Ładowanie...

12.04.2012

Na 70. urodziny Mistrza Wielkiego Walońskiego, Szklarskoporębiańskiegoo


Juliusz Naumowicz  Człowiek-Instytucja. Nie, nie tylko w Szklarskiej Porębie: wygrzebane razem z pięknymi okazami mineralogicznymi tradycje walońskie rozprzestrzeniają się dzięki Niemu płomieniem żywym, ogarniając tę najpiękniejszą część Dolnego Śląska. Jego Stara Chata Walońska to jeden z cudów Szklarskiej Poręby (jest ich wiele, weźmy na przykład... ja wiem...? Przemka Wiatera? To nota bene Kanclerz in personam Sudeckiego Bractwa Walońskiego). Jula pasja to - pośród tęczy barw Szklarskiej Poręby - koloryt najwyrazistszy.
70 lat? Mistrzu! Walonia i jej Walończycy wieku nie liczą! Tobie lat nie przybywa, Ty w swej Postaci ślachetniejesz. Niczym wino przednie, niczym złoto najwyższej próby. 
Trwaj, Mistrzu; bądź nam Gwiazdą Przewodnią pośród siedmiu gwiazd. Bądź nam "Mente et Malleo".
.
"Rzeczpospolita" pogniewa się bardzo; mam nadzieję, że Katarzyna Giereło (dziś: z kreską i Klimaszewską) mniej - za to, że na siedemdziesiątkę przypomnę tutaj w roku 2012 pewien reportaż z roku 1999. Bo warto, mimo zastrzeżeń prawno-kopyrajtowych!
.
Kamieniotłuki

22.10.1999 - Katarzyna Giereło
Juliusz Naumowicz to miłośnik gór i minerałów, zwolennik legendy Rzepióra. Spełniony biznesmen nie potrzebuje, jak mówi, więcej pieniędzy dla siebie. Pomaga odmieńcom, podobnie jak on, zafascynowanym podaniami o Walonach - poszukiwaczach złota i drogich kamieni. 


Jeśli sami czegoś nie zrobimy, nie mamy prawa narzekać, że nic się nie dzieje - mówi Juliusz Naumowicz, zwany przez przyjaciół Julem. Sam jest przykładem prawdziwości tej maksymy. Ciągle ulepsza stworzone przez siebie Muzeum Ziemi w Szklarskiej Porębie. Tym razem wymyślił, by przed muzeum stanęła ogromna rzeźba Rzepióra - ducha Karkonoszy.
Kościsty starzec ze zwichrzoną brodą sięgającą do kolan zostanie wykonany z lipowego drewna przez miejscowego artystę Leszka Smagałę. 
Duch gór 
- Musi być wyobrażony ten duch gór. Gdy pytam dzieci przychodzące do mojego muzeum, jak wygląda duch Karkonoszy, żadne nie potrafi go opisać. Rzeźba ma przedstawiać postać półdziką, półnagą, z twarzą schowaną w kudłach. Słowem faceta, który właśnie wylazł spod ziemi odetchnąć pełną klatą - mówi Naumowicz.
Rzeźbiarz Smagała nie może utrzymać się tylko z tego, co stworzy, więc Naumowicz postanowił mu pomóc. Da mu pieniądze na otworzenie przy muzeum małej smażalni pstrągów. Smażalnia i zarybione jezioro tuż obok muzeum to nie jedyne jego pomysły. Planuje, że przy muzeum pojawią się szlifierze obrabiający kamienie szlachetne starymi metodami. Agaty, kwarce i inne minerały będą szlifowane za pomocą kamieni poruszanych przez wody przepływających nieopodal strumieni.
- Jeśli mogę pomóc człowiekowi, robię to. Chcę zebrać tych ludzi, którzy coś ciekawego robią, a nie bardzo sobie radzą z rzeczywistością. Ja już dosyć zarobiłem. Teraz muszę dzielić się z innymi. 
Tak wyglądali Walonowie.
Dziesięć lat temu Jul miał wypadek. Spadł z wysokości dziesięciu metrów. Szpital, a potem długa rehabilitacja niewiele pomogły. Wózek inwalidzki będzie mu towarzyszył do końca życia. Od czasu wypadku angażuje się w popularyzowanie wiedzy o okolicy, w której się urodził - Szklarskiej Porębie i Karkonoszach. Prócz działalności w muzeum, która pozwala mu zarabiać na życie, z archiwalnych zapisów i map odgrzebuje dawne legendy. Nie tylko o duchu gór, ale też o Walonach. 
Jul i Jan
Zaczęło się za sprawą Jana Sztaudyngera, słynnego twórcy fraszek, który mieszkał w Szklarskiej Porębie.
- Byłem wtedy w trzeciej klasie szkoły podstawowej. To był rok 1952. Podczas zabawy w jaskini tuż obok mojego domu znalazłem wyjątkowo wypolerowany, tajemniczy, czarny kamień. Żeby się dowiedzieć, co to jest, zwróciłem się do mieszkającego po sąsiedzku Sztaudyngera.
Dom Jula to równocześnie muzeum minerałów.
Wyróżniał się intelektem, więc wszyscy się do niego zwracali nie tylko w sprawach sztuki czy literatury, ale też z codziennymi sprawami. Jedynie on był w stanie objaśnić, co znalazłem - wspomina Naumowicz.
Tym czarnym kamieniem był morion, czyli kwarc dymny. Powstał w tak zwanej żyle pegmatytowej, gdzie pod bardzo wysokim ciśnieniem bulgocze woda o temperaturze trzystu stopni Celsjusza. Najładniej ukształtowane i barwne odmiany kryształów i kwarców powstają w pegmatycie w wolnych przestrzeniach wypełnionych powietrzem. Takie dziury zwane są kawernami lub pustkami.
- Po dokładnym objaśnieniu, co znalazłem i jak to coś powstało, Sztaudynger opowiedział mi legendy o Rübezahlu, zwanym po polsku Rzepiórem, a po czesku Krkonoszem. Opowiedział mi też legendy o Walonach. Uświadomił mi, że w nie byle jakim miejscu na świecie się znalazłem. Ja zaś bardzo poważnie potraktowałem jego opowieści - mówi właściciel muzeum.
Od tego zaczęła się jego przygoda z kamieniami. Właził w każdą dziurę, by znaleźć coś niezwykłego. Często trafiał na resztki sztolni, na narzędzia górnicze robione jeszcze przez kowala.
Poszukiwanie minerałów nieraz mogło skończyć się tragicznie. - Gdy szukałem kwarców dymnych na świeżo zaoranym polu, jakiś pijany myśliwy na pobliskiej ambonie chciał mnie odstrzelić - opowiada Naumowicz. - Myślał, że jestem dzikiem ryjącym w kartoflisku. Na szczęście nie trafił. Gdy mnie sobie chwilę potem dokładnie obejrzał, całego w błocie i z jakimiś kamorami w ręku, bez słowa odszedł. Na odchodnym popukał się w czoło. Nie zdawał sobie sprawy, że jeden taki kwarc jest wart więcej niż jego fuzja. 
Wiara i magia 
Podczas tych włóczęg Jul natykał się czasami na tajemnicze znaki wyryte w skale. Zostawili je wspominani przez Sztaudyngera Walonowie. Ich tradycje i zwyczaje zostały prawie zupełnie zapomniane. Dziś Jul próbuje odtworzyć dzieje i zwyczaje zamkniętego klanu, którego obrzędy były mieszaniną magii, zaklęć i modlitw.
- To było bractwo, które na równi wierzyło w siłę Boga i mocy piekielnych - twierdzi Jul.
Pierwsza fala Walonów pochodziła z Francji i Belgii. Potem mianem "wolon" lub "wale" określano już wszystkich poszukiwaczy minerałów, bez względu na narodowość. Tworzyli oni Bractwo Siedmiu Gwiazd. Mówili o sobie siedmiogwiaździści. Niełatwo było do nich dołączyć. Ktoś, kto chciał zostać czeladnikiem w bractwie, musiał przejść próby ognia, ziemi, wody, żelaza i krwi. Próba ziemi polegała na zakopaniu po pachy nagiego kandydata w ziemi. Biedaczysko musiał się wydobyć bez niczyjej pomocy.
- Nie mogę ujawnić, na czym polegają inne próby, bo właśnie prowadzimy nabór kandydatów na czeladników. Sięgamy do legend, by odbudować tradycje - relacjonuje Naumowicz, który wskrzesza w Szklarskiej Porębie bractwo siedmiogwiaździstych. Robi to w swoim domu, w którym się urodził. Budynek pochodzący z dziewiętnastego wieku ma jeszcze starsze fundamenty, o czym przekonał się jego właściciel po powodzi dwa lata temu. Wtedy potok, który przepłynął przez środek chaty, odkrył fundamenty i stare śmietnisko z kamieniami półszlachetnymi. Odkrycie dobitnie potwierdziło, że kopacze byli tu obecni już przed kilkuset laty. Dlatego Jul nazwał swój dom "starą chatą walońską". Właśnie tam są przeprowadzane próby kandydatów do bractwa.
Na razie jest tylko dwóch czeladników. - Nie ma więcej, bo kandydaci są zbytnio strachliwi albo motywację mają nie taką jak trzeba. Nie można zakładać, że chce się zostać "walonem", żeby się dorobić. Takie założenie jest błędne - krytykuje Jul młodych adeptów.
Naumowicz postępuje zgodnie z dawnymi przykazaniami Walonów, którzy wszechstronnie sprawdzali czeladnika. Po wypróbowaniu jego dzielności, brano go do różnych prac - transportu, zanoszenia urobku, kopania rowów. Przez pierwszy rok nie dopuszczano go do poszukiwań. Musiał się sprawdzić w trudnych warunkach. Zachować milczenie, pobożność, skromność i solidarność. W praktyce szczególnie przydatna była ta ostatnia, ze względu na częste wypadki w górach i w sztolniach.
Jeśli wytrzymał wszystkie próby, stawał się pełnoprawnym kopaczem, zwanym kamieniotłukiem, kamieńczykiem lub skalnikiem. Od tego momentu wiódł samotniczy tryb życia. Taki skalnik zwykle był zabobonny jak żeglarz. Kobieta nie miała do niego dostępu, bo uważano ją za istotę nieczystą, demoniczną, mogącą sprowadzić nieszczęście. Kobieta nie mogła nawet towarzyszyć poszukiwaczom przy kopaniu szybów i płukaniu urobku w strumieniach. Do grona czeladników przyjmowano tylko kawalerów. 
Powróz z sadłem żmii
By wypadków było mniej, siedmiogwiaździści stosowali zaklęcia, modlitwy i obrzędy. Przez siedem dni przed wyprawą poszukiwawczą pościli. To wzmagało czujność. Zmysły się wyostrzały, człowiek stawał się zwinniejszy.
Na koniec postu w kaplicy, której resztki zachowały się na Orlej Skale w Szklarskiej Porębie, święcono wyposażenie potrzebne do prowadzenia poszukiwań, na przykład amulety i talizmany, które odstraszały złe moce, ale miały też zastosowanie praktyczne. Na przykład sznur konopny, jak podaje legenda, "na 21 łokciów długi", nasączony był żółcią szczupaka i sadłem żmii. Substancje te impregnowały go, więc nie butwiał i, ponoć, rzadziej się urywał.
Na wyprawę nie ruszano bez wirguły - różdżki z leszczyny, którą wycinano tylko raz w roku, w Wielki Piątek. Służyła za kierunkowskaz. Trzeba było też mieć Biblię oraz krzesiwo, miedziane wahadło, zestaw młotków, szpilek, klinów, czarny kij jaworowy z uchwytem z rogu kozła, kompas, lupę, nóż, "który nigdy nie dotykał chleba", kalendarium dni, "w których złe moce odstępują od skarbów i wolnymi je czynią", relikwie św. Wawrzyńca, patrona zielarzy i kamienników, dzwonek loretański, wodę i kredę poświęconą w Trzech Króli. Bez tych przedmiotów Walonowie nie szli do pracy. Zanim rozpoczęli poszukiwania, dla zabezpieczenia przed "złym" okadzali teren, który wybrali.
Siedmiogwiaździści prowadzili poszukiwania samotnie lub w kilkuosobowych grupach. Na czele stał wassermaister, który doskonale znał topografię, wiedział gdzie i na jakiej głębokości znajdują się złoża złota lub kamieni szlachetnych, znał tajemnice spiętrzania wody w złotonośnych potokach, co ułatwiało jego wydobycie.
Walonowie znalezione skarby w połowie przeznaczali na biednych i na Kościół. Sprawiedliwego podziału strzegła starszyzna. Pilnowała ona też, by siedmiogwiaździści dotrzymywali postu, prowadzili bogobojny tryb życia, byli wolni od rozpusty i szerzyli radość wśród braci..


Walonowie
Poszukiwacze złota i kamieni szlachetnych zwani Walonami przybyli w Sudety z Belgii i północnej Francji w XI wieku na zaproszenie Bolka Świdnickiego I. Zostali tu aż do wojny trzydziestoletniej w pierwszej połowie XVII wieku.
Pierwsze szczegółowe zapisy o bogactwach Karkonoszy sporządził w latach 1425 - 1456 Antoni de Medici. Na pergaminach umieścił szkice i opisy występujących tu kamieni półszlachetnych i wiadomości o złocie. Później J. Volkelt w podręczniku z 1771 roku pt. "Von den ehemaligen Goldbergewerken Schlesiens" pisał, że w 1675 roku Antonio Wahl z Wenecji w rzece Kamiennej przepływającej przez Piechowice i Jelenią Górę znajdował czarne kamienie wielkości kurzych jaj, które na trzy łuty węgierskie zawierały dwa łuty złota. Według tego samego podręcznika w rzece Bóbr było dużo żwiru, kwarcu i pirytu z domieszką złota. Szczere złoto miało występować w okolicach skałek zwanych "Szachownicą" w Przesiece oraz w okolicach Śnieżnych Kotłów koło Małego Stawu i na Hali Izerskiej w Złotych Jamach. Po Walonach ocalały nazwy miejsc i potoków: Złota Jama, Płuczka, Płucznik, Czarna Płuczka, Złotoucha, Złotówka, Złoty Widok oraz mistrzostwa w płukaniu złota.

5 komentarzy:

  1. Wcale się nie gniewam! Cieszę się, że mój portret Jula odżył po tylu latach! Szkoda, że archiwum RZ nie zamieściło zdjęć. Mam je na slajdach, ale nie jestem szczęśliwą posiadaczką skanera, niestety. Tak czy inaczej: niech nam żyje Jul! Hura!:)
    Pozdrawiam,
    K. Giereło-Klimaszewska

    OdpowiedzUsuń
  2. I ja tam byłem, miodu i wina nie piłem, gdyż przyjechałem samochodem, ale co się odwlecze, jak mawia Wujo Julo, to się podwoi ...

    OdpowiedzUsuń
  3. A, ja tam też byłem i dzięki Tobie Przemek, Cykuty się napiłem ( właśnie byłeś kierowcą ). Dzięki Ci i Wielkiemu Mistrzowi oczywiście, za tak miłe i serdeczne przyjęcie...zresztą jak zwykle.
    Przemysław Żuchowski.

    OdpowiedzUsuń
  4. I ja miałem przyjemność zapoznania się z obyczajami Siedmiogwiaździstych. Dojechałem tam wraz z grupą niepełnosprawnych kursantów w kwietniu 2010 roku. Najtrudniejszym do przebycia na wózku inwalidzkim był odcinek od Huty Szkła do Chaty Walońskiej. Przy pomocy kilku silnych z naszej grupy dotarłem, by zakosztować smaku nalewek, które dodały sił do powrotu do autokaru.
    Wielkiemu Mistrzowi życzę zdrowia i pomyślności.

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdy pomyślę, że żartowaliśmy tak niecałe 5 miesięcy temu..., gdy pomyślę równocześnie o minionym wtorku (30.4.2013), to smuta wielka, to cios w splot słoneczny...
    Żegnaj, Julo; spotkamy się na Wielkiej Górze Wawrzyńca...

    OdpowiedzUsuń

Flagi

free counters