyli zabezpieczoną szańcami bramę i zajęli miasto. Podczas ostrzału poprzedzającego szturm, na Schildauer Straße zabici zostali dwaj chłopcy, staruszka, szewc oraz wojskowy koń. Szwedzi zagrozili mieszkańcom podpaleniem miasta, czego zresztą mieszkańcy, którzy zawsze dzielnie bronili Bramy Wojanowskiej, doznawali wielokrotnie. Kronikarz miejski wspomina również niezwykłe wydarzenie z roku 1633, kiedy to na wieży Bramy Wojanowskiej zawisła zmumifikowana głowa Turka, którą pewien mieszkaniec Jeleniej Góry zakupił za 100 guldenów podczas wyprawy wojennej przeciwko Turkom. 

Zanim Schildauer Straße uzyskała dzisiejszy wygląd, nawiedzana była przez liczne ciężkie pożary, co – przy ówczesnym charakterze zabudowy – nie było zaskakujące. Większość domów zbudowanych było z drewna i pokrytych słomą, a dodatkowo po obu stronach ulicy stały niezliczone szopy i stodoły. I tak 20 lipca 1590 r. kronikarz zanotował, że u Pankratiusa Wolfa przy Schildauer Gasse wybuchł pożar, który błyskawicznie objął sąsiednie budynki, trawiąc doszczętnie dziesięć domów i dziewięć stodół. Podczas wielkiego pożaru miasta, który nawiedził Jelenią Górę 18 maja 1594 r., cała Schildauer Gasse obróciła się w popiół. Ogień, którego zarzewie znajdowało się w dzisiejszym budynku Schultza-Völkera, oszczędził jedynie [położone za murami miejskimi] przedmieścia, kościół katolicki i zbrojownię. Stara lwówecka kronika mówi, że w mieście nie zostało nawet tyle drewna, by ugotować na nim potrawę z ryby. Podczas pożaru zginęło wielu młodych i starszych ludzi. Do dziś o kataklizmie tym przypomina niewielka tabliczka na bocznej fasadzie budynku „Beobachtera”. 

Również kolejny wielki pożar miasta, który szalał w Jeleniej Górze 30 maja 1616 r., nie oszczędził Schildauer Straße. A gdy w latach 1625-1633 ponad 2500 jeleniogórzan zmarło na zarazę, opustoszała również Schildauer Straße, albowiem wśród ofiar było wielu jej mieszkańców. Czarnym dniem dla naszej ulicy był także 19 lipca 1634 r.: oddziały Wallensteina po raz kolejny najechały miasto, podpalając budynki stojące przed Bramą Wojanowską. Następnie miasto zostało ostrzelane z armat, ucierpiała spora część Jeleniej Góry, a najbardziej – Schildauer Straße i jej brama: wszystkie miejskie wieże runęły, kulom armatnim oparło się jedynie sklepienie kościoła parafialnego. Doszczętnie spłonęły kościoły św. Marii i św. Ducha, 3 domy opieki, 341 domów i 51 stodół. W płomieniach zginęło 36 ludzi i ponad 2000 sztuk bydła. Podziwiać należy więc mieszkańców miasta, którzy po każdej pożodze odnajdowali siłę, by odbudować swoje miasto. 5 maja 1660 r. na Schildauer Straße ponownie wybuchł pożar, trawiąc sześć budynków. Od tego czasu miasto uniknęło większych pożarów. W 1711 r. poczęto zabudowywać Schildauer Straße „bardziej okazałymi budynkami”, jak napisał kronikarz. Kościół św. Anny, który spłonął doszczętnie w 1634 r., został odbudowany i 26 lipca 1716 r. poświęcony. W 1731 r. Schildauer Gasse otrzymała pierwsze oświetlenie w formie trójkątnych drewnianych latarni. 

Jelenia Góra znalazła się tymczasem pod panowaniem pruskim, otrzymując niejako drugie życie. Z Przedmiejska ulica przekształciła sie w pasaż handlowy: i tak w 1759 r. pośród 29 właścicieli domów znajduje się: ośmiu kupców, jeden drukarz książek, pięciu piekarzy, tylko jeden rzeźnik, dwóch tokarzy, jeden guzikarz, jeden cukiernik, dwóch odlewaczy cyny, jeden krawiec, jeden aptekarz, jeden bednarz i jeden szewc. Dla Schildauer Straße całkiem nowe czasy zaczęły się w latach 1856, gdy zasypano fosę miejską i 1862, gdy zburzono mury miejskie. A gdy w 1867 rozebrano Bramę Wojanowską, całkowicie zmienił się wizualny charakter ulicy. Jako kuriozum potraktować można fakt, że jeszcze w 1856 roku wieżowy w dalszym ciągu wybijał upływające godziny, uderzając młotkiem w dzwon. Wieżowy zajmował niewielki domek, na miejscu którego dzisiaj stoi dom Zelderów. 

Dzisiaj Schildauer Straße należy – obok von-Hindenburg- [ulice Konopnickiej i 1. Maja] i Langstraße [ul. Długa] – do najważniejszych ulic handlowych i arterii komunikacyjnych Jeleniej Góry. Długie lata upłynęły, nim to nastąpiło. Do dziś na wąską ulicę spoglądają stare szczyty domów, wspominając dane czasy. Jednak na dole, w sklepach i kawiarniach, tętni życie i nic już nie wskazuje na tragedie i kataklizmy, które stały się udziałem niegdysiejszych mieszkańców tej ulicy.

Na podstawie: »Was Straßen erzählen… Ein Streifzug durch Alt-Hirschberg« von Paul Lenich. 1935.
Aus dem Beobachter im Iser- und Riesengebirge Hirschberg i. Rsgb. 

23.08.2015

Spacerek do wnętrza Śnieżnych Kotłów

Przyznaję: w Karkonosze chodzę niechętnie, szczególnie w letnie weekendy i do tego z psem. Bo tłum ludzi (a to już końcówka wakacji, więc tłum wzmożony), bo idiotyczne (w porównaniu z czeskimi) przepisy KPN-u w kwestii prowadzania psa na terenie Parku (ale także innych narodowo-parkowych przepisów, które najwyraźniej prowadzić nas mają do Raju do Raja). 
Postanowiliśmy jednak wybrać się (z psem oczywiście) w Śnieżne Kotły, wypada przecież poznać nowo wytyczone przebiegi szlaków, a tak stało się właśnie w Śnieżnych ze szlakiem zielonym. Podjechaliśmy więc do Jagniątkowa; na wielkim, pustawym parkingu porzuciliśmy blaszaka na kołach – i jazda, ku Paciorkom (1050 m) i Rozdrożu pod Śmielcem (1127 m). Nudne i długaśne podejście szlakiem niebieskim z Jagniątkowa wzdłuż potoku Schneegrubenwasser (z niewiadomych mi powodów zwanym po polsku Wrzosówką) dało mi w kość: nie te plecy, co kiedyś (i nie o protekcji piszę). Przyznać trzeba, że sporo robót, związanych z utwardzeniem podłoża (i utrzymaniu ruchu wędrownego w granicach drogi) poczyniono na szlaku. Pierwszy "betoniarz" Karkonoszy, Hugo Seydel, byłby dumny. Postój uczyniliśmy na wysokości Paciorków, których obecnie już ze szlaku nie widać (drzewa wyrosły, krzewy wykrzewiły, zasłaniając te formacje skalne). Wprawdzie na swoich własnych stronach internetowych KPN zachwala widok z Paciorków, no ale jak to tak? Ze szlaku schodzić w parku narodowym? Skały dziewicze Rajowi buciorami brudzić? No, nie wypada... (idiotyzmów w przepisach i działaniu KPN-u jest tyle, że bloga by mi nie starczyło na ich opisywanie...).
Dodrapawszy się do Rozdroża pod Śmielcem, skręciliśmy ku Wielkiemu Kotłowi. Ruch turystyczny gęstniał (dobrze!), prowadzenie psa na smyczy stało się niewykonalne (źle? Wcale nie!). W każdym razie cieszy to, że jeszcze trwa duch wędrowny w narodzie, nie tylko w tym mocno dorosłym: sporo młodzieży na szlakach, w miarę zdyscyplinowanej turystycznie, dużo włóczykijów z Czech (z psami bez smyczy, jak to jest przyjęte w KRNAP).
Kotłów z dołu opisać nie sposób – to natury piękna uosobienie; natury groźnej i pięknej zarazem: przyroda żywa i nieożywiona, dywany kosodrzewiny i strome ściany skalne, potoczki (z Niedźwiadkiem i źródłami Szklarki - Kochel) i przepiękny Stawek Śnieżny (Kochelteichel – nazwa nawiązuje właśnie do niemieckiej nazwy Szklarki). Nad Stawkiem poczyniliśmy przerwę – pośród sporych tłumów, które z tą samą ideą tu dotarły. Zaraz za Stawkiem zaczyna się nowo wytrasowany szlak zielony: widać wysiłek, widać starania, ba: nawet szlak widać (wyraźne znaki, wymalowane trwałą farbką). Wąsko dość, ale wygodnie, przypuszczam, że intencją KPN-u było wyprowadzenie ruchu turystycznego z dna Małego Kotła (Kleine Schneegrube). A dalej już tradycyjnie: przez Gehangweg (Ścieżka nad Reglami) do Schroniska pod Łabskim. Tu nawet nie przystanęliśmy: tłum kłębił się nieprzebrany, o miejscu siedzącym przy stołach nie było co marzyć, nawet miejsca stojące były zajęte. Postanowiliśmy przenieść przerwę spożywczą nad Bystry Potok (Oberkochel) przy szlaku czerwonym, gdzie o wiele piękniej, a i pies mógł pozanurzać się w krystalicznie czystej wodzie. 
Zejście do Jagniątkowa okropnym, kamienistym, zaniedbanym czarnym szlakiem przez Trzy Jawory (Drei Urlen), a później leśnymi duktami (trasy rowerowe) poza szlakiem (panu dyrektorowi Rajowi uprzejmie donoszę, że opuściliśmy już teren KPN) to już rzecz niewarta wzmianki: ot trzeszczące kolana i – w moim przypadku – potęgujący się ból pleców. Dobrze, że są zakazane środki przeciwbólowe: te legalne niestety nie pomagają... 

Kilka zdjęć z trasy, której przejście zajęło nam 8 godzin – przy czym postoje uskutecznialiśmy liczne, wybierając miejsca w miarę bezludne i najpiękniejsze – zamieszczam raczej dla siebie, by pamiętać; niż dla Czytelnictwa szanownego, które przecież takie trasy zna na pamięć...

Jagody się kończą, borówki trwają...

Mchy ufoludzkie

Froda przy Paciorkach: tu jeszcze z szelmowskim uśmiechem. Później była mocno zmęczona.

Na pomostach

Rozdroże pod Śmielcem

Nadajnik z daleka

Wielki Śnieżny Kocioł w krasie przedjesiennej

Śnieżny Stawek (Kochelteichel)

Chłodzenie Frody

Fragment szlaku, który dla Frody był prawdziwym wyzwaniem

"I wdarłam się na skałę pięknej Kaliopy, gdzie dotychczas nie było śladu polskiej stopy".Dobra, poniosło mnie z tym podpisem.

Pod Łabskim i Szklarska w tle.

Przyznaję: pomajstrowałem przy tym zdjęciu. Wyszła cukierkowata widokóweczka.

Pies zmęczony nieco (między Małym Kotłem a schroniskiem pod Łabskim)

Pies zmęczony bardzo (kąpiel w potoku Niedźwiadek - Bärgrund)

Okropne zejście czarnym szlakiem



01.11.2014

Filmowa perełka z Kotliny Kłodzkiej

Film zrealizował mieszkający we Wrocławiu, Artur Kowalczyk. Jak mówi Radiu Wrocław, to efekt trzydniowej pracy w wakacje. Zamieszkał w schronisku Pasterka i codziennie od rana do nocy filmował. 
– To był bardzo intensywny czas. Mieliśmy wytypowane wcześniej miejsca, które chcieliśmy pokazać. To jest tak bogaty region, że można byłoby zrobić nawet godzinny film w taki sposób. Materiału nakręciliśmy zresztą znacznie więcej, nie jest wykluczone, że zrobimy drugą część filmu – wyjaśnia. 
Ostatecznie do filmu trafił „zestaw obowiązkowy” z Kotliny Kłodzkiej: Szczeliniec, Karłów, wiadukt w Lewinie Kłodzkim, kaplica czaszek, bazylika w Wambierzycach.  Sporo ujęć poświęconych jest samemu Kłodzku, zresztą filmowane z góry dolnośląskie miasteczka i uzdrowiska robią szczególne wrażenie. Zwłaszcza, że pogoda podczas zdjęć dopisywała
– Zawodowo zajmuje się głównie czymś innym, latanie i filmowanie to jest moje hobby – tłumaczy autor. Nie ukrywa jednak, że i czasowo, i sprzętowo jest to hobby coraz bardziej intensywne.


Klodzko Valley (Poland) Aerial Video from Artur Kowalczyk on Vimeo.

09.10.2014

Barok zasygnalizuję


Szczegóły wkrótce. Dodam tylko, że w tym tygodniu poszło do druku.



27.09.2014

Wybory samorządowe 16.11.2014


Uważam, że to najistotniejsze głosowanie spośród tych, w których przychodzi nam brać (lub i nie...) udział w Polsce po wstąpieniu do UE. Są jak koszula..., nie: jak podkoszulek: najbliższe ciału. To w nich mamy szansę głosować na "ludzi z sąsiedztwa" (nie każdy ma przecież za sąsiada jakiegoś partyjnego bonza, czy innego człeka o sile sprawczo-politycznej na niwie Sejmu), to w nich wybieramy na 4 lata ludzi, którzy tym "naszym podkoszulkiem" będą zarządzać: gminą, miastem, sejmikiem... I wreszcie to w nich nie najważniejsza jest PARTIA, lecz konkretny CZŁOWIEK, nawet jeśli z listy partyjnej startuje. Zgoda: to partie decydują o doborze kandydatów na kandydatów, a później kandydatów "numerują" na liście (mówię tu wszak o tzw. listach partyjnych, są bowiem listy różnych Stowarzyszeń, Klubów Poparcia, a nawet indywidualnych Komitetów Wyborczych Jednego Człowieka), ale też głosy oddajemy bezpośrednio na kandydata. I choć w dalszym ciągu tzw. "Jedynka" ma większe szanse na "wejście" (gdziekolwiek, czasami w zupełnie niespodziewane miejsca), to i "Siódemka" nie jest bez szans. 


Nie wierzę w kandydatów z list pozapartyjnych, ani z list "samozwańczych" tych kandydatów, którzy - mimo członkostwa w Partii - od tej Partii poparcia nie dostali. Ba, uważam, że te ostatnie indywidua to ludzie chorobliwie opętani żądzą pozostania na stanowisku: jeśli nie dotychczasowym, to zbliżonym. Komitety typu Zawiłowego jeszcze bardziej psują tę i tak pokaleczoną demokrację polską. Stąd - mimo mojego zniechęcenia do wszelakich partii na szczeblu ogólnokrajowym - pilnie przeglądam listy partyjne szczebla samorządowego i szukam wśród nich "moich" kandydatów. Ludzi, których znam - czy to osobiście, czy pośrednio poprzez ich dokonania zawodowe, niezawodowe, administracyjne i zwykłe, codzienne. Nie powinno dziwić, że moja uwaga koncentruje się głównie na dokonaniach w sferze - jak to się zwykło banalizować - "szeroko pojętej kultury". Łaknę jej, chcę jej i... (last but not least) czasami czerpię z niej zupełnie przyziemne, materialne korzyści. 

Uważam też, że najważniejszy jest udział w wyborach. Mimo zniechęcenia do tych, którzy przez ostatnie lata dzierżyli (jakąś tam) władzę na (jakimś tam) szczeblu. Mimo zmęczenia wojnami, wojenkami i partyzantką polityczną. Mimo rozczarowań, jakie każdego z nas spotkały w związku z dokonanymi przed czterema laty wyborami. Myślę, że iść trzeba. Wybrać zgodnie z własnym przekonaniem wobec osoby, na którą zagłosujemy. I - jeżeli znów spotka nas rozczarowanie - z otwartą przyłbicą i w pełni praw wyborczych czynnych krytykować. Lub chwalić, gdy działalność naszego kandydata na pochwały zasługuje. Ale 16 listopada 2014 iść na głosowanie mus. 



Flagi

free counters