09.11.2010

Sejmik wojewódzki zDolnego Śląska: jak hartuje się nepotyzm

Mocny, niezwykle krytyczny artykuł o Sejmiku Dolnośląskim i kulisach kolesiostwa, układówki i zwykłego, tak kochanego przez wszystkie polskie (de)formacje polityczne nepotyzmu. Tym bardziej warto zastanowić się, kogo poprzeć w nadchodzących wyborach samorządowych. 

("Taki marszałek, jakie sejmiki"; Michał Kokot; Gazeta Wyborcza, dodatek wrocławski)
Czas władzy marszałka Łapińskiego to pełen konfliktów i politycznego handlu stanowiskami sejmik, ale także bardzo dobre wykorzystanie unijnych dotacji
Andrzej Łoś, były marszałek sejmiku, doskonale przypomina sobie, jak przyszedł do niego Zbigniew Chlebowski z prośbą o znalezienie pracy dla swojego zięcia. - Nie tylko on, wtedy przychodziły do mnie całe tabuny lokalnych polityków z takimi żądaniami. Czasami musiałem, niestety, ulec, dlatego zięć Chlebowskiego, Robert Jagła, dostał stanowisko dyrektora Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego w Wałbrzychu.
Łoś twierdzi, że głównym powodem odwołania go z funkcji marszałka wiosną 2008 roku przez własną partię było nieuleganie partyjnym działaczom, którzy przyprowadzali kolejnych kolegów z żądaniem ich zatrudnienia. - W pewnym momencie przybrało to taką skalę, że jeden z polityków przyprowadzając znajomego do urzędu, powiedział, żeby go zatrudnić, bo właśnie obchodzi 50. urodziny.
Gdy Łoś został odwołany z funkcji marszałka, a za nim wyszło jeszcze trzech radnych PO, partia zaczęła kupować poparcie wśród radnych opozycji. Marek Dyduch z SLD w nagrodę za poparcie koalicji został członkiem rady nadzorczej w Walcowni Metali Nieżelaznych w Gliwicach koncernu KGHM. Elżbieta Zakrzewska, inna radna lewicy, została dyrektorem szpitala MSWiA w Jeleniej Górze. Wątpliwości radnego PO Erica Aliry, który nie był do końca przekonany, czy poprzeć nowego marszałka, rozwiały się z chwilą, gdy dostał pracę w klubie sportowym Zagłębie Lubin (też KGHM).
Dzielenie stanowisk dla opozycyjnych radnych czasami przybierało wręcz kuriozalny charakter. Julian Golak, który z PiS przeszedł do PO, został członkiem rady nadzorczej spółki Avista Media (znowu KGHM). Prawdopodobnie poza nazwą spółki, którą miał nadzorować, nic więcej o niej nie wiedział. Opowiadając o swoich kompetencjach, tłumaczył "Gazecie", że zna się na jej działalności, bo jest członkiem stowarzyszenia, które wydaje gazetę regionalną. Tyle że Avista Media z mediami nic wspólnego nie ma. Zajmuje się bowiem obsługą konsultancką firm. Radny Golak, który twierdził, że wygrał konkurs na to stanowisko, nawet nie potrudził się, by sprawdzić profil spółki choćby na stronie internetowej.
***
Następca Łosia, Marek Łapiński, nie miał ani takiego doświadczenia samorządowego jak poprzednik, ani charyzmy, ani determinacji w forsowaniu własnych decyzji personalnych. Nie protestował więc, gdy partia instalowała w jego urzędzie i instytucjach mu podległym działaczy i znajomych królika. Gdy media pisały o kolejnych politykach pojawiających się na marszałkowskich posadach obrał wątpliwą taktykę: twierdził, że to nie jego sprawa, a rad nadzorczych spółek. To tylko wzmocniło przekonanie o tym, jak słaba jest jego pozycja polityczna.
Na jednej z pierwszych sesji po wyborze na marszałka Łapiński przedstawił sejmikowi efektowną prezentację multimedialną, która miała tłumaczyć jego strategię na kolejne dwa lata rządów. Wiele było w niej świecidełek, niewiele konkretów. Łapiński tłumaczył, że razem z opozycją chce kreować politykę regionalną i drzwi jego gabinetu będą dla niej zawsze otwarte.
Skończyło się na słowach. W rzeczywistości koalicja Platformy z PSL przegłosowywała, co chciała. Opozycja składająca się z klubu PiS oraz klubu Dolny Śląsk XXI (Andrzej Łoś i byli radni PO) piekliła się, że nie jest w ogóle dopuszczana do głosu. Wbrew początkowym deklaracjom Łapińskiego na sesjach sejmiku nie było merytorycznych dyskusji o polityce regionalnej. Debaty ograniczyły się do połajanek ze strony zarządu województwa pod adresem opozycyjnego klubu z byłym marszałkiem Andrzejem Łosiem na czele. Chodziło głównie o to, że Łoś pozostawił po sobie puste szuflady, a nowy marszałek musiał zakasać rękawy, żeby naprawić błędy poprzednika. Ale w rzeczywistości sam niewiele robił. Sztandarowy projekt Platformy, czyli budowa Dolnośląskiej Sieci Szerokopasmowej, mającej opleść całe województwo szybkim łączem internetowym, jest spóźniony o kilka lat. Przez ponad rok w urzędzie trzymano dyrektora, który był za niego odpowiedzialny, ale nie robił nic.
***
Obydwu opozycyjnym klubom: PiS-owi i Dolnemu Śląskowi XXI można również wiele zarzucić. Dolny Śląsk XXI na początku kadencji Łapińskiego deklarował, że będzie konstruktywną opozycją. Nic z tego nie wyszło. Skończyło się na słownych pyskówkach, w których celował zwłaszcza radny Dariusz Stasiak. Jego styl działania charakteryzuje sesja omawiająca Wieloletni Plan Inwestycyjny, na której jak zwykle kpił z Łapińskiego: - Jak patrzę na twarz pana marszałka, to nie wiem, dlaczego on ciągle jest uśmiechnięty. Być może naprawdę wierzy w tę Wieloletnią Plajtę Inwestycyjną.
Sala rechotała. Ale to było wszystko. Zero rzeczowej krytyki.
Platforma nie pozostawała dłużna. Gdy opozycja zażądała przedstawienia planu pokazującego, jak marszałek radzi sobie z kryzysem gospodarczym, to Jarosław Charłampowicz (szef klubu PO) dobrze zadbał o to, by takie głupie pomysły jej już więcej do głowy nie przychodziły. Przysłał na sejmik dyrektorów wszystkich departamentów, którzy drobiazgowo przedstawiali działalność podległych im jednostek. Przez to sesja trwała do czwartej nad ranem. Charłampowicz dał popalić wszystkim.
To, że to nie Łapiński będzie rządzić województwem, lecz jego polityczni mocodawcy, było jasne od początku jego kadencji. Na starcie Łapiński ogłosił, że załatwił grunty od Ministerstwa Obrony Narodowej pod rozbudowę wrocławskiego lotniska. W rzeczywistości resort przekazywał je po kolei poszczególnym samorządom. Ale wówczas Platformie zależało na tym, by załatać dziurę po Łosiu i pokazać, że jego następca jest co najmniej równie kompetentny.
W kolejnych miesiącach, gdy między Platformą a prezydentem Wrocławia rozgorzała wojna, partyjna centrala wikłała Łapińskiego w coraz to nowe konflikty z Rafałem Dutkiewiczem. W grudniu 2008 roku Łapiński zażądał dofinansowania przez miasto wschodniej obwodnicy Wrocławia. Marszałek doskonale wiedział, że miasto na ten cel nie przewiduje żadnej kasy, bo to była inwestycja marszałkowska.
Najnowszym punktem sporu jest kwestia połączenia kolejowego do wrocławskiego lotniska. Lotnisko wyłożyło nawet pieniądze na budowę podziemnego zejścia na peron. Pieniądze prawdopodobnie zostały zmarnowane, bo peron pozostanie pusty. Polskie Linie Kolejowe odmówiły bowiem budowy tego odcinka, twierdząc, że nie ma pieniędzy na jego sfinansowanie. Łapiński, który jeszcze kilka tygodni temu ciosał kołki na głowach władz PLK, dzisiaj głównego winowajcy nieudanej inwestycji upatruje w mieście, które to miało nie dogadać się ze spółką.
***
Egzotyczna koalicja radnych w sejmiku, popierająca zarząd Łapińskiego, zawsze była krucha. Dlatego w pewnym momencie kaperowano do niej kogo się dało. Nawet Józefa Pawlaka i Grzegorza Skibę, którzy wcześniej byli członkami Samoobrony. Skiba po partii Leppera wstąpił do Dolnego Śląska XXI i wtedy Platforma kpiła, że to "klub Samoobrony". Natychmiast przestała się krzywić, jak ten sam Skiba zapewnił jej większość.
W rzeczywistości bowiem dla dolnośląskiej Platformy kwestie moralne są zupełnie drugorzędne. Tadeusz Drab, wicemarszałek i prezes dolnośląskiego PSL, został skazany prawomocnym wyrokiem za składanie fałszywych zeznań. Nie poinformował o tym marszałka. Sprawa wyszła na jaw, dopiero gdy napisała o tym "Gazeta". Drab długo ociągał się z ustąpieniem ze stanowiska. Gdy to wreszcie zrobił, Łapiński zgotował mu królewskie pożegnanie. Rozpromieniony mówił do Draba na sali sejmiku: "Otoczyłeś nas ojcowskim ramieniem, pokazując czyhające w samorządzie zagrożenia. Dziś odchodzisz z podniesionym czołem".
Niewątpliwym sukcesem Marka Łapińskiego jest sprawne wykorzystanie środków unijnych. Pod tym względem Dolny Śląsk wypada jako jedno z lepszych województw w kraju. Jest już pewne, że dzięki temu otrzymamy dodatkowe środki z Ministerstwa Rozwoju Regionalnego. Ale być może sukces wynika stąd, że departamentem, który jest w urzędzie marszałkowskim za to odpowiedzialny, kierują nie politycy, ale od lat sprawdzeni urzędnicy.
Dlatego właśnie tak odstręcza mnie partyjniactwo kandydatów na radnych i burmistrzów miast i gmin. Bo wiem, że ani Zawiła, ani Machałek czy Urbański nie obronią się przed "siłą perswazji" swoich ugrupowań politycznych i będą zatrudniać żony/mężów, siostry/braci, córki/synów i innych pociotków swoich partyjnych kumpli. Dla dobra społeczeństwa oczywiście! Jako, że przykład idzie od góry - z pewnością zauważyliście, jak niezwykle  profesjonalnym ministrem spraw zagranicznych stał się pan Radosław Sikorski (droga przez polityczną scenę niemal tak bogata, jak Rycha Czarneckiego - szmaty od wszystkiego), od kiedy w jego resorcie pracuje niejaka May'a, córeczka jego kumpla z Londynu, Jana Vincenta-Rostowskiego.
Z drugiej strony realia są takie, że kandydat bezpartyjny czy niepartyjny nie ma szans na wbicie się w sparaliżowany układami urząd nadrzędny: czy to będzie szczebel powiatowy, czy wojewódzki, o centralnym nie wspominając. I co - znów wybór mniejszego zła?

2 komentarze:

  1. A czy Dutkiewicz nie stwarza własnie precedensu ? M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie bardzo rozumiem, co Dutkiewicz ma do Sejmiku Wojewódzkiego: niech sobie Wrocławianie wybierają kogo chcą na burmistrza. Osobiście uważam, że nie jest gorszym szefem miasta od Zdrojewskiego, ale to (już) nie moje miasto. Natomiast skurwysyństwo i kombinatorstwo Platfusów w Sejmiku Wojewódzkim dotyczy także Jeleniej Góry - stąd wielka moja wątpliwość, czy pchać miasto w łapy kolejnego Platformersa, Marcina Zawiły.

    OdpowiedzUsuń

Flagi

free counters