Ładowanie...

05.05.2013

Worpswede 2013 - Biennale Sztuki i Filmu. Część VII: Waniek


Z polskich wydarzeń sobotnich, z których wiele się powtarzało z poprzedniego dnia, z tym, że miały miejsce w innych obiektach, chciałbym wspomnieć o – jak to nazwali nasi Gospodarze – cyklu „Projektor i pędzel“ i „Wprowadzeniu do krajobrazu i mitologii Karkonoszy: mit Ducha Gór”. Referat ten wygłosił Henryk Waniek w Music Hall. Ustaliliśmy z Henrykiem, że – pomimo tego, że zna niemiecki – mówić będzie po polsku, a ja go będę „wielokrotnie przekładał”.
Słów kilka może o Henryku: jego dokonania dość szczegółowo opisuje choćby Wikipedia, więc przepisywał nie będę. A ponieważ w preambule każdego „biennalnego” wpisu zastrzegam, że to teksty subiektywne – podzielę się swoimi wrażeniami ze spotkania z Henrykiem.
Henryk Waniek na wystawie prac artystów współczesnych w Worpswede
Pierwsze nasze tête-à-tête miało miejsce... o rany! grubo ponad 5 lat temu. Występował Henryk jako prelegent podczas III. Międzynarodowej Konferencji Hauptmannowskiej w Szklarskiej Porębie. Ja zaś (z miłym Emilem Mendykiem) służyłem jako maszynka do tłumaczenia kabinowego, zresztą w tak tragicznych warunkach technicznych, że dzisiaj po prostu wstałbym i wyszedł (vide foto w linkowanym tekście). Henryk wygłosił bardzo ciekawy tekst, w którym wyraził bliski mi sposób myślenia o Gerharcie Hauptmannie. I w zasadzie – poza uściskiem dłoni i kilkoma zdawkowymi słowami – na tym nasza znajomość się zakończyła. 
Później o Henryku słyszałem wielokrotnie: od Przemka Wiatera, od Jaro Szczyżowskiego i innych znajomych. Słyszałem zachwyty nad postacią, nad dokonaniami publicystycznymi i malarskimi, nad uczestnictwem w żywej legendzie Zamku Wieczornego...
Wreszcie w Worpswede nadarzyła się okazja, by zawrzeć z Henrykiem znajomość osobistą. I bez wazelinowania stwierdzam, żem pod wielkim urokiem się znalazł. Przegadaliśmy długi wieczór w Przemkowym pokoju w hotelu Worpsweder Tor, kilkakrotnie kontaktowaliśmy się w trakcie różnych imprez podczas Biennale, aż wreszcie w sobotę 27.05. zasiedliśmy we dwóch przy małym stoliczku na scenie Music Hall, by przemówić do średnio licznie zgromadzonej publiczności: znaczy – przemawiał Henryk, ja tylko tłumaczyłem. Przyznaję, że tremę miałem wielką: bo oto mówić miał Ten, Który Słowem Maluje, ba: treść jego referatu miała być całkowicie inna, niż treść wystąpienia, stanowiącego część katalogu „Między Odrą a Wisłą” (który to tekst przetłumaczyłem i znałem). Henryk miał na życzenie gospodarzy mówić o karkonoskim Duchu Gór, o Rübezahlu. W duchu dziękowałem (p)opatrzności, że od wielu lat interesowałem się tą tematyką, że napisałem i przetłumaczyłem sporo przedmiotowych tekstów. Ale... na scenę wchodziłem z duszą na ramieniu.
Z Henrykiem na scenie w Music Hall Worpswede
Po pierwszych słowach Henryka ze zdumieniem stwierdziłem, że i on nie jest z granitu: wahał się,  zastanawiał nad zdaniami, robił pauzy, co było dla mnie niezwykle korzystne, bo dawało czas na umysłowe mielenie w zbiorze wyrazów niemieckich, którym się posługuję i wybieraniu tych najbardziej odpowiednich. Po 2-3 minutach jednak znalazł Henryk odpowiednią fabułę, ale nie zapominał o tym, że siedzący obok translator niemechaniczny również musi wtrącać swoje grosze... Zaś w tle, za nami, na ekranie widzowie oglądać mogli wyświetlany zestaw rycin, przedstawiających Rübezahla, Pana Jana, Ducha Gór, czy Liczyrzepy – to tylko część nazw, jakie nadawano temu bóstwu.

Wykład trwał około 20 minut (tak sądzę: gdy tłumaczę, nie umiem ocenić upływającego czasu), a na koniec rozzuchwaliłem się do tego stopnia, że pozwoliłem sobie wypomnieć Henrykowi, że nie powiedział nic o jeszcze jednym imieniu Ducha Gór, o czeskim pojęciu Krakonoš. Henryk domknął swoją opowieść i mogliśmy zejść ze sceny. 
"Henryku, nie wspomniałeś o Krakonošu..."
Po prelekcji Henryka Wańka organizatorzy zaplanowali emisję filmu „Caspar David Friedrich – Grenzen der Zeit“. Z pewnością ciekawego, jednak ja postanowiłem zrezygnować z oglądania, obawiając się, że każą mi jeszcze tłumaczyć ten film na żywo...


Pozwolę sobie zamieścić tutaj tekst Henryka Wańka z katalogu „Miedzy Odrą a Wisłą”. Po polsku.

Panowie, damy i duchy z Künstlerkolonie Schreiberhau
Wszystkie kulturowe, geograficzne, dziejowe, osobiste i towarzyskie względy, o których wiemy, mogą ostatecznie wyjaśniać genezę oryginalnego tworu, który powstał i zakorzenił się w tym mało znanym, skromnym zakątku górskim. Ale poza urodą miejsca i czystością jego natury jest pewien wzgląd, bez którego wszystkie te okoliczności i marzenia pozostałyby bez wyrazu. Mam na myśli jak najdosłowniej rozumiany spiritus loci, znany okolicznej ludności, przez nią utrwalony i powtarzany. Nie chodzi o czczy folklor, typowy dla tego rejonu, gdzie na podłożu tutejszego klimatu, geologii oraz przyrody, krzyżują się różne kultury, języki, grupy etniczne, wyznania, tworząc swego rodzaju duchowość. Te wspólne dla całego regionu śląskiego, polsko-niemieckie warunki, wzmocnione przez wpływy czeskie, morawskie i łużyckie, już od stuleci miały swój wyraz nie tylko w tradycji ustnej, ale – co ważniejsze – również w literaturze. Dla braci Hauptmannów, rodowitych Ślązaków i pionierów szklarskoporębskiej kolonii, ten środowiskowy koloryt nie był nowością. Od dziecka częstowani opowieściami o lokalnych tajemnicach i demonach, z Rübezahlem na czele, posiadali już ukształtowaną wrażliwość na symbole śląskiego pandemonium. Ale w życiu i twórczości każdego z nich wrażliwość ta pełniła odmienne funkcje i rozmaicie wyrażała ich stosunek do śląskiego dziedzictwa duchowego.                                                                                                                                            
Porównując temperament, operatywność artystyczną, a wreszcie postawę życiową obu braci, z łatwością zobaczymy te różnice. Starszy Carl, dysponujący mniejszymi zasobami i mniej dynamiczny w życiu społecznym, nie kreował się na opatrznościowego męża literatury. I w tym leży pewnie przyczyna jego mniejszych sukcesów na tym polu. Wybranemu przez siebie, stosunkowo skromnemu domostwu w Mittelschreiberhau był wierny do końca życia, które – i chyba skutecznie – usiłował wtopić w potoczność miejscowych ludzi. A oni w odpowiedzi darzyli go sympatią i zaufaniem. W ich oczach osobliwość jego zawodu i osobiste zwyczaje sprawiły, że nazywali go „Carl Rübezahl”. Jego twórczość pisarska czerpała tematy z życia górskiego ludu oraz z jego sposobu przeżywania natury. Bez ryzyka można powiedzieć, że swymi niewieloma powieściami (Mathilde, Einhart der Lächer czy Ismael Friedmann) oraz lirycznymi poematami, służącymi jako teksty pieśni Anne Teichmüller, Carl Hauptmann jest dobrą ilustracją zintegrowania się z miejscowym środowiskiem.                                                                                                                                        
W podobnych okolicznościach, choć całkiem odmiennie, realizowało się życie i twórczość młodszego, Gerharta Hauptmanna. Niepowodzenia edukacyjne i rozterki, co do wyboru zawodu, czy drogi życiowej, były tym, co później wzmocniło ambicję oraz pisarski impet, gdy tylko jego pierwsze utwory, a szczególnie Vor Sonnenaufgang spotkały się z żywym i skandalizującym przyjęciem.                                  
Olśnienie Szklarską Porębą miało inny i nie aż tak bezpośredni, jak w przypadku Carla, wpływ na twórczość literacką Gerharta. Przede wszystkim, jego pisarstwo było od początku zorientowane na teatr, a teatr – szczególnie w tamtych czasach – był trybuną życia społecznego w szerokim wymiarze; publiczną areną burżuazji. Jeśli idzie o tematy literackie, młodszy z Hauptmannów specjalizował się w problemach socjalnych – ubóstwo, nierówność, alkoholizm, krzywda społeczna itp., co odpowiadało estetyce ówczesnego naturalizmu. Jego sztuki teatralne, opowiadania i powieści często miały za tło geografię Śląska i chętnie wplatał w nie elementy regionalnego dialektu, ale ich przedmiotem były problemy dość powszechnie występujące w całej Europie. W każdym razie, w jego przypadku trudno mówić o urzeczeniu ludową duchowością Śląska. Wyjątkiem będą tylko niewykorzystane notatki i szkice do planowanej trylogii Walenzauber, do której przystępował wielokrotnie (od 1898, a po roku 1908 miała to być tetralogia), ale której ostatecznie nie zrealizował. Pewne fragmenty zostały włączone do innych utworów (Hanneles Himmelfahrt, Und Pippa tanzt!) i stanowią ich najbardziej natchnione epizody. Ten projekt zapowiadał się jako swoisty obraz mitologii oraz historiozofii Śląska w regionie Riesengebirge. Bo jeśli idzie o powieść, pisaną starannie w latach 1901-1910: Der Narr in Christo Emmanuel Quint, choć mieści się ona w realiach Śląska i dotyczy kwestii religijnych, to jest to przede wszystkim zbiorowy portret ludzi społecznie upośledzonych. Zaryzykuję pogląd, że Gerhart Hauptmann, który osobiście uważał się za pioniera Kolonii Artystów w Schreiberhau, wcale tak głęboko nie wczytał się w pismo tutejszego krajobrazu. A już na pewno lepiej i pewniej czuł się w Agnetendorf, gdzie zafundował sobie wielkopańską rezydencję.                                                                    
Jeszcze inaczej objawiła się skarbnica podań, wierzeń i symboli ludowych oczom innych członków Kolonii Artystycznej, którzy stopniowo przemieszczali się tutaj z podberlińskiego Friedrichshagen. Dla tych przybyszów odkrywanie i zagłębianie się w lokalny koloryt było doświadczeniem jakże innym od teoretycznych sporów w knajpach wielkiego miasta.                                                                                                                
Na pierwszym miejscu wymienię Wilhelma Bölsche, założyciela i pierwszą gwiazdę Friedrichshagener Dichterkreis, człowieka znakomicie wykształconego, płodnego pisarza, mającego w swoim dorobku także poważne dzieła naukowe. Co więcej, słusznie uważa się go za reformatora życia społecznego, co potwierdzają jego dwa wielkie dzieła (Das Liebesleben in der Natur, 1898 oraz Hinter der Weltstadt. Friedrichshagener Gedanken zur ästhetischen Kultur, 1901). Zawarte tam postulaty Bölsche, zawsze dbały o zgodność myśli z czynem, zrealizował przeprowadzając się do Szklarskiej Poręby, gdzie w 1903 roku najpierw nabył skromny, wiejski dom, a w roku 1916 definitywnie zlikwidował swe nieruchomości we Friedrichshagen, i aż do swej samobójczej śmierci w 1939 roku mieszkał wyłącznie w Schreiberhau. Odtąd uważał Śląsk za swą ojczyznę z wyboru i coraz częściej wplatał w treść swoich pism wszystko to, co lokalne.                                                                                                                     
Cenną dla powstającej Kolonii Artystów postacią był Bruno Wille, który jednak związku ze Szklarską Porębą nie zrealizował tak radykalnie jak Bölsche, choć może nawet szerzej niż on otworzył się na tutejszy folklor i ludową mitologię. Ten filozof, pisarz i poeta wielkiego formatu, inicjator wielu instytucji edukacyjnych i kulturalnych w Berlinie (Freie Volksbühne, Freie Volksuniversität), licznych organizacji i kongresów, piórem i czynem wiele uczynił dla rosnącej renomy samej miejscowości jak i zgromadzenia artystycznego. Był swoistym geniuszem owocnej współpracy, tkniętym ideami socjalistycznymi w ich dostojnym, humanistycznym znaczeniu. Był osobowością zbyt ruchliwą i dynamiczną by uwięzić się bez reszty w Schreiberhau, ale rozkwit tutejszej kolonii zawdzięcza mu znacznie więcej niż komukolwiek innemu. Zawsze pełen dobrych pomysłów, wsparł Hermanna Hendricha w projekcie zbudowania słynnej Sagenhalle. Niemniej jego rozległa działalność wymagała podtrzymywania kontaktów i obecności w Berlinie.                                                                    
Jeszcze inaczej było z Henry Mackayem, który co prawda już w roku 1902 nabył dom w Siebenhäuser 180 i nazwał go Haus zur Freiheit, ale odnoszę wrażenie, że głównie było to jego schronienie przed ciekawością berlińskiej policji, śledzącej go pilnie z powodu jego anarchistycznej aktywności. Tu wtrącę, bo ta sprawa będzie powracać, że większość – jeśli nie wszyscy – z uczestników Friedrichshagener Dichterkreis wyznawali poglądy socjalistyczne, a w przypadkach skrajnych nawet anarcho-syndykalistyczne. Choć Henry Mackay między 1903 a 1914 rokiem spędzał w Szklarskiej Porębie wiele czasu, to jego aktywność odbiegała daleko od kręgu spraw lokalnych. Nie pozostawił więc żadnych widomych śladów tego urzeczenia, które u innych wywoływał górski krajobraz.                                                                                               
Jak wyglądało to u innych pisarzy, których usiłowano pozyskać dla powstającej kolonii? Chciałbym, nie siląc się na szczególny porządek – chronologiczny czy hierarchiczny – przedstawić osoby, które wizytowały Schreiberhau, by rozważyć możliwość osiedlenia się, a przynajmniej dokonać wizji lokalnej. Były to pobyty rozmaitej długości, najczęściej w cieplejszych porach roku. Uwzględnię też osoby, przybywające tutaj jako goście, ze względów towarzyskich czy koleżeńskich. Dodam, że jest to przedsięwzięcie trudne, choćby z powodu przerwania ciągłości lokalnej pamięci w roku 1945, co też odbiło się na stanie dokumentacji archiwalnej, niełatwej dziś do zrekonstruowania.                                                                                                                
Było kilka osób, którym Wilhelm Bölsche szczególnie perswadował zamieszkanie w Schreiberhau. Należeli do nich bracia Heinrich i Julius Hartowie, których cenił wysoko za warsztat pisarski i umysłowość. Jeden z ich pobytów przyniósł doznania, po których Julius stworzył przejmujący panfilozoficzny traktat Träume der Mittsommernacht. Również dla Heinricha, przybywającego tu w latach 1902-1905 były to chwile znaczące. Lecz jego aspiracje koncentrowały się na projektach reformy życia miejskiego. Nie zdecydowali się na więcej niż tylko okresy wytchnienia w zawrotnym życiu berlińskim. Dobre i to. Podobnie było z Peterem Hille, zmarłym w 1904 roku w Berlinie. Pełen temperamentu pisarz miałby wiele powodów, by zdecydować się na życie w Szklarskiej Porębie. Jako bardzo czynny socjaldemokrata był prześladowany przez policję. W latach 1895-96 musiał ukrywać się w różnych miejscach Niemiec, zanim wrócił do Berlina, żyjąc w ubóstwie i chorując na gruźlicę. Jego przyjaciel pisarz Karl Henckell ukrywał go i utrzymywał w Zurichu. Mimo, że tego pragnął, warunki finansowe nie pozwoliły mu tylko na niedługie pobyty (1901-1902) w Schreiberhau. Wolfgang Kirchbach, piewca reformy społeczno-obyczajowej, działający na rzecz ruchu Wandervögeln, z kolei zbyt przywiązany był do atmosfery Berlina, choć tam właśnie jego książki piętnowano jako „społecznie niebezpieczne”. Zresztą również zmarł wcześnie w wieku 49 lat.                                                                          
W Szklarskiej Porębie przebywało wiele innych osób, które w czasie rozwoju Kolonii Artystycznej przyjeżdżały tu, by zbadać swą materialną i psychiczną gotowość do wyboru życia hinter der Weltstadt¬, jak zatytułował swój programowy tekst Wilhelm Bölsche. Tak mogło być z Bernhardem Kampffmeyer, który wraz z bratem Paulem  byli właścicielami domu w Friedrichshagen, gdzie mieszkał W. Bölsche  z żoną Adele. Poza działalnością publicystyczną i polityczną (anarchizm) poświęcał się też projektom budowlanym, a szczególnie idei miasta-ogrodu. Z listów Kampffmeyera można wnioskować, że w Schreiberhau zajmował się również poradami architektonicznymi, a nawet projektowaniem budowli. W latach 1903-1906 ważyła się również decyzja okazyjnego nabycia domu w szklarskoporębskiej Siebenhäuser przez Curta Grottewitza (wł. Max Curt Pfütze), socjalisty i pioniera idei ekologicznych. Ale pomysł nie zyskał aprobaty jego żony. Max Dauthendey, który wizytował Schreiberhau w roku 1911, wystawił entuzjastyczne świadectwo pisarskie temu, co zobaczył, ale był duchem nieustannych dalekich podróży i prawdopodobieństwo jego ustatkowania się w tym górskim zakątku w ogóle nie wchodziło w grę.                                 
Ta garstka osób, które w znaczeniu dosłownym nie zamieszkała w Schreiberhau, w stopniu mniejszym lub większym uważała się jednak za cząstkę Kolonii Artystycznej, podobnie jak niegdyś, choć fizycznie żyli w pewnej odległości, uważano ich za członków kręgu pisarskiego Friedrichshagen.                                                                            
Uwzględnię też osoby, dla których wizyta w świecie u podnóża Gór Izerskich była wydarzeniem odświętnym i pamiętnym. Ich liczba jest pewnie zawrotna, więc wybieram tylko przypadki wymagające szczególnej uwagi. Otto Modersohn, jeden ze współzałożycieli Künstlerkolonie w Worpswede ze swą świeżo upieczoną małżonką, umieścili Schreiberhau na trasie swej podróży poślubnej, zostawiając malarskie i pisemne odbicie tej wizyty. Istnieje ślad w listach i literackiej spuściźnie Lou von Salome-Andreas wskazujący, że ze swoim nieformalnym mężem (Friedrichem Pinelesem - "Zemek") w sierpniu 1903 podczas pobytu w Karkonoszach odwiedziła Schreiberhau. Mowa jest tylko o spotkaniu z Carlem Hauptmannem, którego darzyła sympatią w czasach Friedrichshagen. Co do innych spotkań – nie wiadomo, jakkolwiek w tym samym czasie był tu obecny i Bölsche i Henry Mackay. W roku 1911 przez pewien czas bawiła w Agnetendorf Klara Westhoff, która zaczęła tam pracę nad portretem Gerharta Hauptmanna (nieukończonym) i sądząc po liście do swego męża, wykorzystała okazję również na wizytę w Schreiberhau. Małżonkiem Klary był częsty bywalec Worpswede, poeta Rainer Maria Rilke. W styczniu 1906 spotkał się w Berlinie z Gerhartem Hauptmannem na premierze Und Pippa tanzt! Przy tej okazji Hauptmann mógł zachęcać go do odwiedzin w Wiesenstein. I mogło się to zdarzyć podczas podróży powrotnej z Pragi do Berlina (po pogrzebie ojca Rilkego) z Klarą, przy tej okazji rzeźbiarka mogła przedstawić swą propozycję portretową. Późną jesienią 1907 jedzie Rilke z odczytem do Wrocławia. Czy to nie wtedy korzysta z zaproszenia Gerharta Hauptmanna, aby zawitać do Agnetendorf lub Schreiberhau, co krótko zapisał w notatkach. Następna wizyta, tym razem w towarzystwie Lou Salome, mogła mieć miejsce latem roku 1913, już po tym jak Hauptmann otrzymał nagrodę Nobla. W sierpniu tego roku Rilke przebywał w Krummhübel u doktora Paula Ziegelrotha, przyrodolecznika. Mając wiele wolnego czasu dał się namówić na wycieczki do Agnetendorf oraz Schreiberhau (21 sierpnia 1913).                                                                    
Ten wykaz osób można przedłużać w nieskończoność, ale rozmiary tej opowieści zmuszają do redukcji, zatem całkowicie pomijam osoby z innych dziedzin twórczości niż pisarstwo, na przykład wielką liczbę malarzy, rzeźbiarzy, tkaczy, architektów czy kompozytorów. Starałem się też zamknąć tę historię w ramach 1890-1914, pomijając jej późniejszą i równie bogatą reprezentację. Wszystko jednak mam przed sobą i chętnie do tej sprawy powrócę...                                                                                                       

2 komentarze:

  1. na skydrivie masz fajną fotkę Henryka Wańka w folderze Teresy Kępowicz - w zestawie z nogami i intymnym szczegółem "żelaznego człowieka" oraz płomienną różą w jego dłoni. Zajrzyj.M.

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie napisałem do Teresy maila z prośbą o pozwolenie na udostępnienie tej foty na moim blogu. Jak tylko zgodę otrzymam - wrzucę tutaj (i na Facebooka).

    OdpowiedzUsuń

Flagi

free counters