05.11.2009

Lizbona to zwycięstwo elit nad obywatelami


Nie można już unieważnić traktatu lizbońskiego. Trzeba więc zmienić strategię: odebrać władzę Brukseli i dać ją ludziom

Europejska elita polityczna kolejny raz lekceważy wolę społeczeństwa. Ale teraz, gdy traktat lizboński został ratyfikowany, pora zmienić temat.

Odmawiając swojemu elektoratowi prawa do wypowiedzenia się w sprawie traktatu lizbońskiego, brytyjski laburzystowski rząd wywołał w społeczeństwie demokratyczne oburzenie, a teraz niezbyt przekonywająco lawiruje między argumentem, że traktat to tylko drobna poprawka naszej przyszłości, i zupełnie przeciwną tezą, że od jego ratyfikacji zależy dobro Wielkiej Brytanii. Podobne argumenty używane są zresztą w innych krajach Europejskich.

A jednak twierdzenie, że po pominięciu słów takich ważnych jak "hymn", "flaga" i "motto" traktat lizboński zdecydowanie różni się od oryginalnej wersji dokumentu konstytucyjnego, jest nie tylko sofizmatem, ale wręcz zniewagą dla naszej inteligencji.

Społeczeństwo pytano o Lizbonę trzy razy i społeczeństwo trzykrotnie wyraziło swój sprzeciw wobec tej propozycji. Najpierw traktat konstytucyjny odrzucili Francuzi i Holendrzy. Irlandczycy odrzucili go jako drudzy, tylko po to, by dowiedzieć się, że ich "nie" jest złą odpowiedzią.

Klasa polityczna, jak zwykle arogancko pewna swoich racji, zdaje się zupełnie ignorować to, co wyborcy sądzą o projekcie, w jaki się zaangażowała. Ot, kolejny odcinek długiego i ponurego dramatu, w którym elita polityczna traktuje społeczeństwo w sposób protekcjonalny.

Zwycięstwo jest wyraźne, choć warto przypomnieć, że jest to zwycięstwo elity nad ludźmi. Czeski trybunał konstytucyjny odrzucił traktat, ale prezydent Klaus wbrew własnemu przekonaniu przypieczętował porozumienie. I tak traktat lizboński wejdzie w życie 1 grudnia. Owszem, to irytujące, ale gdy w polityce zmieniają się fakty, należy zmienić strategię.

I właśnie to najwyraźniej zamierza zrobić David Cameron, przywódca brytyjskich konserwatystów i prawdopodobnie przyszły brytyjski premier.

Kwestia referendum w sprawie traktatu jest już definitywnie zamknięta. Odezwało się jednak kilka głosów oburzenia, choćby ze strony nieprzejednanej Partii Konserwatywnej, a bez wątpienia odezwą się następne. Prawda jest jednak taka, że próba unieważnienia ratyfikacji przyniesie teraz bardzo niewielkie korzyści, za to wymagać będzie ogromnych nakładów finansowych.



David Cameron zdołał przekonać do tej opinii znaczną większość partyjnych kolegów. Podczas konferencji partyjnej lider konserwatystów z całym rozmysłem pozwolił, by sprawy toczyły się własnym torem, zamiast sprawnie odbić i zmienić stanowisko partii. Wprawdzie świadczy to o braku politycznej odwagi, ale też dowodzi politycznego zdrowego rozsądku. Wydaje się, że Cameron zapobiegł sporemu zamętowi, jaki mógł zagrozić szeregom jego partii.

Nie oznacza to jednak, że sprawa na tym się już definitywnie zakończy. Cameron będzie musiał jeszcze zmierzyć się z żądaniami ze strony swojej partii, która domaga się obietnicy renegocjacji niektórych warunków współpracy Wielkiej Brytanii z Unią Europejską.

Kiedy już te uprawnienia - jakie by one zresztą nie były - zostaną przywrócone, należałoby zaprezentować je narodowi jako prawdziwy substytut referendum w sprawie traktatu, którego mu jednak odmówiono. Tej pułapki Cameron powinien za wszelka cenę unikać. Przywrócenie dawnych uprawnień po fakcie jest niezwykle skomplikowane.

Bez wątpienia Wyspy ucieszyłyby się, gdyby Unia Europejska je nam zwróciła. Przydatna mogłyby też okazać się niezależność od niektórych istniejących w naszym kraju praw. Dobrze myślący i tak samo kalkulujący polityk musi jednak podejmować zobowiązania, które są wykonalne. Tyle że zmiany, które są wykonalne, raczej nie zagwarantują nam referendum.


Zdecydowanie lepiej użyć prestiżu urzędu premiera Wielkiej Brytanii, by zapewnić, że władza leży w rękach ludu. Ratyfikacja traktatu lizbońskiego tylko zwiększyła deficyt demokracji w Unii Europejskiej. Zbawienne mogłoby okazać się na przykład przerywanie każdego posiedzenia europejskiej elity, by przypomnieć jej, że Unia Europejska istnieje tak naprawdę przecież po to, by służyć ludziom, a nie na odwrót. Wydaje się jednak, że taki wariant jest niemożliwy. Trzeba pozostać przy tym, co jest.  
 Źródło:



 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Flagi

free counters